MECH (PL)

M E C H – ZWO CZAI SIĘ WSZĘDZIE !

LOGO MECH


Nowicki (później znany z legendarnej grupy Perfect) o czym niewiele osób wie – nawet z fanów bandu Zbyszka Hołdysa J. W ogóle w naszym zespole grali sami wirtuozi i przywiązywaliśmy do tego wielką wagę, by nasi muzycy byli bardzo dobrzy technicznie – a zwłaszcza perkusiści byli najlepsi i tak na przykład Adam później grał ze Zbyszkiem Namysłowskim w jazzowym projekcie Air Condition, co już świadczy o jego niezwykłych umiejętnościach. Podobnie inny nasz perkusista Marek Skwira czy Janusz Domański, który był tytanem pracy i wszystko rozpisywał sobie dokładnie na kartkach. Aż wreszcie trafiliśmy na Andrzeja Dylewskiego, który był ogromnym młodym talentem. No i oczywiście Wiesio Gola – znakomity perkusista. Ale skończył karierę w Lady Pank a dokładnie wyjechał z nimi do Stanów i tam został.Płytę Mech „Zwo” w swoich łapach zapewne już macie od pamiętnego 6 lutego 2012 r. Ale niewiele o niej wiecie, tak samo jak o zespole, który, jakby nie liczyć, skończył 35 lat! Powiem więcej – nieliczni z Was nawet nie zbliżyli się do tak szacownego wieku! Tak więc teraz jedyna i niepowtarzalna okazja, by o zespole dowiedzieć się od samego wiekowego źródła – Maćka Januszka (vel Baba Yaga, vel Gibki, vel Pan Zmierzchu), którego wspomagać w tej obszernej opowieści będzie Piotr ‘Dziki’ Chancewicz (gitary), Paweł ‘Rekin’ Jurkowski (perkusja) oraz Tomek ‘Sooloo’ Solnica (bas).

Pit: To opowiedzcie, Panie Macieju, jak to zaczęliście zarastać tym mchem kilkadziesiąt lat temu… W 1977 roku powstał w Warszawie zespół Zjednoczone Siły Natury MECH – skąd ta dziwna nazwa?

Maciej ‘Gibki’ Januszko: To wymyślił Robert Milewski, współzałożyciel grupy – on był zawsze ekologiczny. Z angielskiego pierwowzór tej nazwy brzmiał wtedy United Nature Forces – i zespół nasz na samym początku nazywał się UNF. Była to taka nasza gra słów w stosunku do rozwinięcia skrótu dla United Nation Forces – bardzo prężnie wtedy działających we wszelkich ogniskach zapalnych na świecie oddziałów ONZ. Dosyć to takie wydumane i wyuzdane ale pozostaliśmy później przy polskim odpowiedniku i ta długa polska nazwa tak się przez lata ciągnęła i ciągnęła no i nikt już nie znał spoza zespołu jej dziwnej genezy. A gdy nagrywaliśmy pierwszą płytę, to tak się zastanawialiśmy, jak się w końcu mamy nazywać i został sam Mech.

Paweł ‘Rekin’ Jurkowski: Tutaj wtrącę małe sprostowanie – sam człon „mech” nie pochodzi bynajmniej, jak wiele osób uważa, od rośliny tylko jest częścią słowa mechanika, mechanizm, mechaniczny. A wynika to z tego faktu, że zespół swoje pierwsze próby miał w klubie „Mechanik” Politechniki Warszawskiej. Chcieliśmy, korzystając z okazji, po latach wreszcie wyjaśnić to karygodne nieporozumienie! J

Pit: W pierwszym składzie grałeś Maćku ponoć na gitarze sześciostrunowej…

Gibki: Zgadza się. Na samym początku Robert Milewski obsługiwał klawisze, na basie grał Krzysztof Fijałkowski i Adam Lewandowski na bębnach. Potem Krzysztofa zmienił Andrzej

Pit: Przewijają się nazwy znanych polskich zespołów z tamtych lat – Perfect, Lady Pank. Andrzeja Nowickiego niestety nie ma już pośród nas. Przypomnij jego krótki epizod w grupie Mec

Gibki: To był tok 1979 i wtedy Hołdys miał jeszcze zespół z Basią Trzetrzelewską w składzie – nazywało to się bodajże Perfect Super Show and Disco Band. Graliśmy razem z nimi na Pop Session – wtedy właśnie z Andrzejem Nowickim w składzie. To w latach 1980-1981 Andrzej grał z nami i odszedł w 1982 roku. W grudniu 1980 roku byliśmy nawet na takim tournee, w ramach którego graliśmy w Moskwie i kiedy w Polsce była głośna sprawa Solidarności, to my tam byliśmy uważani za bohaterów – takie to były czasy! Oprócz nieodżałowanego Andrzeja Nowickiego przez zespół Mech przewinęło się jak widać sporo doskonałych muzyków i teraz po latach staramy się odnawiać kontakt – dzięki najnowszym wynalazkom techniki na facebooku gadam z Adamem Lewandowskim, wymieniamy się nowinkami z Krzyśkiem Fijałkowskim i właściwie nie wiem tylko, co się dzieje z kolegą Lewandowskim, chociaż widywałem go na warszawskim Ursynowie ale nie wiem, czy jeszcze gra. Wiesz, my od 2005 roku zaczęliśmy reaktywować zespół ale to jest zupełnie inna kapela – ona tak samo się nazywa ale tylko dlatego, że ja biorę w niej udział. Jakbym ja tam nie śpiewał, to by się pewnie nazywała inaczej…

Pit: Czy tamte pierwsze składy coś trwałego po sobie zostawiły? I czy planujecie ewentualnie wydanie tych nagrań?

