WYWIAD WOJTKA LISA Z JACKIEM ADAMCZYKIEM.

 

 

Jacek Adamczyk. Od ponad 30 lat jest w rodzimym „show bizie”. Wymyślił Metalmanię, stworzył Thrash Camp, a o rodzimym metalu pisał w „Na Przełaj”, „Razem” czy „Panoramie”. Przez kilka lat współpracował także z Markiem Gaszyńskim przy tworzeniu audycji „Muzyka Młodych” w radiowej „Dwójce”. I tego było mu mało, bo rodzimą muzykę hard & heavy promował także w radzieckim Radiu Moskwa, francuskim Radiu Metal Shock i japońskim Radiu Suzuki. Pomagał i pomaga wielu zespołom: Omen, 666XHE, Kat, Złe Psy, a także Vigil, Kreon czy Mateo Colon. Szef wytwórni RDS Music. Obecnie zaś tworzy portal FESTmania. W tym miejscu moja laudacja się kończy, a mówić będzie głównie sam Jacek Adamczyk.

 

 

 

Zacznijmy od FESTmanii. Po co powstał ten portal?

Chcę skupić w jednym miejscu wszystkie imprezy festiwalowe w Polsce - tak, aby każdy miłośnik muzyki w jednym miejscu mógł na bieżąco śledzić wydarzenia, kupować bilety, organizować przejazd na imprezy, zobaczyć relacje video z imprez i zdjęcia czy przeczytać interesujące wywiady z wykonawcami.

Zachęcam do wejścia na naszą stronę: www.festmania.pl. Znajdziecie tam dostęp do pełnego całorocznego kalendarza festiwali, konkursy z cennymi nagrodami. Cele mam jasno sprecyzowane - nieustanna promocja wydarzeń festiwalowych w Polsce oraz kompleksowe informacje na temat festiwali w kraju.
Do współpracy zaprosiliśmy rozgłośnie radiowe, radia internetowe, portale muzyczne, portale informacyjne, gazety ogólnopolskie, regionalne, telewizje. Dzięki portalowi każdy może dowiedzieć się wszystkiego o polskich festiwalach, poznać wykonawców, zakupić bilet, zorganizować dojazd na miejsce ( m.in. poprzez aplikację Bla Bla Car), zarezerwować nocleg, zdobyć cenne nagrody ufundowane przez naszą firmę i organizatorów.

FESTmania... Ta nazwa brzmi znajomo, bo nasuwa skojarzenia z Metalamanią. Gdy oglądam archiwalny materiał Telewizji Polskiej o I edycji Metalamanii, to widzę Ciebie, gdy wypowiadasz się o tym festiwalu. Jak to było z tą Metalmanią?

 

 

 

Czas najwyższy uciąć wszelkie spekulacje na ten temat i ostatecznie powiedzieć: festiwal Metalmania, jak i jego nazwę wymyśliłem ja. Zaczęło się od tego, że jeżdżąc jako dziennikarz na różne Festiwale typu Rockowisko, Jarocin itp., doszedłem do wniosku, że tak popularny gatunek muzyki jak Heavy Metal powinien mieć swój własny festiwal. Wpierw pomysłem zaraziłem dwóch śląskich dziennikarzy muzycznych: Romana Radoszewskiego i Zygmunta Kiszakiewicza. Razem z nimi udałem się do Dyrekcji Spodka, gdzie przekonaliśmy ówczesną Dyrektor obiektu Panią Alicje Dientzl, że trzeba coś takiego zorganizować. Wpierw miał to być tylko krajowy festiwal, choć marzyły mi się zachodnie gwiazdy. Pani Alicja zaproponowała, aby wciągnąć w to Andrzeja Marca z Pagartu – jedynej wtedy instytucji, która mogła ściągnąć zachodnie gwiazdy do Polski. Też się udało. Na którymś z zebrań padło pytanie: jak nazwiemy ten festiwal? Wpadło mi wtedy do głowy, że skoro metal jest tak popularny w Polsce, a kiedyś tam cały świat przezywał Beatlemanię, to czemu nie miała by to być…. Metalmania! Wszystkim ten pomysł się bardzo spodobał i tak już zostało. Na którymś z kolejnych zebrań biura organizacyjnego Pani Alicja zaproponowała, aby do organizacji zaprosić młodego, prężnie działającego managera, który wtedy pracował już z KATEM - Tomka Dziubińskiego (notabene też dziennikarza muzycznego i też piszącego do tego samego tygodnika co ja). Tomek do nas oczywiście dołączył.

