Wywiad z twórcą Drrrama Fest Stanisławem Wójcikiem

 

Stanisław Wójcik jest twórcą festiwalu Drrrama, swego czasu największej cyklicznej imprezy heavy metalowej w północnej części kraju. Wójcik był także menadżerem kilku trójmiejskich zespołów. Były wśród nich Henear i Ghost. Sam zainteresowany pogrywał na basie w zespole Oxo Veden. Uznałem, że warto przybliżyć sylwetkę Staszka Wójcika, tym bardziej, że reaktywował Drrramę.

 

Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedziałeś się o polskim, metalowym podziemiu?

- Nie łatwe to pytanie, jak i samo określenie scena podziemna. Dla każdego może oznaczać co innego, mnie o tyle trudno, bo uważam, że byłam i twórcą i tworzywem (przywołam klasyka). Przez dziesięć lat byłem jednym z animatorów tej sceny. Dla mnie ta scena dawała niezależność i nieograniczone możliwości działania. Inaczej przy komercji, gdzie musisz iść na kompromis, a jak idziesz na kompromis to przy okazji gubisz sens, a często cel swoich działań. Ja w tamtym okresie nie uznawałem żadnych kompromisów, liczyło się tylko mocne uderzenie, ciarki na plecach, ścisk na przeponie, no i ten szum w głowie po koncercie czy imprezie.

- Muszę cofnąć się do początku lat osiemdziesiątych, a nawet wcześniej. To były czasy w których wszystko się zmieniało w kraju, ale też w mojej młodej głowie i w moim życiu. W końcu lat siedemdziesiątych założyłem i pogrywałem na basie w zespole Oxo Veden. Mieszkałem wówczas w Gdyni-Oksywiu nad samą zatoką. Próby mieliśmy u mnie w piwnicy w zwykłym bloku wielorodzinnym i to na pewno było podziemne muzykowanie nie bez wpływu na późniejsze moje działania. Gdyby nie fakt, że w 1981 urodził mi się syn i założyłem własną rodzinę być może losy moje inaczej by się potoczyły. Nie mniej ten fakt wpłynął na decyzje rezygnacji z grania i przeniosłem się za moją kobietą do Pruszcza Gdańskiego.

- Konsekwencją przeprowadzki było podjęcie pracy w Miejskim Domu Kultury. Gdzie w krótkim czasie podjąłem współpracę z Gdańskim zespołem Henear - wokalista tej formacji pan Sławomir Siezieniewski jest obecnie znanym prezenterem dziennika telewizyjnego. Zespół wcześniej trenował w Gdańsku, ale nie miał opiekuna (jak to wówczas określano dzisiejszego „managera”), zaprosili mnie do Gdańska na koncert, który sami zorganizowali bardzo po amatorsku, a ja już miałem gdyńskie doświadczenia i misterny plan, wyszedłem z propozycją koncertu w Pruszczu. Po siedmiu dniach od rozpoczęcia pracy w MDK-u, zorganizowałem swój pierwszy koncert. Wtedy poczułem moc i wiedziałem, że chcę to robić przez kolejne lata.

- Nie były to łatwe czasy i wiedziałem, że nie każdego stać na samodzielność i niezależność. Musiałem mieć sporo szczęścia przy zdobywaniu wiedzy i doświadczenia W tamtym czasie dość prężnie działała „Trójmiejska scena alternatywna” pod kierownictwem Waldka Rudzieckiego. Współpracowałem z kilkoma zespołami z Gdyni i zbierałem doświadczenia. Ale mocno ciągnęło mnie do metalowej muzyki. Praca z Henear’em a później z Ghost’em zaczęła przynosić efekty. Zagłębiem i kuźnią metalu był Śląsk, gdzie Tomek Dziubiński organizował pierwszą Metalmanię i w końcu musiało dojść do spotkania. Dość mocno szukałem w tym okresie wsparcia i promocji dla moich zespołów. Tomek wykazał zainteresowanie Henear’em i spotkaliśmy się w Grand Hotelu w Sopocie. Dziubiński prowadził jakieś interesy z Biurem Usług Promocyjnych z Sopotu, swoją drogą to właśnie biuro odprawiło mnie, gdy wcześniej szukałem u nich pomocy. Do spotkania doszło latem 1985 roku. Byłem tak przejęty, że w czasie rozmowy z Dziubą, która trwała jakieś trzydzieści minut, wypiłem swoją kawę i jego. Mimo to rozmowa zakończyła się zaproszeniem Henear’ków na koncert w trakcie after-party w chorzowskiej Leśniczówce przy pierwszej Metalmani ’86.