Gibki: Dla „Trójki” radiowej mamy nagraną „Atlantis Suitę” oraz „Opening March”, czy takie przedziwne kawałki, jak „Dialog z Wyższych Sfer” oraz „Antidotum”. A pierwszy nasz singiel „Ogród Snów” / „Romantic Blues” był właśnie zarejestrowany w jednym z pierwotnych składów z 1980 roku. Potem przyszła kolej na bardziej progresywne granie i światło dzienne ujrzała płytka „Królewski Poker” / „TV Super Star”. Przed płytą ukazał się jeszcze singiel „Kaskader” / „Tir” i to były wszystko utwory, z których po nagraniu byliśmy bardzo dumni ale gdy niedawno na CD wydała je firma MTJ bez naszej zgody a nawet wiedzy, to ten materiał został w fatalny sposób przemiksowany. Ale jeżeli chodzi o te resentymenty, to na naszej najnowszej płycie zagra w odświeżonym utworze „Popłoch” z płyty „Tasmania” Robert Milewski, który jako Rob Milord robi karierę w Las Vegas. Zaproponowałem mu zagranie całej partii klawiszy w tym numerze i Robert jest bardzo tym wszystkim podekscytowany. Cieszy się, że będzie mógł wziąć udział w tej sesji i być takim symbolicznym łącznikiem między starymi i nowymi czasami. Tak więc po odświeżeniu kilku starszych utworów na naszej reaktywacyjnej płycie z 2005 roku przyszła kolej na kolejne klasyki w nowej wersji.

Pit: Wspomnieliśmy reaktywacyjny materiał z 2005 roku, w którym nowym fanom ukazał się ciężki, metalowy Mech z muzyką bliską dokonaniom Black Sabbath, Ozzy Osbourne’a czy nawet Black Label Society. Podobne fascynacje muzyczne zauważamy ponad 20 lat wcześniej na debiutanckiej „Bluffmanii”. Ale tego pierwszego oblicza zespołów wielu ludzi nie zna…

Gibki: Myśmy byli wtedy jeszcze przed fascynacją cięższym rockiem kapelą właśnie bardziej progresywną – patrzyliśmy w stronę Yes, Jethro Tull i takich klimatów. Jak debiutowaliśmy na przeglądzie Muzyki Młodej Generacji w Sopocie to grała z nami taka grupa Res Publica, w której na flecie grał Grzegorz Ciechowski. Ale nie był jeszcze wtedy liderem – tam na gitarze grał i śpiewał założyciel Res Publiki Wiesiek Ruciński, występujący pod pseudonimem Jan Castor. I oni wtedy byli zafascynowani muzyką art rockową. Później Ruciński wyjechał do Australii i zespół już pod przewodnictwem Ciechowskiego przemianował się na Republikę. Ale gdy wtedy z nami grali, to było słychać wpływy Jethro Tull i ja byłem zszokowany, że ktoś wtedy takiej wspaniałej muzyki w naszym kraju słuchał. Zamieniłem kilka słów z Grzesiem, który zwierzył mi się, że właściwie zna wszystkie kawałki kapeli Andersona i wtedy nawiązała się między nami taka nić przyjaźni. Niestety zakończona tragicznie jego odejściem.

Pit: Poruszyliśmy sedno sprawy i kwestię najbardziej żywotną dla fanów metalu i czytelników tego tekstu – heavy metal, Black Sabbath, Ozzy Osbourne. Bo oto przychodzi rok 1981 i krystalizuje się klasyczny skład grupy Mech…

Gibki: Gdy było wiadomo, że Andrzej Nowicki i Janusz Domański odejdą z kapeli, to ja zostałem decyzją zarządu „przerzucony” na bas i na gitarze został Janusz Łakomiec. Mieliśmy wcześniej kontakt z Andrzejem Dylewskim ale faktycznie wreszcie szczęśliwie nasze szeregi zasilił on dopiero w pamiętnym 1981 roku. Zostaliśmy kwartetem i w tym składzie popełniliśmy dla Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego naszą pierwszą płytę. Tylko to były takie dziwne czasy, że płyty nagrywane z ponad roczną przerwą, jak „Bluffmania” i „Tasmania” ukazywały się z powodu rozmaitych poślizgów w tym samym czasie. Ta wydana przez firmę państwową miała taki długi cykl decyzyjno-wydawniczy, że dobiła z terminem do premiery naszego drugiego wydawnictwa dla firmy polonijnej Polton. (Żeby było śmieszniej innym kapelom, jak na przykład właśnie metalowemu TSA płyty nagrane rok po roku wydawano z kilkuletnim odstępem.). Nakłady tych obu wydawnictw w tamtych czasach sięgały miliona ale my nawet nie dostaliśmy z tego powodu złotej płyty, bo tam był limit od półtora miliona – takie jaja!

