Brutal Assault 2016

Tegoroczny Brutal Assault zaskoczył zestawem doskonałych wykonawców i… obskurną pogodą. Jak minęły nam te 4 brutalne dni, dowiecie się poniżej.

Z powodu kilometrowych kolejek do wejścia, pierwszego dnia nie udało mi się zobaczyć Tribulation. Szkoda, bo była to dla mnie jedna z ważniejszych kapel do zobaczenia na tym festiwalu. Po kilku godzinach oczekiwania w strugach deszczu, w końcu wpuszczono nas na teren festiwalu. Pierwszym zespołem, jaki dane mi było tego dnia zobaczyć, był Neurosis – panowie udowodnili, że są wciąż w świetnej formie i w tym gatunku nie mają sobie równych. Ciężar, ciężar i jeszcze raz ciężar. Walec, jaki zaserwowali nam Amerykanie sprawił, że staliśmy jak wryci, kontemplując dźwięki powolnie spływające do naszych uszu.


Po Neurosis przyszedł czas na deathmetalowy łomot – Dying Fetus. Po ich występie śmiem twierdzić, że jest to jedna z najlepszych deathmetalowych kapel, jakie dane mi było widzieć na żywo. Bardzo technicznie, ale też żywiołowo i na totalnym luzie. Zdecydowanie warto zobaczyć. Nie udało mi się dotrwać do końca, bowiem koncert Dying Fetus częściowo pokrywał się z koncertem King Dude, który był dla mnie absolutnym musem, pognaliśmy więc na scenę o wdzięcznej nazwie „OriEntal”.


A Król jak to Król – urzekł wszystkich zebranych (a było ich niemało) swoim mrocznym country i skutecznie rozluźniał atmosferę żartując i popalając papierosy między kolejnymi utworami. Jego muzyka urzeka z płyt, ale to, co robi na koncertach, jest nieporównywalnie lepsze. I choć wciąż lało, zdaliśmy się już tego nie zauważać. Odpaliliśmy papierosy, bujając się i śpiewając razem z Królem.


Koło godziny 20:00 przyszedł czas na szwedzki Shining. Niklas Kvarforth i spółka grali w tym roku na scenie Metalgate, której otoczenie okazało się trochę za małe dla publiki, która nader tłumnie pojawiała się w tym miejscu. Dużym minusem tej sceny jest brak ekranu, więc niemożliwe jest zobaczenie czegokolwiek, jeśli nie stoi się wystarczająco blisko sceny. Po kilku nieudanych próbach przebicia się przez tłum i dotarcia do miejsca, w którym była jakakolwiek widoczność, poddaliśmy się i postanowiliśmy słuchać, nie oglądać. Było dobrze, setlista zadawalająca („Submit To Selfdestruction” i „Let Oss Ta Allt Fren Varandra” zabrzmiały doskonale na żywo) i świetne brzmienie. Zdaję sobie sprawę, że pretensjonalność tematyki podejmowanej przez Szwedów nie każdego urzeka, jednak nie można chłopakom odmówić umiejętności. To był bardzo dobrze zagrany koncert.


Po dłuższej przerwie przyszła pora na gwóźdź programu – Chelsea Wolfe. Pani Wolfe całkowicie zahipnotyzowała publikę swoim głosem. Numery z „Pain Is Beauty” i „Abyss” zyskały jeszcze większego kopa na żywo i zabrzmiały bardzo ekstremalnie. Setlista bardzo przekrojowa, za co duży plus. A my wpadliśmy w trans i jeszcze długo po koncercie ciężko nam było z niego wyjść. Klimatu i ekstremy od pani Wolfe mogłaby się uczyć niejedna metalowa kapela. Doskonały występ.

Drugi dzień przyniósł nieco lepszą pogodę. Zaczęliśmy go od koncertu Aborted. Widzieliśmy ich w akcji już kilka lat temu i sponiewierali nas doszczętnie. W tym roku zdecydowanie przeszli samych siebie. Death metal w ich wykonaniu to cholerne mistrzostwo. Doskonale technicznie, riffy wwiercające się w głowę, różnorodny wokal i stoicki spokój bębniarza grającego niewiarygodne tempa… To trzeba zobaczyć. I choć nie jesteśmy wielkimi fanami nowocześniejszej odmiany death metalu, Aborted uwielbiamy. To jest jedna z tych kapel, które koncertowo nie zawodzą nigdy.


Po Aborted przyszła pora na mój absolutny numer jeden, jeśli chodzi o death metal – Immolation. Amerykanie grali tego dnia w okrojonym składzie, bez drugiego gitarzysty, który, z osobistych powodów, nie mógł dotrzeć na koncert. Ponadto Ross Dolan podciął nieco włosy i już nie są najdłuższe na świecie. Poza tymi drobnymi niuansami, nic więcej się nie zmieniło – pomimo okrojonego składu, panowie rzeźbili aż miło. Jak zawsze, setlista iście zabójcza, usłyszeliśmy i nowsze, i starsze kawałki. Wszystkie zagrane po mistrzowsku. Immolation to prawdziwa koncertowa maszyna do zabijania. Wokal Dolana brzmiał tak mocarnie, że zagłuszał niekiedy pozostałe instrumenty. Nie można zapomnieć też
o gitarzyście, bo to jest człowiek, zdaje się, chory psychicznie. Nie sądzę, by ktoś przy zdrowych zmysłach był w stanie robić z gitarą to, co robi Vigna. Pokłony.

Piątek zapowiadał się intensywnie i taki w istocie był. Pogoda w końcu się ustabilizowała, więc można było oglądać koncerty w warunkach bliskich normalnym, tj. bez wody w butach i w suchym ubraniu.