- Mniej więcej po powrocie z pierwszej Metalmani’86 roku postanowiłem zorganizować alternatywny festiwal na północy dla kapel, które podobnie jak moje zespoły nie były mile widziane w tzw. mediach oficjalnych. W trakcie organizacji pierwszej Drrramy olśniło mnie jak wielki to ruch w całym kraju, choć tak wiele ośrodków i kapel działało niezależnie. W tym była moc, moje spełnienie i plan na kolejne lata – kończy S. Wójcik.

W latach 1987-1994 byłeś głównym odpowiedzialnym za Festiwal Drrrama…

Drrrama to festiwal, który na początku przyjął nazwę Północnych Spotkań z Muzyką Heavy Thrash Metalową w Pruszczu Gdańskim i była imprezą plenerową. Pomysł monotematycznego festu miał być alternatywą dla wszechobecnych w tamtych czasach przeglądów muzycznych organizowanych w różnych ośrodkach kultury. Te przeglądy miały zawsze formułę bardzo szeroką od zespołów powiedzmy rockowych poprzez chóry szkolne, dziecięce zespoły taneczne itp. Pod koniec lat osiemdziesiątych metalowe podziemie w kraju było już na tyle liczne i silne, że spokojnie można było organizować koncerty i festiwale w kraju, które miały charakter bardzo niezależny. Tym bardziej, że wraz z zespołami, które działały na terenie całego kraju pojawiły się olbrzymie grupy fanów podążające za swoimi zespołami wszędzie gdzie odbywały się tzw. metalowe spędy. Drrrama bardzo szybko wpasowała się w ten proces i stała się ważnym Festiwalem na północny Polski, podobnie zresztą jak ciechanowskie S’thrash’ydło czy Thrash Camp w Rogoźniku. W ciągu kilku tych lat na dechach Drrramy zagrało ponad osiemdziesiąt zespołów Polskich i 22 kapele zagraniczne. Na początku lat dziewięćdziesiątych ze względów organizacyjnych i problemów z lokalnymi władzami, miejscem festiwalu stał się Gdańsk, a organizacja miała już charakter prywatny bez wsparcia jakichkolwiek organizacji budżetowych czy samorządów. W 1994 r. ze względów czysto osobistych zaprzestałem organizacji na wiele lat.

 

Jakie były w Twojej ocenie pionierskie ziny i kapele z Polski?

- Szczerze przyznam że pierwszy poważny ‘zin jaki wpadł w moje ręce to Thrash Em’All – mówi Stanisław Wójcik. - Na pierwszej edycji mojego festiwalu poznałem Mariusza Kmiołka wtedy jeszcze perkusista warszawskiego Haron’a. Mariusz w późniejszym okresie, jak się bliżej poznaliśmy wiele mi pomagał przy promocji festiwalu i Ghost’a, (m.in. przygotował i wydał folder na Drrramę’88). W końcu jego ‘zin przerodził się w poważne pismo sceny metalowej, moim zdanie dorównujące polskiej edycji Metal Hammer’a. Co do zespołów prekursorskich w PRL-u, to uważam i nie będę zbyt oryginalny: Vader, Imperator, Thrasher Death i Egzekuthor. Miałem to szczęście, że wszystkie wymienione zgrały na dechach Drrramy, ale one już w tamtych czasach były legendą, za którą podążały grupy fanów po całej Polsce. Mógłbym dodać jeszcze kilka np. Armagedon, Betrayer, Pandemonium, Smirnoff czy Dead Infection. Mam wrażenie, że te zespoły w latach osiemdziesiątych raczej budowały scenę metalową regionalnie, ale to też wartość dodana i bardzo cenna. Ktoś mógłby się zapytać, a gdzie kapele od Dziuby? To już odpowiadam: według mojej oceny śląskie zespoły nie miały większego wpływu na podziemne środowisko, były tylko pretekstem do działania Tomka i promocji: koncertów, festiwali, oraz wydawnictw komercyjnych pod szyldem Metal Mind Productions.

