O wypełnionych po brzegi salach, gdy adrenalina zabijała tremę.

Mój rozmówca Mirosław Cichos, to gitarzysta śląskiej grupy Mateo Colon, która powstała w 2002 roku. Ten thrash’owy zespół ma na koncie płytę „In the half of a way” oraz krążek “The Sting” wydany w 2015 r. W Mateo Colon udzielają się muzycy znani m.in. z M.A.S.H czy Necrophobic, dlatego rozmowę z Mirkiem rozpocząłem tak...

Co tam słychać w Rybniku? Pytam, bo mam w tym mieście rodzinę i swego czasu regularnie tam bywałem. Pamiętam wakacje AD 1992 i sklep Krystiana Bytoma, a w nim chłopaków z Oxide, Necrophobic i Dragon. Bywałeś tam?

Oczywiście. W Rybniku mam dużo znajomych, a że wtedy nie było komputerów i Internetu, więc wszyscy spotykaliśmy się na koncertach albo w knajpach. Krystiana pamiętam jak sprzedawał płyty na bazarze w Katowicach oraz ze wspólnych koncertów z Dragonem.

Masz w ogóle kontakt z chłopakami z tych starszych czasów np. Piotrkiem „Małym” Sobaszkiem? Wiesz, że S.O.S! nagrał nowy materiał?

Raczej rzadko, czasem na jakimś koncercie ale głównie za pośrednictwem Facebooka. Z Piotrem jestem w stałym kontakcie, planujemy z S.O.S zagrać jakiś wspólny koncert.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z metalem? Który to był rok? Jakie były te pierwsze ulubione przez Ciebie metalowe bandy?

Moja przygoda z muzyką zaczęła się w latach 80-tych kiedy to mając 12 lat usłyszałem po raz pierwszy płytę „Machine Head”, Deep Purple - oczywiście na winylu. Wtedy chodziło się do znajomych w odwiedziny i słuchało muzyki, dużo muzyki. Pamiętam u starszego kolegi ten magiczny gramofon i duże okładki winyli, które robiły na mnie ogromne wrażenie. Marzyłem by grać riffy, jak Ritchie Blackmore i mieć tak wspaniałe narzędzie jak gitara. Wkrótce zdobyłem więc jakieś stare pudło, które strasznie nie stroiło. Odkleiłem podstrunnicę z progami i przy pomocy znajomego stolarza, na podstawie zdjęcia Gibola SG – powstała moja pierwsza gitara. Później pojawiła się muzyka metalowa i wysyp kapel – Metallica, Megadeth, Slayer - dziś klasyka gatunku. To było coś! Te wszystkie kapele powstawały właśnie w tym okresie, gdy w Polsce półki świeciły pustkami, kupno jakiegokolwiek sprzętu muzycznego graniczyło z cudem, a muzyka w radio pozostawiała wiele do życzenia. Co my młodzi mogliśmy zrobić? Buntować się i grać Metal na czym się da - to było wyjście!


A jaki był Twój pierwszy metalowy koncert? Ten na którym byłeś jako widz i ten, na którym grałeś?

Nie pamiętam wszystkich, ale na pewno Saxon w Spodku w 1986 roku - oprócz wspaniałej muzyki zapamiętałem jak perkusista grał płonącymi pałkami na bębnach (śmiech).

Moje pierwsze występy to przełom lat 80 i 90 - mnóstwo ludzi chodziło wtedy na koncerty i Metal był u szczytu popularności. Dla młodego muzyka to były wspaniałe czasy - graliśmy w wypełnionych po brzegi salach, adrenalina zabijała tremę.

Czy przed dołączeniem do Necrophobic i Free Man grałeś gdzieś wcześniej?

Tak miałem swoją metalową kapelę. Graliśmy covery Megadeth z kilkoma kumplami między innymi Tomkiem Dańczakiem i Tomkiem Woryną (Cristal Viper) – takie były początki. Później pojawili się u mnie chłopaki z Rybnika.

Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedziałeś się o polskim, metalowym podziemiu?

Głównie na koncertach i festiwalach tj. w Jarocinie czy S’thrash’ydło w Ciechanowie gdzie rozdawane były gazetki i ulotki.

Jakie były w Twojej ocenie pionierskie ziny i kapele z Polski?

Ziny to bardzo fajna i pożyteczna rzecz. Kapele z Polski – w tym temacie powiem jedno - podczas koncertów w Jarocinie czasem więcej osób bywało pod małą sceną słuchając młodych, zdolnych i nieznanych zespołów niż na dużej, gdzie grywały znane z mediów gwiazdy.

Czy wymieniałeś kasety demo?

Tak. Niektórzy z nas mieli ich setki


Necrophobic… Jak wspominasz czas, gdy grałeś w tym zespole?

Do Necrophobica dołączyłem zaraz na początku, zastępując dobrego gitarzystę - Staszka Nierode z Gilotyny. Od razu zabraliśmy się do pracy nad pierwszą płytą „No More Life”, którą współtworzyłem i nagrywałem w Citron-Studio Ostrava. Sesja trwała dzień i noc - trzy dni - nagrywano oczywiście na taśmę magnetyczną. Oficjalnie materiał wydany został przez Carnage Records jako CD reprezentowaną wtedy przez Mariusza
Kmiołka. Z Necrophobikiem to była wspaniała przygoda, dużo od siebie wymagaliśmy, ale to dawało dobre efekty, jak sądzę. Wszyscy dużo wtedy graliśmy, ćwiczyliśmy aby na koncertach wypaść jak najlepiej. Nie mieliśmy czasu na chodzenie po knajpach (śmiech).