Udało nam się zdążyć na końcówkę koncertu Kronos. Porządny był to strzał
i z pewnością wybierzemy się na koncert, jeśli nadarzy się okazja. Mogę powiedzieć tylko tyle, bo udało mi się zobaczyć z ledwością dwa utwory.


Z niecierpliwością oczekiwaliśmy koncertu SepticFlesh. To jedna z tych kapel, których co prawda dziś nie słucham, ale dużym sentymentem darzę ich wczesną twórczość. Późną zresztą też, bo to chyba jedyna znana mi kapela, do której orkiestracje i chóry najzwyczajniej pasują i która nie traci przez ich obecność na ekstremalności. Ich występ to swoisty monument. To kapela stworzona do grania koncertów – są bardzo sceniczni, techniczni, mają rewelacyjny kontakt z publiką. Ich muzyka na żywo to dźwiękowa apokalipsa. Szkoda tylko, że nie usłyszeliśmy niczego z wczesnych płyt, nawet niczego
z doskonałego „Sumerian Daemons”. Panowie przygotowali set złożony w całości z trzech ostatnich płyt.

W międzyczasie ruszyliśmy sprawdzić scenę ambientową, która miała w tym roku swój debiut. Udało nam się zobaczyć większą część występu naszego rodaka z Dead Factory. Pomysł Macieja na muzykę spowitą dymem Śląska sprawdza się znakomicie. Mroczne, industrialne wizualizacje wraz z niepokojącą muzyką działają na wyobraźnię. Sam pomysł ambientowego zakątka na Brutal Assault okazał się bardzo trafiony. Pomieszczenie zaopatrzono w kanapy, serwowano absynt – można było się tam stracić na kilka godzin, co
i nam się zdarzyło.


Po chwili ambientowego wyciszenia pognaliśmy na koncert Moonspell – badziej
z sentymentu niż z faktycznego uwielbienia, choć ich ostatnie dokonania są całkiem niezłe. Niestety, koncertowo Moonspell zawiódł po całości. Być może to wina kiepskiego nagłośnienia, a może panowie mieli po prostu gorszy dzień. W każdym razie trochę smutno było słuchać jak taki „Night Eternal” na żywo zupełnie traci na mocy. Fernando też
w nienajlepszej formie, górne dźwięki wyśpiewywał na granicy, męcząc się niesamowicie.
Z pewnością dam im kiedyś jeszcze jedną szansę, jednak po ich brutalowym koncercie pozostał lekki niesmak.


Po Moonspell przyszedł czas na Satyricon. Dość sceptycznie podchodziliśmy do tej kapeli od pewnego czasu, jednak koncertowo zdecydowanie nas do siebie przekonali. Mało tego – mieliśmy niepowtarzalną okazję usłyszeć album „Nemesis Divina” w całości. Niesamowite to doświadczenie i do dziś nie możemy się pozbierać. Satyricon koncertowo zabija, a Frost wyczynia niesamowite rzeczy za garami. Warto zobaczyć ten zespół choćby ze względu na niego. Poza „Nemesis Divina” Norwedzy zagrali jeszcze kilka nowych kawałków, w tym hiciorskie „Fuel For Hatred” i „The Pentagram Burns”. Nasze uprzedzenia całkowicie zniknęły. Duch lat 90. był obecny tego wieczoru na scenie.


Jako ostatni tego wieczoru zobaczyliśmy koncert Dark Funeral. Było już późno, ale na wpół żywi doczołgaliśmy się w pobliże sceny. Nie dotrwaliśmy do końca. Choć panowie technicznie są nienaganni, tak wokalista okazał się, delikatnie mówiąc, nie do zniesienia. Jego maniera wokalna polegająca na możliwie najwyższych rejestrach skrzeku po kilku utworach stała się męcząca i denerwująca. Nadmienię tylko, że jego zachowanie sceniczne na upośledzonego karła też nie było tym, czego od Dark Funeral byśmy oczekiwali. Opuściliśmy koncert w połowie, bojąc się usłyszeć jak ów pan kaleczy „My Funeral”. Niestety, oddalając się do namiotów, mieliśmy tę wątpliwą przyjemność usłyszeć…


Nadszedł ostatni dzień festiwalu. Dzień odrobinę spokojniejszy. Na pierwszy ogień poszedł Holy Moses – choć maniakiem thrashu nie jestem, to muszę przyznać, że Sabina
i spółka na żywo dają czadu. Szczególnie samej Sabinie należą się słowa uznania, bo babeczka, pomimo wieku, nie spuszcza z tonu, drze się jak opętana i widać, że jest do tego stworzona. Bardzo miłe zaskoczenie.

Tego dnia widzieliśmy też Behemoth. Koncert poprawny, jednak bez fajerwerków. Po zespole tego kalibru spodziewaliśmy się o wiele więcej. Sporo nowych numerów, kilka starych, Nergal chyba nie do końca w dobrej formie wokalnej, a całościowe brzmienie lekko kulało. Gra Inferno była zdecydowanie najjaśniejszym punktem ich występu.

Należy też wspomnieć o brutalowym after party, które dokonało się w Pradze już kolejnego dnia po festiwalu. Była okazja zobaczyć Reabelliun i Angel Corpse w przyzwoitych warunkach – nadmienię, że na samym festiwalu oba zespoły można było zobaczyć jedynie ze sporej odległości. Oba koncerty okazały się pięknym zwieńczeniem tego 5-dniowego maratonu. Doskonałe sztuki.

Monotheist

 

baa222