Pit: Wiadomo było, że rodzimy management nie rozpieszczał wtedy zespołów i te największe, jak TSA, Lady Pank, Maanam, Perfect były eksploatowane maksymalnie, dając po 360 koncertów w roku. Czy Wam oszczędzono takiej harówy?

Gibki: Skądże znowu. Myśmy bardzo ciężko pracowali na swoją markę, często nawet bezwiednie i mieliśmy duże poważanie. Zresztą nasze trasy koncertowe łączyły się zawsze z zespołem Kombi i z zespołem Exodus. Nasz management był wspólny i odwaliliśmy tych koncertów od pyty! Później graliśmy z Kapitanem Nemo. Zresztą przyjaźnimy się do dzisiaj z tymi ludźmi, bo na tym rzecz polega, że jesteśmy generalnie jedną wielką rodziną. Nasze ostre utwory, jak „Brudna Muzyka” czy „Tasmania” można było usłyszeć nawet w tak dziwnych programach telewizyjnych, jak Teleranek dla dzieci, gdzie nawet występowaliśmy. J Wygraliśmy nawet jedną z edycji Telewizyjnej Listy Przebojów utworem „Piłem z Diabłem Bruderszaft”, ale cenzura zdjęła go nam razem z kawałkiem Oddziału Zamkniętego.

Pit: A propos jednej rodziny – jak wyglądało romansowanie Andrzeja Dylewskiego z zespołem Lady Pank w tamtych czasach?

Gibki: To się zaczęło chyba zanim jeszcze powstał ten Lady Pank, jaki znamy. Podczas sesji materiału do płyty „Układy” Izabeli Trojanowskiej udział brał właśnie nasz Andrzej. Gdy graliśmy koncert w Krakowie, przyjechał do nas Andrzej Mogielnicki i Janusz Borysewicz z propozycją, by właśnie Dylewski wziął udział w pierwszych nagraniach. Na basie w tej sesji „Układów” grał jeszcze Wojtek ‘Jajco’ Bruślik i zarejestrowano pobocznie kawałek „Mała Lady Pank” oraz jeszcze jeden numer, którego tytułu nie pamiętam. W jednej z tych pierwszych sesji nagrań Lady Pank oprócz Andrzeja Dylewskiego brał też udział pierwszy basista Maanamu, Krzysztof Olesiński – brat gitarzysty Ryszarda. Taki to był mały światek – wszyscy się spotykali. Dopiero po nagraniu tego singla Borysewicz z Panasem podkupili sekcję Oddziału Zamkniętego – Szlagę i Kapiszona i wtedy wszystko ruszyło z kopyta. Gdy po latach Borysewicz znowu szukał bębniarza, to przypomniał mu się nasz Andrzej.

Pit: Tylko to były chyba zupełnie inne czasy…

Gibki: Dokładnie – to była druga połowa lat 80-ch, Mech już wtedy dogorywał a ja nawiązałem współpracę z Jackiem Skubikowskim. Gdy Dylu odszedł do Lady Pank, to ściągnąłem do zespołu Wiesia Golę. Ale jak Dylewski wyjechał z nimi do USA i został na Alasce, to Borysewicz znowu sięgnął do Mechu po świetnego perkusistę i tak zostaliśmy bez Goli. Żeby było śmieszniej, to historia się powtórzyła, bo po kolejnej trasie Lady Pank Wiesiek Gola też został w Stanach J. I tak to jest, że my byliśmy kuźnią perkusistów dla innych zespołów, które przychodziły po gotowe. A jeśli już jesteśmy przy znakomitych muzykach, to ostatnie lata przed zawieszeniem de facto działalności grupy Mech grał z nami w 1985 roku jeszcze taki genialny gitarzysta Marcin ‘Samba’ Otrębski, który współpracował także z Grzegorzem Ciechowskim ale kapela nasza przestawała normalnie funkcjonować i wszystko ewoluowało niestety w kierunku rozpadu grupy. Powodem były oczywiście pieniądze, a raczej ich brak oraz słabnąca popularność Mechu. Wiesz, to jest tak, że my nie byliśmy jakimś topowym zespołem, ale też olewaliśmy opinie rozmaitych prześmiewców i nie wchodziliśmy w dziwne układy z nikim a to pozwalało nam na niezależność, jaką mamy chociażby teraz.

Pit: Jak doszło do spotkania Dzikiego z grupą Mech?