Ta pierwsza Metalmania była wyjątkowa. Zagrały na niej chyba wszystkie najlepsze wtedy zespoły w Polsce. W ogóle to wszyscy przecierali oczy ze zdumienia i pytali: jak Wam się to udało zorganizować? Festiwal metalowy w Polsce? Pamiętam, że pisały o nas zachodnie magazyny muzyczne takie jak Metal Hammer czy Kerrang – dla nich to też był szok! Ale udało się! Pełny Spodek przez dwa dni, totalne szaleństwo, wielki sukces wszystkich wykonawców… Byliśmy szczęśliwi, oszołomieni, spełnieni… Cóż, moja przygoda z Metalmanią na tej pierwszej się skończyła. Nie chcę wgłębiać się w kulisy, ale chyba oboje z Tomkiem mieliśmy za dużo ambicji, przerostu własnego ego… Taka jest prawda. Ja byłem pasjonatem, maniakiem, ale chciałem, by mój wkład był słusznie doceniony. Tomek nie potrafił być tym drugim… Jeszcze jedna rzecz była ważna. Nie stała za mną żadna instytucja. Byłem początkującym dziennikarzem, początkującym managerem i studentem. Tomek był obrotniejszy. Ponieważ za Metalmanią formalnie stał Śląski Jazz Club z jej szefem Zbyszkiem Gockiem na czele, Dziubiński stworzył z Gockiem wspólny front. Zaczęły się dziwne sytuacje: a to wezwała mnie pani Alicja, abym się wytłumaczył dlaczego posługuje się wizytówkami z logo Metalmanii - obok mego nazwiska. Hmmm… sobie wymyśliłem, to sobie napisałem. Potem, kiedy zadzwoniłem po wakacjach do kolegi Radoszewskiego z pytaniem, kiedy spotykamy się, aby zacząć przygotowywać Metalmanię 1987 usłyszałem, że przykro mu, ale…. kolegium zdecydowało, że robią to beze mnie….szok! To była robota Tomka i Gocka (tego faceta nigdy nie lubiłem. Zrobił bardzo dużo złego dla moich stosunków z Dziubińskim - miał w tym swój cel. Akurat jemu nie wybaczę nigdy, bo zachował się podle). Tomek? Cóż mimo, że od tego czasu nie pałaliśmy do siebie miłością zrobił dla polskiego metalu bardzo dużo. I nie mówię tego dlatego, że odszedł. Zawsze tak mówiłem i zawsze żałowałem, że już nigdy nie udało nam się naprawić stosunków, współpracować. W tym co robił był doskonałym fachowcem, co najważniejsze pasjonatem. Zbudował imponujące imperium metalowe. Dobrze ze chociaż kontynuował Festiwal. Z boku, ale z dumą zawsze patrzyłem jak rośnie w końcu moje dziecko. Odebrano mi prawa rodzicielskie, ale kochać swego Festiwalu nigdy nie przestałem. Po śmierci Tomka wpierw chciałem naprawić stosunki z Metal Mind, kontynuować Metalmanię. Nie udało się. Był taki moment, że chciałem powalczyć o to sądownie, nawet wywalczyłem prawa do nazwy… Ale, ostatecznie machnąłem na to ręką. W końcu… ja to dziecię tylko spłodziłem, a wykarmił je i wychował Tomek więc z szacunku dla jego zasług, odpuściłem.