Jaka była Twoim zdaniem rola „Na Przełaj” i polskiego radia w promowaniu metalu w PRL?

- Miałem dość sceptyczny stosunek do oficjalnych mediów takich, jak radio czy prasa – mówi Stanisław Wójcik. - Są na pewno ludzie, którzy podchodzą do swojej pracy z entuzjazmem i szczerze, ale z doświadczenia wiem i o tym już pisałem – tam, gdzie jest kompromis ucieka cel i sens. Dam przykład. W 1988 pojechałem do Warszawy do rozgłośni radiowej i rozmawiałem z Markiem Gaszyńskim na temat reklamy i promocji mojego festiwalu. W trakcie rozmowy Gaszyński zaproponował, że zagada o festiwalu na antenie tylko w wypadku, kiedy będzie konferansjerem za wynagrodzenie przewyższające trzykrotnie cały budżet Drrramy. Miałem też kilka artykułów związanych z festiwalem i chyba nawet w tygodniku „Na Przełaj”. Fajna sprawa, ale nie miało to żadnego wpływu na popularyzację muzyki metalowej, zawsze to była bardziej ciekawostka niż promocja czy reklama. Radia słuchałem, ale raczej klasyki rocka być może te konkretne audycje również, a tak naprawdę miałem alternatywne źródła jeśli chodzi o naszą krajową muzykę i podziemie. Najwyżej zresztą do dziś cenię sobie muzykę na żywo.

Czy wymieniałeś kasety i ziny?

- Organizując nie tylko festiwal Drrrama, ale i sporo mniejszych koncertów miałem przywilej otrzymywania od zespołów z całej Polski kasety demo – przyznaje Stanisław Wójcik. - Sam również ”produkowałem” takie demo moich zespołów i wysyłałem do różnych organizatorów koncertów w kraju. Konkretnie ciężko mi sobie przypomnieć, bo sporo tego było, na pewno na Śląsk, do warszawskich rozgłośni radiowych i po całym kraju. A nagrywałem te kasety demo czysto amatorsko z dużą wyobraźnią na kaseciaka stereo, za mikser służyła cztero-kanałowa Wermona 60W produkcji DDR. Produkcja okładki to przeważnie ręczna robota, no chyba, że było dojście do ksero.

Jakie problemy napotykałeś, gdy chodzi o organizację koncertów?