Piotr ‘Dziki’ Chancewicz: Do realnej reaktywacji doszło w 2004 roku z inicjatywy Jurka Owsiaka oraz Janusza ‘Kosy’ Kosińskiego. Ale to się bierze z dalszych czasów – mniej więcej w 1994 roku ja i gitarzysta Artur Affek (który od lat współpracuje z Kayah) mieliśmy taki zespół Agency, który się później rozpadł. I jak tylko nie mieliśmy co robić i za co pić a mieliśmy ochotę się napić, to zawsze lecieliśmy do Maćka Januszko zakładać zespół. Po jakimś czasie moje drogi i Artura się rozeszły ale ja do Maćka tak się przykleiłem, że gdy on miał pomysł na reaktywację grupy Mech, to wtedy w 1995 roku naturalne się stało, że montowaliśmy to razem. I żeby było śmieszniej, to w tamtych czasach naszym perkusistą był obecny bębniarz Paweł ‘Rekin’ Jurkowski! J Z różnych powodów to nie wyszło i właściwa reaktywacja skrystalizowała się dziesięć lat później w innym składzie – ale jak widać historia zatoczyła koło i perkusista, który powinien być, wrócił na miejsce.

Pit: Ten pierwszy reaktywacyjny skład zasiliła właściwie sekcja Closterkeller w osobach Krzysztofa Najmana i Piotra ‘Posejdona’ Pawłowskiego.

Dziki: Wtedy już nie grali z Closterkeller tylko udzielali się w grupie Virgin – to był koncertowy skład Dody. Natomiast ja się z chłopakami znałem bardzo długo i wiedziałem, co potrafią i jakimi zawodowymi są muzykami. Zadzwoniłem do Krzyśka z zapytaniem, czy umie już grać na basie, potem do Posiego, no i graliśmy razem, bo to jest zajebista sekcja i doskonali instrumentaliści. Tylko tak się złożyło, że nasze drogi się rozeszły ale spędziliśmy razem naprawdę doskonały czas, zrobiliśmy wspaniałe nagrania i dlatego z tego miejsca, korzystając z okazji, pozdrawiam Was chłopaki!

Pit: Przez jakiś czas Mech grał z dwoma gitarzystami – obok Ciebie na scenie stał stary wyjadacz zespołu Janusz ‘Wodzu’ Łakomiec. Czy po jego odejściu nie myślałeś, by dla cięższego brzmienia koncertowego reaktywować umiejętności Maćka Januszko, który w końcu wiele lat temu był całkiem biegły w tym temacie?

Dziki: Nie! Nie pozwalam! Jestem jednak gitarzystą, który nie odda tego pola na scenie J. Oczywiście na początku świetnie się grało z Januszem ale Wodzu pozostał jednak w realiach lat 80-ch i to jest znakomity bluesman, rewelacyjny. Ale układ jest taki, że jednak ja nie jestem gitarzystą bluesowym i tego bluesa nie za bardzo czuję. Dlatego ciężko było znaleźć Wodzowi miejsce w bądź co bądź w rockowo-metalowym zespole i sam zrezygnował, widząc że to się jednak kupy nie trzyma. Aczkolwiek dalej jest członkiem zespołu Mech, tylko nie grającym w tym zespole na instrumencie. Pracuje w Anglii i szczęśliwie pomyślnie dla siebie ułożył sobie życie.

Pit: A Twoje poprzednie projekty, jak choćby Syndia, Dogbite czy BO-Session?

Dziki: Wiesz, akurat o grupę Syndia pyta mnie bardzo wielu ludzi i nie wiem, dlaczego, ale to się zrobił ostatnio jakiś mega-kultowy zespół. Przychodzą ludzie z płytami, kasetami do podpisania i jest jakieś dziwne parcie, by ten zespół reaktywować ale na razie w tym temacie cisza… A w przypadku projektu Janka Borysewicza, to wypada być mi dumnym z faktu, że mnie do niego zaprosił i że wystąpiłem z takimi tuzami, jak Winicjusz Chrust, Darek Kozakiewicz, Wojtek Pilichowski czy chociażby Maciek Gładysz, którego przecież wcześniej znałem z grupy Syndia no i Artur Affek. Jeżeli kogoś pominąłem, a chyba nie, to niech przyjdzie i mnie zabije. J Natomiast Dogbite to raczej nie moje muza ale strasznie ujął mnie entuzjazm braci Kurowskich, to w jaki sposób podchodzą do muzyki i że mają naprawdę ogromną werwę. I oni mnie tak naprawdę zmolestowali, bym grał w tym zespole ale nie wstydzę się tego i to też były miłe chwile.

Pit: Jesteśmy przy roku 2005 – pojawia się pierwsza po latach płyta Mech i na pierwszy ogień medialny idzie kawałek „Painkiller” śpiewany po angielsku, w dodatku utwór promujący grę komputerową. Skąd ten pomysł?

Dziki: Producenci tej gry szukali w całej Polsce zespołu, który by zrobił do niej muzykę ilustracyjną i taką grupę podobno znaleźli ale zaprzyjaźniony z nami gitarzysta zespołu Les Dress, tak zwany Edward, który był jednym z grafików tej gry, powiedział: „To może niech też Dziki spróbuje”. Zrobiłem więc trzy demówki i zaskoczyło! Po czym stwierdziłem, że może w bonusie damy tej firmie utwór „Painkiller”. Łukasz Rychlicki, który jest związany blisko z zespołem napisał tekst do tej piosenki. Naturalną rzeczą było, że ten utwór znalazł się także na płycie – chcieliśmy go zaprezentować szerszej publiczności. Nie wszyscy fani Mechu grają w gry komputerowe.

