Relacja z festiwalu BLACK SILESIA ACT III 2018

Pamiętam, jakie towarzyszyło nam podniecenie podczas wyjazdu na kolejną edycję Black Silesia Fest; raz, że tym razem organizator zadbał, aby zestaw zespołów był niezwykle interesujący, a dwa: tym razem III edycja Festiwalu miała się odbyć jako impreza plenerowa, która miała szanse stać się w przyszłości czymś na wzór S’thrash’ydła czy, nawet gdyby to się udało kontynuować, festiwalem na miarę Brutal Assault. Sama miejscówka usytuowana w malowniczym Grodzie Rycerskim w miejscowości Byczyna robiła powalające wrażenie, piękny drewniany gród wybudowany zaraz obok jeziora z przystanią, kajakami i rowerami wodnymi, pole namiotowe usytuowane nieopodal grodu mieściło się w lesie, który skutecznie chronił namioty przed zbytnim upałem. Świetna organizacja, bardzo miła ochrona obiektu, czuło się wręcz rodzinną atmosferę. Obok wejścia ustawiło się kilka stoisk z merchem, gdzie można było nabyć sporo interesującego stuffu: CD, LP, koszulki i przeróżne muzyczne gadżety, wszystko w bardzo przystępnych cenach. Przyjechaliśmy do Byczyny chwilę przed koncertem naszych krakowskich przyjaciół ROADHOG.

Poprzednio na Metalmanii zawiedliśmy ich, przyjeżdżając na ich gig do Katowic za późno. Owszem widzieliśmy ich już kilka razy na lokalnych koncertach, ale bardzo kibicujemy tej młodej kapeli, dlatego nie chcieliśmy tym razem przegapić ich występu, tym bardziej, że tu mieli w końcu do dyspozycji dużą scenę i naprawdę cieszę się, że udało mi się ich zobaczyć na żywo, bo wypadli naprawdę dobrze. To był świetny koncert i choć zagrali dość wcześnie, bo koło 15:00, sam gig był naprawdę dobry. Chwilę wcześniej udało nam się wrzucić rzeczy do namiotu znajomych, którzy przyjechali z Poznania dzień wcześniej, dlatego mogliśmy spokoje chłonąć kolejne występy. Powiem Wam, że rzadko się zdarza, by zestaw kapel był tak silny, dosłownie trudno było się zdecydować kiedy iść coś zjeść czy chwilę odpocząć. Po prostu trudno było się od sceny oderwać Kolejny zespół, który wyszedł na deski sceny po ROADHOG to niemiecki BLACKEVIL, który zdecydowanie lepiej wypada na żywo niż na płytach i tu byłem mile zaskoczony, bo Panowie pokazali się z naprawdę dobrej strony.

Nie dość, że ich Muzyka brzmiała ma starą nutę, to jeszcze miała w sobie sporo Diabelskiej energii a Speed Metal podszyty Diabłem to iście wybuchowa mieszanina mogąca wyzwolić pod sceną niezłe ożywienie. Rozglądając się podczas koncertu, zwróciłem uwagę na niezbyt dużą ilość ludzi; fakt była jeszcze dość wczesna godzina, ale myślałem, że jednak pod sceną będzie więcej headbangerów, tym bardziej że chwilę po gigu Niemców miała wyjść na scenę ANIMA DAMNATA.

Nie zazdrościłem chłopakom grania w pełnym słońcu, mimo to Panowie na scenie starali się tego nie zauważać rozpętując niezłe Piekło na jej deskach. Może właśnie tak podziałało na nich słońce, wzmagając Wściekłość, która na scenie zrobiła niezłe spustoszenie. Chwilę po Animie na scenę wkroczył band, który bardzo mnie interesował: kolejna niemiecka załoga o nazwie ATTIC.

Sama muza, jak i wyjątkowy głos Meister Cagliostro, który barwą i siłą niebezpiecznie zbliżył się do rejestrów Mistrza Kinga Diamonda, robił powalające wrażenie. Muzyka również nosiła spore zabarwienie twórczością MERCYFUL FATE, co w tym zestawieniu chyba nikomu nie przeszkadzało. Świetna, niemal teatralna, scenografia dodawała występowi odpowiedniego klimatu i choć na pewno lepiej by to wypadło po zmierzchu, to jednak Panowie starali się słońcem nie przejmować, dając całkiem zgrabny występ. Atmosfera stopniowo się zagęszczała, przybywało coraz więcej ludzi i oto na scenie pojawił się kolejny band tym razem reprezentujący nasze barwy: WITCHMASTER.

Nawet przez ułamek sekundy nie miałem złudzeń, że ten gig zapadnie mi na długo w pamięci. Już od samego początku Panowie rozpętali prawdziwe Inferno na deskach sceny, nie było chwili wytchnienia — czyste skondensowane ZŁOOO i Nienawiść do wszystkiego, co święte. Prawdziwa lekcja jak powinien brzmieć prawdziwy Black Thrash, jak do tej pory był to najciekawszy występ pierwszego dnia festiwalu, ale oto miał się pojawić band, na który bardzo czekałem — legenda NWOBHM: SATAN.