- Nie było łatwo – mówi Stanisław Wójcik. - Wiesz za każdym działaniem stoi człowiek i tylko od niego zależy jaki skutek czy efekt jest na końcu. Mnie było o tyle łatwiej, że doświadczenia i wiedzę zbierałem sukcesywnie, a za „plecami” miałem instytucję budżetową Miejski Dom Kultury, dość przychylną atmosferę i kliku przyjaciół do pomocy. Pamiętam jak pojechałem z Ghost’em do Ciechanowa na pierwsze Strashydło’88 na zamku ciechanowskim. Panował tak okrutny chaos już na próbach technicznych, organizator gdzieś zniknął, nie pozostało mi nic innego jak przejąć cały fest, poprowadzić próby i koncerty osobiście. Nie chcę być źle zrozumiany, ale sporo koncertów miało wkalkulowany chaos czasem przez nieudolność organizatorów albo po prostu wpadali w panikę. Tak było w Gdańsku, gdzie grupa studentów zaprosiła zespół Kat, a mnie poproszono, abym zorganizował kilka kapel jako suport przed Kat’em. W dniu koncertu okazało się, że Kat nie przyjedzie, studenci uciekli, a pod słynną halą stoczni w Gdańsku (ta która pięć lat później spłonęła), około półtora tysiąca fanów z biletami czeka na koncert. Po raz kolejny przejąłem organizację całego koncertu, a Ghost w roli gwiazdy godnie zastąpił Kat’a. Nie pamiętam dokładnie roku, ale między Świętami a Nowym Rokiem w Stalowej Woli (Chodzi o rok 1990 – dop. W. Lis) organizowano duży spęd podziemnych kapel z całego kraju, ja jakoś z Warszawy dojechałem do Ghost’a, który przyjechał z Gdańska. Po zameldowaniu się w hotelu jedziemy do klubu, a tam jakieś koło gospodyń dekoruje salę na Sylwestra, po organizatorze ani śladu, słyszałem tylko, że zabrał kasę z biletów i znikł. Kilka zespołów z kraju, spora grupa fanów i my musieliśmy przenocować w hotelu. Myślę, że do dziś nas tam pamiętają, a remont potrwał kilka miesięcy. Był przypadek, że w dniu koncertu w miasteczku Morąg na Mazurach w dniu koncertów dziesięciu kapel zabrakło perkusji i darłem samochodem marki Żuk 150 km w jedną stronę do siebie po perkusję, za którą i tak nikt nie zapłacił, bo koncert w parku i nie ma biletów. Innym razem w Słupsku w centrum miasta koncert zorganizowany w dużym kinie, ale oświetlenia brak znowu 100 km w jedną i 100 km w drugą po światła do klubu, a czasu tylko trzy godziny. Takich przypadków i podobnych było więcej, no ale były też udane imprezy.

- Pierwsza DRRRAMA to było wyzwanie i nie obeszło się bez wpadek, ale każda następna była dużo sprawniej przeprowadzona od tej poprzedniej. Po pierwszym dniu zwołano w mieście w trybie nadzwyczajnym egzekutywę, władze miasta obradowały tylko w jednym temacie czy i jak przerwać festiwal. Mocno musiałem się tłumaczyć, ale przemówił fakt, że nie da się ot tak przerwać i rozgonić grubo ponad tysiąc metali z całej Polski. Pamiętam kilka „incydentów” z pierwszej edycji. W barze mlecznym „Magda” sześciu fanów z kraju nie zapłaciło za posiłek, jeden fan przebiegł po zaparkowanych samochodach, ale ogólnie milicja zadowolona. Przed festiwalem pojawił się nie pamiętam skąd student politechniki pirotechnik z zamiłowania (jeśli jeszcze żyje to pozdrawiam), dogadałem z nim, że pojawi się kilka fajerwerków odpalanych w parku w trakcie koncertów, już pierwszego dnia zawinęła go milicja i musiałem interweniować. Ten kolega miał też dwie wojskowe świece dymne, które miał odpalić na scenie w trakcie ostatnich koncertów danego dnia. Nikt nie spodziewał się takiego efektu mało nie podusił muzyków na scenie, na szczęście wiatr uratował sytuację, istna partyzantka i amatorszczyzna. W 1989 roku kilku metali piło browary w pijalni na mieście i obiło dwóch kibiców Lechii Gdańsk, a tego dnia akurat Lechia grała jakiś ligowy mecz. Wieczorem do parku wpadło około osiemdziesięciu kibiców uzbrojonych w pałki i zaczęli regularnie okładać zaskoczonych metali, których było dziesięć razy więcej, ale ulegli zbiorowej panice. Dopiero interwencja milicji, która notabene miała zakaz wchodzenia na teren parku, zakończyła atak kiboli. Po koncercie w asekuracji sporej liczby milicji grupa ośmiuset metali była odprowadzona na dworzec kolejowy. Kilka dni po zajściu odbył się proces kiboli, bo całe zajście było rejestrowana na VHS ‘sie i największych prowodyrów milicja wyłapała, dostali kolegium.

Ile edycji Drrramy zorganizowałeś?