Pit: Teraz nagraliście kolejny materiał. Dawniej mało który zespół miał tak komfortową sytuację w momencie nagrywania płyt, że jego członek, współkompozytor i aranżer był jednocześnie realizatorem i producentem tych nagrań, w dodatku w swoim własnym studio. Przyznasz, że to lepsze niż formuła Head & Shoulders „dwa w jednym”. W latach 70-ch i 80-ch nasze zespoły były szczęśliwe, że wchodzą do studia. Przełom w jakości nagrań przyniosły lata 90-te za sprawą takich inżynierów dźwięku, jak Adam Toczko, Rafał Paczkowski czy Leszek Kamiński. Ale czy Ty, będąc odpowiedzialny za wszystko od strony realizacji, masz dystans i potrafisz postawić się z boku z konstruktywną oceną tego, co robisz i jak to brzmi?

Dziki: Wiesz, faktycznie czasami jest problemem, gdy jesteś współkompozytorem, wykonawcą, producentem i realizatorem zarazem ale powiem ci przy tym jedną rzecz a propos tych lat 70-ch. Najtrudniej w obecnej chwili przy realizacji płyty jest właśnie wrócić do tej czystości brzmienia tamtego okresu i charakteru, jaki prezentowały ówczesne zespoły. One wtedy brzmiały bardzo podobnie na scenie i w studio. Przez lata studia obrosły tak elektroniką, że zatracono proporcje. I my właśnie podczas ostatniej sesji nagraniowej robiliśmy wszystko, by to się udało – by uchwycić jak najwierniej nasze koncertowe brzmienie bez tych wszystkich pro-tools’ów i innych dupereli, które niewątpliwie są przydatne przy końcowej obróbce dźwięku ale nie są istotą procesu realizacji, o czym niestety zapomina wielu inżynierów dźwięku. Teraz jest łatwiej – możesz tu wyciąć, tam poprawić, wkleić raz nagrany refren kilka razy, spłaszczyć brzmienie i wyrównać wszystko „do siatki” po niemiecku, by nie wystawało ponad limiter, bo to nieładnie wygląda na monitorze komputera. Tylko gdzie jest do cholery w tym wszystkim muzyka?!

Pit: To taka ekologiczna walka z brzmieniową materią…

Dziki: Dokładnie. I wbrew pozorom nakład pracy, by to osiągnąć naturalnymi środkami jest dużo większy niż gdybyśmy to robili według aktualnych trendów. Na tej płycie usłyszysz dużo brzmieniowych błędów – tu jest trochę krzywo, tam jest trochę artykulacyjnie nie tak, włącznie z tym, że w kilku numerach wokale Maćka są w ogóle niestrojne. Bo stwierdziliśmy, że po strojeniu coś ten wokal traci i woleliśmy to zostawić, tak jak wyszło „na żywca”. Wszystko, żeby płyta brzmiała jak najbardziej naturalnie. Nawet kilka numerów wyleciało po pierwszej rejestracji z tej sesji, bo znaleźliśmy później lepszy werbel z 1976 roku, taki sam, jak ten którego używał John Bonham, i stwierdziliśmy, że w kilku kawałkach ten werbel tak stanowi o brzmieniu, że nagraliśmy je jeszcze raz. Tak samo z basem – Sooloo kupił nowy bas i jego oraz moje Gibsony poszły na półkę a w studio wykorzystaliśmy doskonałe gitary Wild Pig naszej rodzimej firmy Ufnal. Okazało się, że pobiły wiosła Gibsona i trzeba było część numerów nagrać od nowa. Ale to nie znaczy, że my produkujemy te numery jeden po drugim, tylko jeśli się pojawi lepszy instrument, który lepiej „siedzi” w danym kawałku, to trzeba ten utwór powtórzyć.

Pit: Mieliście to niewątpliwe szczęście i dwukrotnie graliście przed Zakkiem Wylde podczas jego występów w Polsce. Podarowaliście mu pewną gitarę…

Dziki: To było podczas festiwalu Ozzfest w Polsce w Katowickim Spodku i w związku z tym, że bardzo cenię Zakka Wylde’a, a bardziej z Ozzym niż w Black Label Society, więc postanowiłem zrobić mu prezent i podarować miniaturę gitary zrobionej przez warszawskiego lutnika Marka Witkowskiego. Menedżerowie Zakka, gdy zobaczyli że zbliżamy się z tą gitarką, pomyśleli że chcemy dać ją mu do podpisania. Zakk wychodzi więc do nas i pyta, gdzie ta gitara do podpisania. Ja mówię, że nie mam żadnej gitary do podpisania. „Mam tę” i wyjmuję mini replikę – „Ale ona jest dla Ciebie”. Był naprawdę wzruszony i nie mógł uwierzyć, że to prezent dla niego. Dzięki temu mogliśmy sobie uciąć mini-pogawędkę i wyszło przy okazji, że mamy tych samych nauczycieli gry na gitarze – Jimmi Page, Eddie Van Halen, John Sykes. Te aliquoty, które gram hurtowo wzięły się właśnie od Johna Sykesa z Whitesnake. Wszyscy mi zarzucają, że wsadzam ich za dużo ale, sorry, to jest taka moja przypadłość. J Nauczył mnie tego Sykes, a pierwsze aliquoty, które powaliły mnie na plecy, zagrał gitarzysta Toto Steve Lukather w utworze „Stranger In Town”. Ja usłyszałem te ‘piiiik’ i następnie siedziałem przez najbliższe 3 miesiące, zastanawiając się, jak on to zrobił. To był 1984 rok i płyta „Isolation” – a ja zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że gitara płacze. A gdy się nauczyłem, to trzy lata później wyszła pamiętna płyta Whitesnake, na której właśnie Sykes wpierdzielał aliquoty, gdzie tylko się dało, spuszczając wajchę w dół!