I choć sam gig odbył się z lekkim opóźnieniem, było warto na niego zaczekać. To była prawdziwa przyjemność obcować z ich Muzyką na żywo. Ekipa Briana Rossa pokazała prawdziwą klasę, ich występ pokazał, że nie ważne ile masz lat, jeżeli Muzyka którą tworzysz wypływa z serca, zawsze będzie miała porażającą siłę oddziaływania. Tak też było i tym razem; koncert SATAN na długo zapadnie mi w pamięci i mam nadzieję, że ich zainicjowany przez Black Silesia gig w naszym kraju nie będzie ostatnim. Myślę, że SATAN idealnie pasowałby na Metalmanię, a na pewno bardziej by się sprawdził niż np. MEKONG DELTA, która choć wypadła fenomenalnie nie nadawała się na imprezę typu Metalmania. No ale to już inny temat... Kolejny gigant tego wieczoru to nieświęte BLASPHEMY i choć nigdy nie byłem ich zagorzałym fanem, to chciałem zobaczyć tę legendarną hordę na żywo. Powiem Wam, że ich gig mnie nie rozczarował: intensywność ekstremalnych dźwięków nieprzerwanie płynących z głośników robił pod sceną niezłe spustoszenie, nastrajając publiczność kotłującą się tam do dość niebezpiecznej zabawy. Momentami było naprawdę groźnie.

Mimo wszystko byłem mocno rozczarowany frekwencją na koncercie BLASPHEMY, gdyby ich koncert był organizowany w Niemczech lub gdziekolwiek indziej bilety byłyby wyprzedane, a tu przybyło zaledwie 400 duszyczek… Czegoś tu nie rozumiem, zanim ta kapela nawiedziła nasz kraj, wydawało się z reakcji ludzi, że przyjedzie tu co najmniej 1/3 Polski. Czyżby lenistwo i wygodnictwo przeważyło, że mimo tak zacnego zestawu kapel na Black Silesia przybyło tylko 400 osób? Smutne to i niezbyt dobrze świadczy o tych, którzy tak chętnie obnoszą się na co dzień koszulkach BLASPHEMY, a jak ich ulubiony band pojawia się na jedynym gigu w naszym kraju, nie chce się im ruszyć dupy by to zobaczyć. Wracając jeszcze na chwilę do Kanadyjczyków, co ciekawe poza sceną Panowie wydali się niezwykle przyjaźnie nastawieni do fanów. Słyszało się tyle mitów i legend, że spodziewano się, że załoga BLASPHEMY sieje zawsze zagładę, a tu proszę: można było pogadać, uścisnąć dłoń, czy nawet porobić zdjęcia. No może nie do końca było tak sielankowo, wie coś o tym Przemek z ROADHOG, który doświadczył na sobie małej frustracji Kanadyjczyków, którym bardzo nie spodobał się na jego katanie telewizor GHOST. Na szczęście nie doszło do rękoczynów, choć podziało to na czcicieli Rogatego jak płachta na byka. Na szczęście w porę Przemkowi udało się ewakuować tak, że tym razem nie było płonącego stosu goniącego po grodzie. Ostatnim aktem tego wieczoru miał być występ THRONEUM i powiem Wam, że było to nie lada wyzwanie po gigu BLASPHEMY.

Na szczęście ekipa Toma poradziła sobie znakomicie, dając niesamowitą Sztukę. To był chyba najlepszy ich gig, jaki udało mi się zobaczyć, a widziałem THRONEUM już kilka dobrych razy, w tym w klubie Mrowisko, przy okazji Black Silesia Fest i choć tamten występ był naprawdę dobry, tym razem było jeszcze bardziej złowieszczo i groźnie. Cholernie dobry akcent na koniec pierwszego festiwalowego dnia. Po koncercie zasiedliśmy pod białą altanką, która okazała się w późniejszych godzinach centrum libacyjnym naszego pola namiotowego, gdzie co chwilę pojawiali się ludzie, by wychylić czarę zapomnienia, pogadać i podzielić się wrażeniami tego dnia. W rezultacie do spania ułożyłem się koło 5 rano by o 8 o dziwo rześko ganiać po polu namiotowym, piękna słoneczna pogoda nie pozwoliła zbyt długo spać. Szybkie śniadanie i oto rozpoczynał się kolejny dzień festiwalowy. Choć kilkakrotnie potykałem się o zgony tych, których głowa okazała się nie tak mocna jak sądzili, większość moich znajomych po dość trudnej nocy wyglądała niemal jak nowa.