A propos pierwszej Metalmanii i rodzących się tam gwiazd opowiem anegdotę. To zdarzyło się naprawdę, a dotyczy… obecnie światowej gwiazdy metalu… Przypuszczam, że jedyny grający do dziś członek ówczesnego składu też nie ma o tym pojęcia. Ale do rzeczy: zespoły kwalifikowaliśmy na podstawie nadesłanych kaset. Oprócz kaset zespoły przysyłały biografię, zdjęcie i teksty utworów - do zatwierdzenia przez cenzurę. Gdy zgromadziliśmy wszystkie zgłoszenia (było ich koło setki), urządziliśmy przesłuchania. Przez trzy dni i prawie noce w siedzibie mojego Radia Studenckiego słuchaliśmy kaset (komisja: Dziubiński-Adamczyk-Radoszewski-Kiszakiewicz-Gocek), gdy już po burzliwej dyskusji wybraliśmy skład, zostało nam kilka kaset nad którymi długo wahaliśmy się, ale pozostały po stronie odrzuconych. Decyzje zapadły. Szczerze mówiąc zaczęliśmy troszkę biesiadować. Robota skończona, można to uczcić. W którymś momencie Tomek dla zabawy zaczął sięgać po teksty odrzuconych kapel i czytać, co ciekawsze wersety. W pewnym momencie zakrzyknął: panowie! Super tekst dla nas! Posłuchajcie tego refrenu: pamiętam, że był tam wers, cytuję: „ Zapijcie mordy do nieprzytomności”. W ogóle cały tekst traktował o balangowaniu i spożywaniu alkoholu. Gremialnie stwierdziliśmy, że kapela która ma taki tekst MUSI wystąpić i powiększamy skład o jeden zespół. Tym zespołem był….niejaki VADER z Olsztyna! Jedynym członkiem starego składu, który się ostał jest Peter…Piotr! Teraz wiesz czemu zawdzięczasz swoją karierę he,he,he!


W latach 80. pomagałeś kilku zespołom. Wśród nich był OMEN z Katowic.

Graliśmy w różnych dziwnych miejscach. Szkołach, świetlicach, przychylnych Domach Kultury, na przeglądach. Plakaty to był już profesjonalizm. Przeważnie robiliśmy je sami, potem ktoś załatwiał ksero u mamy lub cioci w pracy (najlepiej było mieć układ w biurze kopalni, tam zawsze było dobre ksero!). Potem lepiło się w szkołach, na słupach… Najgorzej było ze sprzętem. Wszędzie królowały Eltrony. W stanie żałosnym. Kiedyś z chłopakami z OMENU wyczailiśmy, że w jednej parafii ksiądz ma dobry, NRD-owski sprzęt. Jakie myśmy robili podchody żeby na koncert te piece pożyczyć! A to organizowaliśmy zaduszki, wieczór poetycki i inne bajery. Ksiądz wierzył i pożyczał… aż raz przyszedł na koncert i zobaczył na scenie czterech gości bełkoczących coś o panienkach, wódzie i o zgrozo – Szatanie! Jak się domyślasz były to ostatnie zaduszki na wschodnioniemieckich piecach. Pamiętam jak chyba w 1982 roku w Katowicach były dwie wyróżniające się kapele metalowe: KAT i SABOTAŻ ( później zmienili nazwę właśnie na OMEN). KAT miał lepiej, bo ćwiczyli w Pałacu Młodzieży, tam też była duża i profesjonalna sala widowiskowa, na ok. 700 miejsc. Ciągle trwały dyskusje, kto jest lepszy. Wiesz… kumplowaliśmy się, ale rywalizacja była. Podglądaliśmy wzajemnie próby, zrywaliśmy sobie solidarnie plakaty, takie tam. Któregoś dnia doszliśmy wspólnie do wniosku, że trzeba to wreszcie zweryfikować: wspólny koncert i publika rozstrzygnie, kto rządzi w mieście. KAT miał za zadanie załatwić w Pałacu Młodzieży występ na Sali Widowiskowej. Udało się! Koncert nazwaliśmy „Rock w Pałacu” - wyobrażasz sobie? Bez plakatów, bez reklamy w mediach, jedynie na fasadzie Pałacu wisiał wielki szyld namalowany w pracowni plastycznej. Na Sali… nadkomplet publiki. Na scenie Eltrony i co popadnie. Każdy chciał być lepszy, a więc wpierw podchody do akustyka z flaszką, żeby akurat TEN zespół lepiej zabrzmiał, a potem w trakcie występów ktoś przez przypadek coś przekręcił, wyciągnął komuś kabel… To było nieważne. Publika i tak szalała. KAT, mimo że jeszcze bez wokala, instrumentalny - chyba był jednak trochę lepszy, dojrzalszy… Był to historyczny też z innego powodu koncert: po jego zakończeniu na scenę wkroczył niepozorny blondyn z imponującą szopą na głowie, z taką modną wtedy torbą raportówką z wymalowaną wielką pacyfą. Podszedł do Piotrka Luczyka i zapytał czy nie mógłby spróbować jako wokalista. Piotr spytał: a śpiewasz gdzieś? Jak się nazywasz? Odpowiedział: nie, nigdzie , ale chyba potrafię. Podoba mi się Wasza muzyka, nazywają mnie Don… To był Romek Kostrzewski. Co było potem? Już wiecie…

Byłeś inicjatorem jedynej edycji festiwalu Thrash Camp w Rogoźniku. Proszę o „parę słów”.