- Takich dużych festiwali było siedem, pierwsze cztery to były typowe opener’y w parku, który przylegał do Domu Kultury z jednej strony, a z drugiej do rzeki Raduni, ogólnie miejsce idealne dla takich imprez. Miasto dość przyjaźnie potraktowało moje starania i mogłem z grupą przyjaciół ogrodzić park i zorganizować scenę. Powstała z dużej nieużywanej konstrukcji pod reklamę, która stała na wjeździe do miasta. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunalne dało podesty drewniane wcześniej używane na jakiejś partyjnej imprezie, plandekę oddała miejska organizacja ZSMP, a przy oświetleniu pomagał Zakład Energetyki. Typowy system gospodarczy w tamtych latach. Mam kilka zdjęć z tamtego okresu. Kiedy doszło do zadymy w 1990 roku władze miasta się wystraszyły i naturalnie klimat wokół imprezy był coraz mniej przychylny. Z tych powodów i dlatego, aby festiwal mógł dalej się odbywać następne trzy edycje odbyły się w Gdańsku już organizowane przeze mnie prywatnie i za własne pieniądze. Z tamtego okresu nie wiele się zachowało pamiątek w związku z tym ciężko jest odtworzyć skład dwóch Drrram zwłaszcza w gdańskim klubie Kwadratowa. Obecnie szykuję reaktywacje festiwalu Drrrama w 2015 roku w Gdańskim klubie na starówce. To pierwsza edycja po 27 latach, będzie miała sentymentalny i jak zawsze niszowy charakter. Jestem dość zaskoczony, że osiem zespołów z tamtych lat nadal czynnie działa i to one powinny się zjawić w sierpniu w Gdańsku. Ogólnie wystąpi osiemnaście zespołów pięć z Trójmiasta, a reszta z całej Polski. Festiwal będzie ósmym z tych dużych edycji (odbyło się też kilka mini Drrram) i jak łatwo policzyć w 2017 roku byłby podwójny jubileusz - dziesiąta edycja i minęłoby równo trzydzieści lat od pierwszej Drrramy. To niezły wynik i cel do realizacji – kończy S. Wójcik.

Nie tak dawno minęło pięć lat od śmierci Tomasza Dziubińskiego z Metal Mind. Jak go wspominasz?

- Tomek Dziubiński i Metal Mind Productions na tamte czasy, to była profesjonalnie zorganizowana maszyna do produkcji koncertów i płyt, przynajmniej z mojego punktu widzenia – twierdzi Stanisław Wójcik. - Z jednej strony chętnie podjąłbym współpracę (nawet były próby). W 1988 dojechał na Drrramę tylko Destroyer choć pamiętam że jeszcze miał zagrać Dragon, ale coś im przeszkodziło. Moje zespoły też grały na Śląsku: Henear czy później Ghost. To z drugiej strony MMP był z założenia komercyjnym projektem, mnie to nie interesowało (chyba tylko żeby zdobyć kolejne doświadczenie i wiedzę). Sporo w środowisku mówiło się o przekrętach Dziuby, o nieuczciwych kontraktach jakie proponował kapelom. Kilka razy się spotkałem z Tomkiem i nie podzielałem tej opinii, choć nie po drodze nam było. A zespoły z jego „stajni” nie miały większego wpływu na środowisko podziemne, owszem mobilizowały innych, pokazywały że można. Jednak były tylko środkiem, a nie celem dla MMP, przynajmniej tak ja to widziałem. Mimo wszystko bardzo żałuję, że Tomka już nie ma, nie tylko jako człowieka, również jako instytucji. Był młodszy ode mnie zaledwie o kilka miesięcy.

Zaczęliśmy od Drrramy i zakończymy tym tematem. Skąd pomysł na reaktywację festiwalu?