Pit: Jesteś też szczęśliwym posiadaczem jednego ze wzmacniaczy Zakka Wylde’a.

Dziki: Tak. Jestem szczęśliwym posiadaczem modelu Marshall 800 sygnowanego jego nazwiskiem i nikt nie ma tego wzmacniacza poza mną, i oczywiście Zakkiem. Jest to na pewno najlepszy wzmacniacz na świecie ale wszystkim zazdrosnym mogę zdradzić, jak przerobić zwykłą 800-kę na „Zakka Wylde’a” – trzeba kupić za jakieś 3000 złotych transformatory firmy Mercury Magnetics, dokonać paru przeróbek po czym kupić zestaw lamp 6550, które kosztują następne 1200 zeta. Taki wzmacniacz ma lepiej opanowane pasma, jest trochę trudniejszy do grania i cichszy, natomiast ja wolę ze wzmacniaczem „walczyć” i wolę, by sprzęt udowadniał mi jednak, że nie potrafię grać, niż mieć taki, który pokaże: „Jesteś zajebisty i grasz najlepiej na świecie!”. Nie czuję wtedy, że gram, dlatego wolę walkę i czasami słychać na koncertach, że ta walka jest przegrana. J

Pit: To mieliście w studiu niezły w sumie wybór…

Dziki: Podczas nagrań używaliśmy czterech pieców Marshalla i to były wszystko 800-ki, był poza tym Fender Vibro-Champ – to jest taki malutki wzmacniacz. Były też Orange basowe, wykorzystywane także do gitar sześciostrunowych. I to jest podstawowy set – nie było żadnych pieców Mesa Boogie i innych podobnych rzeczy. Płyta ma brzmieć tak, jak na koncercie, więc ograniczyliśmy się tylko sprzętu, który wykorzystujemy na żywo. Dlatego też podstawa brzmieniowa tego albumu jest nagrana „na setkę” i potem oczywiście były wymieniane niektóre rzeczy, bo bez tego się nie da, ale szkielet jest zrobiony na żywca. Odeszliśmy od tego typu pracy, jaki był na poprzednim albumie, gdzie w jednym numerze momentami były jednocześnie 4 gitary na raz. Tutaj są maksymalnie trzy, grające jeden riff i to incydentalnie. Nawet blachy nasze koncertowe, niektóre podniszczone lekko, też były wykorzystywane w studio, a jak widzisz kilka z nich jest połamanych. J W samym studiu przez te lata zmieniły się na pewno graty. Od zeszłego roku doszło parę nowych mikrofonów, przedwzmacniaczy, kompresorów, jest nowy stół mikserski, ale cały czas siedzimy w domenie analogowej i skupujemy stare na pozór niedziałające trupy.

Pit: Studio po latach się zmieniło, a sama zmiana w zespole od czasu „Painkillera”?

Dziki: Teraz to jest kompletnie inny zespół, no i naprawdę nienormalny! Tamten był jednak bardziej poukładany. To jest tak zwariowany zespół, że pracuje się rewelacyjnie chociaż bardzo długo, by dojść do zadowalającego efektu, ale nie dlatego by to wyrównać ale większość wysiłków poświęcamy koncepcji, co zrobić w danym numerze i tak dalej. A czy na koniec to będzie ładnie brzmieć, to nas najmniej interesuje – najważniejsze jest to, co się aktualnie zdarza w danym utworze i jaką energię on ze sobą niesie. A paradoksalnie powiem Ci, że większość „elektroniki” którą słychać na najnowszej płycie, jak na przykład loop przed kawałkiem „Morderca”, to nie jest żadna elektronika, tylko dźwięk nagrany przeze mnie paszczą, czyli ustami a potem przetworzony dźwiękowo ale też za pomocą urządzeń analogowych. Taki to zwariowany zespół! Tak naprawdę instrumenty klawiszowe są użyte w dwóch utworach, mimo, że słychać tego na płycie więcej.

Pit: Najnowsza odsłona – kolejny materiał „Zwo” i nowy zespół jeszcze bardziej zgrany, zwarty i szalony.