Thrash Camp…Fajna impreza. Choć nie do końca ta impreza wypaliła, bo nawaliły dwie kapele, szczególnie dotkliwy był brak popularnego wtedy CORONERA. Jakieś tam perturbacje spowodowały, że nie dojechali, ale zadebiutował tam wtedy nikomu nie znany austriacki PUNGENT STENCH! Po raz pierwszy usłyszałem grollowanie i…zdębiałem. Zagrała tam wtedy cała polska czołówka: VADER, THRASHER DEATH, MERCILESS DEATH, EGZEKUTHOR, 666XHE, TEST FOBII, FERRUM. Wiele wspaniałych kapel, nawet już nie pamiętam. Wyszły też jaja, bo całość nagrywała profesjonalna ekipa Polskiego Radia z Katowic, miała z tego być płyta, ale…Pani z radia, która notabene nie wylewała za kołnierz, gdzieś potem posiała taśmy, kilka kapel chciało ten materiał dla siebie. Ja - o zgrozo - w tym pośredniczyłem! Oczywiście za materiał trzeba było zapłacić! Nie było to dużo, ale wiesz… kapele przysłały kasę, ja Pani zapłaciłem i czekałem na zmontowany materiał. Pani kasę przepiła, materiał się zgubił. Panią w końcu wypierdolili z radia. Niektórzy pewnie do dziś myślą, że to ja skręciłem tą kasę… masakra! Mieliśmy ją kontynuować co roku, ale… Przyszedł rok 1989, ZPR-y w których pracowałem i w ramach tej instytucji organizowałem koncert, rozwiązano i tyle…

W 1986 roku byłeś gospodarzem dnia heavy metalowego podczas Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie, a także członkiem komisji kwalifikacyjnej.


Jeszcze przed rozpoczęciem Metalmanii długo przekonywałem Waltera Chełstowskiego (twórcę festiwalu w Jarocinie – dop. Wojciech Lis.), aby włączył się w nasz festiwal, aby laureaci Metalmanii z automatu wystąpili na dużej scenie Jarocina. Walter nigdy nie krył, że nie przepada za tą muzyką i nie dał się namówić na przyjazd do Katowic, choć kibicował nam wiernie i był pełen podziwu, że udało nam się to wszystko w takim wymiarze. Powoli też „urabiałem” go, aby metal potraktował jako coś bardzo ważnego i poświecił mu trochę więcej miejsca w Jarocinie. Udało się i to jak! Walter zgodził się, aby metal miał swój dzień. Był to jedyny w historii Jarocina dzień tylko metalowy. Zaczęło się już na długo przed jego rozpoczęciem. Kwalifikacje z kaset i przesłuchania w Jarocińskim Ośrodku Kultury, gdzie odpowiadałem za kwalifikacje właśnie metalowych kapel. Drugi dzień Jarocina był naszym świętem! Przed 30-sto tysięczną publicznością wystąpili wszyscy najważniejsi i młode zespoły. Cudowny koncert zwieńczony wspaniałymi popisami KATA i TSA. Nieszczęsny występ KREONA (połamany krzyż), doskonała sztuka DRAGONA, 666XHE, HAMMERA. Prowadziłem ten koncert nie tylko jako organizator, ale również jako konferansjer. Cóż za przeżycie! Pomagał mi Krzyś Brankowski. Smaczku dodawało to, że cały festiwal kręciła ekipa BBC. Powstał z tego potem film „My Blood Your Blood” („Moja krew, Twoja krew”), gdzie metalu było sporo. Niezapomniany koncert. Niesamowitym momentem było to, gdy na scenę po występie KATA, a przed kończącym ten dzień, a właściwie noc TSA wszedł… Jan „Kyks” Skrzek z harmonijką i zaczął śpiewać śląskie bluesy! Kyks miał jedynie „wypełnić” czas, w którym montowało się na scenie TSA. Początkowo ludzie zdębieli i zaczęli niewybrednie wyzywać i dawać Jasiowi do zrozumienia, że ma spierdalać ze sceny. Jakie było moje zdziwienie jak z każdą kolejną minutą ekipa bawiła się coraz lepiej, reagowała coraz bardziej żywiołowo i… nie chcieli Jasia wypuścić! Zebrał takie owacje! Grał chyba ze 40 minut, a Piekarczyk z kolegami przebierali nogami na zapleczu! Wielki artysta. Jeszcze jedna, śmieszna sytuacja: dzień przed festiwalem szliśmy z JOK-u na stadion z Wolfem Kohlerem z HAMMERA. Nagle zaczęło intensywnie padać. Wolf jak zwykle w pełnym rynsztunku, jakby zaraz miał wkroczyć na scenę. Mówię: chodź się gdzieś schowamy, bo zmokniemy! Wolf na to: Co Ty kurwa! Metalowcy nie mokną, metalowcy rdzewieją! Do dziś, jak gdzieś złapie mnie deszcz - wspominam spacer przez Jarocin’86 z Kohlerem.