Pomysł reaktywacji festiwalu powstał w październiku 2014 r. Jednym z powodów była chęć przypomnienia zespołów, które grały na deskach Drrramy w latach 80 i 90 –tych, a do dnia dzisiejszego grają i mają się bardzo dobrze. Przygotowania trwały 10 miesięcy, i działy się kilku torowo. Po pierwsze szukałem w Trójmiescie miejsca, które spełniałoby oczekiwania i chciałoby współorganizować wraz zemną tego typu przedsięwzięcie. Równolegle negocjowałem z zespołami termin i warunki ich udziału, ponadto zespoły trójmiejskie i z okolic odwiedzałem osobiście na próbach. W miarę szybko ustaliłem listę i kolejność , wybrałem również miejsce koncertów i zabukowałem noclegi. Można było zająć się trudniejszymi tematami znaczy cała oprawa festiwalu, video promujące fest, osobę, która przygotuje projekt plakatu, folder festiwalowy i wiele innych drobnych, lecz niezbędnych spraw bez których nie można myśleć o poważnej imprezie. Ze względu na fakt, że długi okres nie było mnie w podziemiu, miałem skromną wiedzę na temat jego funkcjonowania. W tym okresie przygotowań pojawiałem się na wielu lokalnych koncertach głownie na Wybrzeżu i w 3-city. Pozostała spraw najważniejsza z punktu widzenia organizacji Festiwalu – budżet, niestety przy reaktywacji nie można liczyć na sponsorów, przy mojej determinacji nie mogło to być przeszkodą. Kiedy już wszystko zostało przygotowane pozostało czekać na te dwa dni sierpnia. W czwartek rano kiedy dojechał back-line z Wrocławia (swoją drogą przy takiej mnogości zespołów w trójmieście nie było szans wypożyczenia back-linu na miejscu), okazało się, że ktoś kto pakował perkusję nie spakował czterech nóg do ramy. I gdyby nie jeden obrotny gość byłoby kiepsko. Około godz.9.30 rozpoczęły się próby, które trwały do 15.00, a o 16.00 ruszyły koncerty, tego dnia głównie grały zespoły z Trójmiasta i okolic czyli Polska północna: Quo Vadis, Betrayer, Trauma. Drugiego dnia w piątek rozpoczynała gdańska kapela, a potem zaproszeni goście z Polski i tzw. drrramowe zespoły: Dead Infection, Pandemonium, Armagedon, Christ Agony. W trakcie koncertów praktycznie cały czas trwała typowa metolowa balanga, która trwała do 4.30 nad ranem i do 6.00 rano w sobotę. Było magicznie. Przez te dwa dni wiele spotkań po latach i wiele zapoznań facebookowych. Ogólnie festiwal udany pod każdym względem pomijając aspekt finansowy. Przeszedł do historii, ale w ocenie wszystkich uczestników niezwykle unikatowy, czyli mój cel został osiągnięty.

Twoje plany na 2016?

Wkrótce, bo kilka tygodni po Festiwalu na skrzynkę mailow’ą zaczęły napływać zgłoszenia na kolejną edycję Drrramy. Już w połowie października było ich ponad osiemdziesiąt. Przy tak dużym zainteresowaniu – uznałem, że można zorganizować cykl koncertów w nieco innej formie. Tym bardziej, że nie miałem jeszcze pomysłu na kolejny duży festiwal. Potrzebny był nieduży klub w którym mógłbym prezentować po cztery zespoły raz w miesiącu. Pierwsze trzy edycje: listopad, grudzień i styczeń (połączony z Orkiestrą Owsiaka), odbyły się w gdańskim klubie Metro, niestety pan manager klubu uznał, że zbyt słabo jest z frekwencją i po prostu wygnał nas (co nie przeszkadza temu panu organizować metalowe koncerty i to przypadkowo właśnie w piątki). Nie trwało to długo, a znaleźliśmy nowy klub X Kwadrat i bardzo sprzyjającą nam atmosferę. Szybko dogadałem terminy na serię koncertów do końca 2016 roku i w lutym ruszyła maszyna. Właśnie odbył się piąty koncert z cyklu Drrrama Battle 2016. Obecnie możemy spokojnie patrzeć w przyszłość, jeśli chodzi o prezentacje polskiego podziemnego metalu (wszystkich jego odmian) na wybrzeżu w Gdańsku. Nasze koncerty można śledzić na stronie FB https://www.facebook.com/DrrramaBattle/

Rozmawiał Wojtek Lis

 

Poprawiony (sobota, 19 marca 2016 10:53)

 

baa222