Rekin: Nowy-stary, bo ten skład gra ponad 5 lat. Chociaż moje kontakty z Maćkiem i Dzikim sięgają 15 lat. Wcześniej grałem z Dzikim w innym zespole a potem zaczęliśmy pierwsze próby Mechu we trzech z Maćkiem (jak pierwotnie) na basie. Zrobiliśmy trzy numery, które potem w innych wersjach ukazały się na tej poprzedniej „reaktywacyjnej” płycie, tylko oczywiście po latach zupełnie zmienione. Ale jakoś tak zabrakło zapału i rozeszło to się po kościach. Maciek do tej pory nie może przeżyć, że to co powstało na tych próbach, nie zostało zarejestrowane a to był masakrujący materiał! Sekcja, która grała później czyli Posejdon z Krzyśkiem Najmanem nie ma chyba sobie równych w tym kraju ale tutaj trzeba jeszcze coś innego, bo to warsztatowo była jednak sekcja na kształt muzyków sesyjnych. Gdy z Tomkiem doszliśmy do zespołu to Mech zaczął żyć sam w sobie.

Pit: Po Twoim zestawie bębnów widzę, że wywodzisz się ze szkoły „bonhamowskiej”.

Rekin: Ja styl samego Bonhama poznałem stosunkowo niedawno. Nigdy nie starałem się ograniczać i nie miałem tak naprawdę swojego guru. Kiedyś pracowałem przy koncercie Steve Vai’a w Kongresowej i jeden z technicznych zapytał mnie, kto jest moim ulubionym perkusistą. Pokazałem mu mój lewo-ramienny tatuaż, na którym za bębnami zasiada sam mistrz – Zwierzak z Muppet Show i wszystko stało się dla niego jasne. To tyle jeżeli chodzi o moje warsztatowe inspiracje. J A poważnie rzecz biorąc, kiedy byłem gówniarzem słuchałem takich kapel, jak Venom, Slayer, Exodus – i wtedy nigdy bym nie uwierzył, że z tym ostatnim zespołem za kilkanaście wystąpię na jednej scenie. Ale mam także za sobą doświadczenia punkowego grania w zespole Kasztany, z którym materiał nagraliśmy właśnie w studiu Dzikiego. Z Maćkiem Taffem z Geisha Goner nagraliśmy fajny punkowy materiał. Był też Neolithic czyli marka bardzo dobrze znana, chociaż paradoksalnie ten zespół był bardziej popularny we Francji niż u nas. Później był Rootwater, z którym nagrałem pierwszy materiał. Chociaż nie potrafiliśmy się dopasować mentalnie z Maciejem Taffem i po kilku koncertach rozstałem się z chłopakami. Później było moje spełnienie, z którym nagraliśmy co prawda materiał, ale nigdy nie ujrzało to światła dziennego na szeroką skalę – Licorea. Chłopaki znowu zaczynają grać i strasznie ubolewam nad tym, że nie mogę im towarzyszyć z powodu natłoku innych obowiązków.

Pit: Sam Twój instrument też wzbudza szacunek…

Rekin: To jest zestaw firmy DDrum, która bardziej znana jest z perkusyjnej elektroniki – robi świetne triggery. Przed nimi miałem trochę mniejszy zestaw chociaż ustawienie to samo – standardowa rozmiarówka: tom 12”, floory 15” i 16” oraz stopa 22”. I jak postawiłem je w sali prób i zagrałem na tych bębnach a potem wstawiliśmy je do studia, to zakochałem się w nich i nie chciałem żadnych innych. A potem pomyślałem, że można by spróbować na większym zestawie, takim właśnie, na jakim grał Bonham z największą stopą 26”. Zapytaliśmy dystrybutora i okazało się, że można, mają i przysłali. Rozpakowałem, postawiłem, zagrałem i to jest to!

Pit: To są bębny z tworzywa sztucznego, nie z drewna. Co na to perkusiści ortodoksyjni?

Rekin: Bębniarze ortodoksyjni faktycznie preferują zestawy drewniane ale moje bębny mają jedną zasadniczą przewagę – bębny akrylowe zagrają w każdych warunkach tak samo. Zimno, ciepło, sucho czy wilgotno. Natomiast drewno ze swojej natury lubi w miarę stabilne warunki i wszelkie zmiany otoczenia od razu odbijają się na brzmieniu. Jak miałem jeszcze ten mniejszy zestaw plastikowy, to akustycy po koncercie przychodzili i pytali: „Co to za bęben? Co to jest?” – nie mogli uwierzyć, że jest z przezroczystego akrylu i oglądali go z bliska. Poza tym sama rekomendacja perkusisty Led Zeppelin nie pozostawia żadnych wątpliwości. J Polecam serdecznie, jeżeli ktoś chce mieć fajne bębny! Żałuję, że tych rozmiarów DDrum już nie robi – wycofali się z dużych bębnów i równają do standardu. W momencie, gdy kupiłem te bębny, pojawiła się na nie spora moda – nagle wszystkie firmy w swoim katalogu umieściły jakiś model akrylowy. DDrum, żeby się w tym wyróżnić zaczął kombinować z rozmiarami, ale potem moda minęła i wrócili tylko do jednego standardowego modelu. Szkoda… Ale i tak kombinuję dalej, gdzie by tu znaleźć 30 albo nawet 40 cali J.

Pit: W sekcji rządzi oczywiście bas! Bas, który na tej płycie brzmi wyjątkowo mocno!