Lata 90. to był chyba dla Ciebie dobry czas. Świetna passa Necrophobica, a Ty zostałeś nominowany przez miesięcznik "Gitara i Bas" do tytułu najlepszego gitarzysty w Polsce?

W latach 90-tych wiele się działo. Metal był bardzo popularny. Graliśmy sporo koncertów w Czechach oraz z Polsce w tym na festiwalach w Jarocinie 91’, 92’ oraz 93’, gdzie za materiał z płyty ,,No More Life’’ otrzymaliśmy wyróżnienie. W Jarocinie była niesamowita atmosfera przyjaźni, również między zespołami, muzycy pożyczali sobie sprzęt w tym gitary, kable a nawet efekty Bossa.

Jak już wspominałem „No More Life” to była dobra płyta – spodobała się nie tylko fanom, ale również paru osobom, które miały wpływ na to co się działo i promowało w tamtym czasie w muzyce - stąd nominacja. Osobiście nie uważałem się za super gitarzystę - było i jest wielu lepszych ode mnie. My po prostu kochaliśmy muzykę i kochaliśmy grać.


Wspomnij jeszcze proszę o Free Man. Jaki dorobek zostawiliście? "Super atrakcyjne przeboje" - wracasz czasem do nich?

Free Man to pomysł Piotra „Małego” Sobaszka. Osobiście ten pomysł nie szczególnie mi się spodobał - wolałem raczej klimaty thrash metalowe, a Mały wkrótce opuścił Necrophobic i założył S.O.S, który wydaje mi się kontynuacją Free Man.

Jak trafiłeś do Mateo Colon?

Za sprawą Czornego i Viecha. Artur był strasznie napalony na granie. Miał swoją punkową kapelę Niemy Krzyk. Pewnego dnia poprosił mnie, aby dograć w studiu solówki do jego materiału. Solówki w Punku? Co to za gość? Nikt w punkowych kapelach nie nagrywał solówek!

Pożyczył mi wtedy płytę „Idle Gossip” Toy Dolls - spodobało mi się bardzo co gitarzysta „Olga” wyprawiał na telecasterze - szacun. Graliśmy jakiś czas razem i doszliśmy do wniosku, że fajnie byłoby stworzyć nowy band, połączyć punkowe expresyjne chórki i wokale z ciężkimi, metalowymi riffami. Pomyślałem, że im bardziej ludzie się od siebie różnią, tym ciekawsze mogą być efekty ich wspólnej pracy.

Z jakim odbiorem spotkała się płyta "The Sting” Mateo Colon? Jak Ty postrzegasz ten materiał z perspektywy czasu?

Bardzo dobrze. Materiał nadal brzmi świeżo i jest dobrze odbierany nawet przez osoby, które nie słuchają „ostrej muzy”- i o to nam chodziło. Chcemy zachęcić i przeciągnąć tych niezdecydowanych na ,,wspaniałą stronę metalu’'. Celowo na płycie znalazło się dużo rytmicznie osadzonych numerów w średnim tempie z melodyjnymi refrenami.

Moim marzeniem jest odbudowa popularności tego gatunku w Polsce, jak to się dzieje na zachodzie Europy czy u naszych południowych sąsiadów.

Kiedy planujecie nagrać coś nowego?


Nie mamy jakiegoś ściśle określonego terminu, rodzą się pomysły. Myślę, że nowe numery wkrótce się pojawią.

Nie tak dawno byliście na Węgrzech, gdzie graliście koncerty z Moby Dickiem. Jak wrażenia po tej trasie i koncertach u Węgrów?

Wrażenia są niezapomniane. Moby Dick to kultowa kapela węgierska która popularnością na Węgrzech dorasta do Kata , Turbo czy Acid Drinkers w Polsce.

Pełne sale fanów cytujących teksty po węgiersku - z których nic nie rozumieliśmy (śmiech).

Przyjęto nas bardzo ciepło, a muzykę - fantastycznie. Niebawem ukaże się tam nasza płyta a jesienią planujemy kolejne koncerty.

Jak długo znasz się z Golemem? Pytam, bo całkiem niedawno dołączył do Mateo Colon.

Znamy się bardzo długo, jak wspomniałem wcześniej, jeszcze przed Necrophobikiem. To dobry muzyk i fajny kolega. Nasze drogi muzyczne się rozeszły, ale poglądy i pasja się nie zmieniły. Golemowi przede wszystkim spodobała się muzyka z płyty The Sting. Z ograniem nie było problemu - każdy wie co do niego należy. Obecnie mamy już za sobą pierwszy koncert w Rotundzie w Krakowie - wyszło super.

Pracujecie nad teledyskiem "21"? Czy możesz powiedzieć coś więcej na ten temat? Co zobaczymy na tym clipie?

„21” to bardzo prosty numer z oryginalnym tekstem. Długo zastanawialiśmy się jak go zaprezentować wizualnie.. Wspólnymi siłami, razem z młodziutkimi chłopakami z „Tier” opracowaliśmy koncepcję. Odebranie głównej roli powierzyliśmy profesjonalnemu aktorowi.

Będzie moc.

Dzięki za wywiad. Coś na koniec?

Pozdrawiam wszystkich metalowców szczególnie starszą ekipę i zachęcam do odsłuchania naszej płyty „The Sting” \m/.

Rozmawiał Wojtek Lis

 

 

 

baa222