 

Pamiętam Twoje teksty o polskim heavy metalu m.in. w „Na Przełaj”.

Moim zdaniem „Na Przełaj” bardzo dużo pisało o metalu, nie tylko podziemnym. Sam zamieszczałem w „Na Przełaj” wywiady z zespołami, historię w odcinkach kultowego i uwielbianego wtedy VENOM, relacje z koncertów, Metalmanii… Wiele zespołów po raz pierwszy miało okazje zaprezentować się czytelnikom z całego kraju. Pamiętam, że w czwartki, kiedy ukazywał się tygodnik trzeba było o odpowiedniej porze czyhać pod kioskiem. Szczęśliwi byli ci, którzy mieli tzw. „teczkę” albo układ z Panią kioskarką. W dużej mierze zasługa to ówczesnego redaktora działu muzycznego - Krzysztofa Hipsza, a także Krzysia „Metal Heartbreakera” Brankowskiego i jego słynnej listy Metal Top 20. Moja współpraca z „Na Przełaj” rozpoczęła się naturalnie po pierwszej Metalmanii w 1986. Pisałem wtedy do lokalnych śląskich gazet i tygodników o muzyce, głównie o metalu, miałem swoje audycje w Radio Studenckim ( tam wpajałem miłość do ostrych dźwięków Piotrowi Baronowi z radiowej „Trójki”– zostało mu to do dziś) . To tam przylgnęła do mnie ksywa „Metal” i tak już zostało. Nawet teksty zacząłem podpisywać Jacek „Metal” Adamczyk. Mój szef - Krzysiu Hipsz nigdy nie narzucał mi tematów. Pisałem o czym chciałem, a że zawsze byłem metalowcem, więc najwięcej tekstów było o Metalu. Praktycznie każda, znacząca kapela podziemna, jak to określasz, została w jakiś sposób przeze mnie opisana. Szkoda, że wraz z nadejściem zmian 1989 roku „Na Przełaj” szybko upadło. Mieliśmy stworzyć oddział na Śląsku, miała być większa objętość, więcej stron o muzyce… Niestety - nowa fala, zmiotła też „Na Przełaj”.

W latach 1987-2001 byłeś managerem zespołu KREON, wcześniej pomagałeś w promocji wielu śląskim zespołom: SABOTAŻ, SENAT, OMEN, 666XHE, SZWADRON S. Byłeś też managerem KATA. Współpracowałeś też z Markiem Gaszyńskim przy audycji „Muzyka Młodych”. Jak wspominasz tę współpracę?

 