 Tak oto o 12:00 rozpoczął drugi dzień festiwalowy. Rozpoczął BRUDNY SKURWIEL, którego występ widziałem po raz pierwszy na pierwszej edycji Black Silesia i powiem Wam, że tym razem odnotowałem spory progres w ich koncercie większa ogłada instrumentów, lepsze zgranie, poza tym w ich muzyce było więcej oddechu, czegoś czego brakowało do tej pory. Jak widać nie sztuka napieprzać ile wlezie, czasem te same riffy zagrane nieco wolniej mają po stokroć większą siłę rażenia. Tak bez włażenia do dupy Michałowi, organizatorowi Black Silesia, który w BRUDNYM SKURWIELU zasiada za bębnami, to był naprawdę dobry gig. Świetny akcent, by rozbudzić apetyty wygłodniałych metalmaniaków, a ten dzień zapowiadał się równie powalająco, jak dzień pierwszy. Kolejny band to niemiecki EVIL WARRIOR i tu było całkiem nieźle, choć czegoś mi tym razem brakowało. Niby wszystko się zgadzało, ale jednak czułem jakiś niedosyt. Owszem były momenty, które urywały łeb, Panowie na scenie również nie stali jak kołki, mimo to nie porwało mnie to. Kolejny band tego dnia to EMBRIONAL, który dostarczył solidną dawkę death metalowego plugastwa cuchnącego zgnilizną i trupem, czyli wszystko po staremu.

Chwilę po ostatnich dźwiękach gliwickich siewców Śmierci na scenie pojawiło się piekielne trio GOATH; zlani od stóp do głów juchą, rozdawali niezłe chłosty przyciągając uwagę nawet panów z BLASPHEMY, którzy reagowali bardzo pozytywnie na muzykę Niemców. Za HELLFIRE DEATHCULT który nie pojawił się na scenie wskoczył Poznański MORDHELL który zagrał całkiem udaną sztukę choć i tu panowie grali w pełnym słońcu ,niestety nie było mi dane zostać do końca na ich koncercie ,musiałem ogarnąć jakąś szamę, tym bardziej, że po ich występie miał zagrać TERRORHAMMER, na który bardzo czekałem.

I choć sam gig Serbów nie powalił mnie tak jak ich studyjne materiały, to jednak zobaczenie ich na żywo było miłym akcentem, tym bardziej że ich Muza to kawał solidnego Speed Metalu ze sporą dawką Diabła, a takie zestawienie zawsze robi dobrą robotę. Poza tym nie często trafia się okazja, by ich zobaczyć na scenie.

Po występie Serbów na scenie pojawiła się PLAGA i powiem Wam, że ten gig nieźle mną pozamiatał i choć koncert rozpoczął się jeszcze kiedy było jasno. Panowie mimo to nie zważali na ten drobiazg, siejąc bezlitosną zarazę, naznaczając przy tym mrokiem wszystkich zebranych, którzy kotłowali się pod sceną. Necrosodom jak w transie poruszał się na scenie, jak by wstąpił w niego Demon, wyglądał przy tym jak opętany z wywróconymi do góry białkami oczu, skutecznie przykuwając uwagę tłumu — robiło to powalające wrażenie. Lepiej Panowie nie mogli trafić z wyborem wokalisty, który idealnie spasował się z tą kapelą. Po PLADZE na scenie pojawił się niemiecki

NOCTURNAL i przyznam szczerze: obiecywałem sobie znacznie więcej. Niestety brak Tyrannizera mocno mnie zmartwił, poza tym Panowie byli chyba bardzo zrobieni piwem, bo nie było w ich występie energii, zagrali na odwal się ten koncert.

Szkoda, bo liczyłem na niezły rozpierdol. Na szczęście po ich koncercie na scenę weszła ekipa ze Szwecji — NIFELHEIM! Tak właśnie powinien wyglądać metalowy koncert, od samego początku bracia Gustavsson dwoili się i troili na scenie, jakby opętała ich jakaś demoniczna siła. To był jeden z najciekawszych występów na tegorocznej edycji Black Silesia Fest, NIFELHEIM to taki Black Metalowy Iron Maiden, zresztą porównanie nie jest przypadkowe.

 Erik i Per są znanymi maniakami Maiden, stąd w ich Muzyce niejednokrotnie pojawiają się nawiązania do twórczości bogów NWOBHM, co na koncertach robi naprawdę dobrą robotę. Muzyka NIFELHEIM na żywo to totalne zniszczenie, aż trudno uwierzyć, że tak znamienity band dotarł do nas dopiero pierwszy raz w tym roku, no ale jak mówią lepiej późno niż wcale. Niesamowita atmosfera festiwalu, totalny luz, świetna obsada, czy mega urokliwe miejsce sprawiły, że na długo zapadnie mi w pamięci ta fenomenalna impreza. Niech żałują wszyscy Ci, którym nie udało się dotrzeć do Byczyny, bo naprawdę jest czego żałować.

Jeszcze raz wielkie dzięki Michałowi, który był sprawcą tego wydarzenia, wiele serca i energii włożył w zorganizowanie tej imprezy i powiem Wam, była to prawdziwa oldschoolowo-metalowa uczta dla ducha i ucha.

NecronosferatuS

 

baa222