Tomek ‘Sooloo’ Solnica: To dlatego, że nagrywając „Zwo” chcieliśmy, by była to płyta, która przede wszystkim zadowoli nas samych. Po tej chwili odnowy biologicznej i mentalnej zespołu byłem tak naprawdę cały czas blisko grupy. Bo w 2006 roku zasiliłem ekipę techniczną Mech a od prawie 4 lat gram w grupie na basie, więc wiedziałem, czego ten zespół chcę i jak to ma brzmieć. Chcieliśmy, by ludzie, którzy za to zapłacą otrzymali płytę o wspaniałym brzmieniu i by nie odróżniała się ona niczym od zachodnich produkcji. Nie śpieszyliśmy się, tak jak inni, którzy mając przykładowo 200 godzin do dyspozycji, sprężali się codziennie od 7.00 do 15.00 przez 4 tygodnie, potem szybki mix i bach! Myśmy założyli, że tę płytę musimy nagrać w pewnych ramach czasowych i że ona musi być dobra. Wymagało to od każdego z nas poświęcenia czasu, żeby efekt zadowolił wszystkich nas i zarazem każdego z osobna. Wiadomo, że w miesiąc po wydaniu nie powiesz, że to jest ta płyta i tak miała brzmieć. Tak nigdy nie będzie i tego komfortu niestety nie ma żaden muzyk ale jak pamiętam materiały demo niektórych utworów sprzed 3-4 lat, to są zupełnie inne numery. Ewolucja tych kompozycji sprawiała nam frajdę no i dużo ciężkiej pracy ale jestem przekonany, słuchając finalnego produktu, że tak to powinno brzmieć.

Pit: A gdybyś miał pokusić się o porównanie tego album z poprzednim, nagranym przez sekcję Posejdon-Najman?

Sooloo: Myślę, że jest dużą i zauważalna różnica między tymi materiałami. Na pewno jest podobna moc ale teraz jest zdecydowanie ostrzej i ciężej. To dlatego, że ja jestem z tego rozdania mocno złośliwego – przez wiele lat grałem death-metal w grupie Armagedon, ale jednak mimo wszystko zawsze mnie ciągnęło do trochę innego grania, bardziej rytmicznego i trochę wolniejszego. Ale zdziwię Cię w temacie muzycznych inspiracji, bo od 2 lat głównym zespołem, jakiego słucham jest The Beatles. To jest paradoksalnie takie samo granie, jak Mech, tylko że my używamy więcej przesterów i wykorzystujemy więcej głośniejszego sprzętu. Ale staraliśmy się na tę płytę robić melodyjne piosenki a nie numery oparte na riffie. Ja nie mam nic przeciwko kapelom, które grają riffowo i ciężko – to mi się bardzo podoba ale myśmy obrali inną drogę. Postawiliśmy na bardzo mocne, tłuste brzmienie ale dużo melodii.

Pit: Maszyna promocyjna „Zwo” ruszyła!

Sooloo: Płyta miała wyjść na wiosnę ubiegłego roku, potem były plany jesienne ale wreszcie jest! Nie planowaliśmy jej wydawania przed nowym rokiem, bo nie chcieliśmy być świętymi Mikołajami. Jest jakaś dziwna moda ostatnio w tym kraju, że każda kapela śpieszy się z wydaniem płyty na Święta. My postanowiliśmy się od tego trendu odciąć, bo mamy to w dupie. J Jak już wiecie w marcu promocyjny koncert w Stodole, na który serdecznie zapraszamy! Materiał zostanie zarejestrowany i wydany na DVD na jesieni. Wydaje mi się, że lepiej poczekać kilka miesięcy a nawet lat, by wszystko miało wymiar profesjonalny a nie po łebkach, You Tube i te sprawy.

Pit: Wydawca materiału ten sam – Metal Mind Productions. Czy po odejściu Tomka Dziubińskiego wiele się zmieniło w wytwórni?

Sooloo: Znałem Tomka od wielu lat, jeszcze z czasów, gdy jako Armagedon prowadziliśmy rozmowy w sprawie naszego uczestnictwa w jego projektach. Był motorem napędowym tej wytwórni – festiwal Metalmania jest jego wielkim osiągnięciem i cały heavy metal, który się rozpoczął w Polsce w latach 80-tych – ten duży heavy metal – to jego zasługa. Byłem na pierwszej edycji tego festiwalu w 1986 roku i miałem niewątpliwą okazję widzieć debiut takiego zespołu, jak Vader. Myślę, że bez Tomka nie miałbym takiej szansy. Ale teraz widzimy, że wytwórnia ruszyła z nową siłą – są to w większości ci sami ludzie, pasja w nich nie osłabła pod opieką Joli – żony Tomka. Jola zresztą uczestniczyła z nami w rozmowach w Hard Rock Cafe. Czuję, że ludzie w Metal Mind robią to z szacunku dla pamięci dla Tomka ale także dla własnej satysfakcji i przyjemności. A robota pali im się w rękach i jest power!

Pit: Jest power i jest „Zwo”! A więc ci, co nie jeszcze go nie mają – do sklepów marsz!

 

Piotr ‘Pit'Woźniak

Zdjęcia: archiwum zespołu, fotografia koncertowa: Robert Grablewski

Poprawiony (wtorek, 03 lipca 2012 16:31)

 

baa222