Polskie radio wbrew pozorom było bardzo otwarte na ciężkie brzmienia. W „Trójce” dużo się tej muzyki grało, choćby w słynnym Mini Maxie - Piotr Kaczkowski prezentował znakomite płyty. Sporo ciężkiego rocka, jego korzenie grał Marek Gaszyński, Wojciech Mann, na „Trójkowej” Liście Przebojów też pojawiały się mocne dźwięki: AC/DC, KAT, TURBO i wielu innych. „Muzyka Młodych” to bardzo kultowa audycja i dumny jestem, że mogłem ją współtworzyć z Markiem. Było nas - współpracowników kilku: oczywiście Krzyś Brankowski i raz w miesiącu jego Metal Top 20, Janusz Merz i ja. Poza prezentowaniem albumów w całości (tak to wtedy wyglądało – była to dla wielu jedyna możliwość nagrania płyt na kasety), omawialiśmy, recenzowaliśmy płyty, opowiadali ciekawostki o artystach, informowali o ważniejszych koncertach i co bardzo cenne i tu wielkie dzięki dla Marka Gaszyńskiego - prezentowaliśmy utwory polskich zespołów, jako uzupełnienie audycji. Co to była dla wielu z nich za nobilitacja znaleźć się w tej audycji! Słuchała ich przecież cała metalowa Polska! Po takiej prezentacji zespół już nigdy nie był anonimowy. Każdy metalowiec w kraju go znał, nagrał i słuchał! Trafiłem do tej i nie tylko tej audycji - chyba dlatego, że w tamtym okresie byłem w gronie tych, którzy polską scenę metalową tworzyli, opisywali – byliśmy dla fanów autorytetami. Wszędzie, gdzie grałem swoje audycje zawsze spotykałem się z wdzięcznością słuchaczy: to były setki listów, kartek, próśb o konkretnych wykonawców. To było miłe i mobilizujące. Ważne było też to, że każdy z nas - dziennikarzy muzycznych, naprawdę znał się na tym co robi, był cały czas w centrum wydarzeń i co ważne: byliśmy specjalistami w danych gatunkach. Nigdy nie pisałem ani nie robiłem audycji o DEPECHE MODE, ABBIE, Jarockiej - nikomu nie ujmując! Robiłem audycje o kapelach metalowych, hard rockowych – takich na których muzyce się znałem się. Jeździłem na koncerty, organizowałem je, byłem managerem kapel, sam pogrywałem – miałem o tym pojęcie. Rozgłośni i gazet było niewiele – selekcja była ostra i uwierz mi - na antenę czy na szpalty trafiali tylko najlepsi.

Teraz…oczywiście jest wielu znakomitych, fachowych dziennikarzy, doskonale znających się na muzyce, mających wiedzę, pasję, ale niestety… jest również druga strona medalu. Dziś każdy może założyć portal, stronę internetową, gazetę, radio internetowe . Wielu wydaje się, że jak był na dwóch koncertach, zrobił rozmowę z muzykiem to już jest dziennikarzem muzycznym. Nic bardziej mylnego. Zawód ten bardzo się zdewaluował. Przykład sprzed dwóch lat: jestem na koncercie z Andrzejem Nowakiem i zespołem ZŁE PSY (jako ich manager) w Częstochowie. Przychodzi do nas zrobić wywiad i relację z koncertu dziennikarz miejscowego wydania „Gazety Wyborczej”. Pytania są podręcznikowe… OK! Na drugi dzień czytam... wywiad z Andrzejem Nowakiem wokalistą (!!) zespołu WŚCIEKŁE PSY, który powstał, aby grać na zlotach motocyklowych. Masakra! Nowak dostał szału! Z kolei jesteśmy z Pawłem Mąciwodą na konferencji prasowej w Krakowie (dotyczyła pobytu Andrzeja Nowaka w szpitalu). Przed konferencją podchodzi do mnie dziennikarz jakiejś innej ogólnopolskiej znanej gazety i wypytuje, kto to jest ten Nowak? Bo jego tu przysłali. O TSA coś tam słyszał, ale niewiele, a Mąciwoda? SCORPIONS? Chyba nawet nie wiedział o jaki zespół chodzi, bo obecność Pawła nieszczególnie go wzruszyła….

 


Kończąc zapytam jeszcze o grupę MATEO COLON, której pomagasz obecnie. Jakie macie plany na najbliższe miesiące?

MATEO COLON to Heavy Metalowy band ze Śląska. Zespół powstał w 2002 r. z inicjatywy wokalisty Artura Spyry i gitarzysty Mirosława Cichosa. Zagrali razem ponad 300 koncertów. Mamy na koncie płytę "In the half of a way". W 2015 r. zespół ukończył pracę nad albumem “The Sting”, za którego produkcję odpowiada Tomasz Zalewski z “ZED” Studio.

W lutym MATEO wyjeżdża na wspólne koncerty z zespołem MOBY DICK (H) na Węgrzech. W planach są także koncerty w całej Polsce w ramach trasy Anti Terror Tour 2016, a także w Wielkiej Brytanii. Już niedługo nakładem brytyjskiej firmy DAD PRODUCTION LTD ukaże się w całej Europie licencja płyty „The Sting”.

 

Dziękuję za rozmowę.

Wojtek Lis.

 

 

 

Poprawiony (wtorek, 09 lutego 2016 19:27)

 

baa222