TORMENTOR

 

Z czym najczęściej kojarzą się wam Węgry? Na pewno ze słońcem, gorącymi laskami, ostrym jedzeniem, imponującymi zabytkami czy wreszcie z osławioną historycznie postacią żądnej krwi hrabiną Elizabeth Batory. Ale czy tylko? Oczywiście, że nie - poza tymi elementami Węgry zasłynęły jednym z najbardziej znanych na świecie ekstremalnych zespołów, mowa oczywiście o TORMENTOR. Korzystając z okazji vinylowych reedycji The Seventh Day Of Doom i Anno Domini, postanowiliśmy przybliżyć Wam ten niezwykle kultowy zespół. Panie i Panowie, przed Wami Nieświęty TORMENTOR:

 

Tama Buday: Po szkole średniej służba wojskowa, a potem praca. Rożne zawody za wyjątkiem chyba tylko elektryki na wysokości. Obecnie pracuję w pubie zwanym Rocktagon. Gitarzysta. Wokalista. Lubię, kiedy można odnaleźć energię w muzyce, drinkach czy kobietach. Mam dwoje dzieci, które uwielbiam i uczę wszystkiego, czego sam nauczyłem się w życiu. Pomimo słabych protestów ze strony ich matki.

Lajos Fezekas: Urodziłem się w 1970 roku. Szkoła podstawowa, a potem średnia; wtedy zacząłem interesować się muzyką. Myślałem o tym, żeby zacząć grać na pianinie. Był to rok 1983, lub coś koło tego, kiedy poszedłem do nauczyciela gry na pianinie, MihalyCzenke. Po paru lekcjach spotkałem AttilęSzigeti, który też miał już za sobą kilka lekcji. Dużo rozmawialiśmy o muzyce. Parę miesięcy później zaczął się on uczyć gry na gitarze, a ja na basie. Obydwaj lubiliśmy hard rock i metal. Sporo razem graliśmy. Niestety, musiałem pójść do wojska w 1986 roku (Węgry miały w tamtym czasie obowiązkową służbę wojskową).

AttilaSzigeti: Urodzony w Budapeszcie w 1970 roku. Dość wcześnie zacząłem interesować się muzyką, już w pierwszej klasie chciałem pogrywać na jakimś instrumencie, ale jako że nie uważano mnie za dostatecznie utalentowanego, musiałem brać prywatne lekcje. Pogrywałem na gitarze, ale po 6 miesiącach znudziło mnie to i zmieniłem instrument na pianino. Po kolejnym roku wróciłem jednak do gitary. Dobre było to, że nauczyłem się nieco o czytaniu nut. I ta wiedza służyła mi przez kolejne 10-12 lat. W wieku około 10 lat zacząłem coraz bardziej interesować się muzyką rockową i w związku z tym słuchałem wszystkiego, co było związane z rockiem: kapele węgierskie, AC/DC, MOTÖRHEAD, THIN LIZZY, URIAH HEEP i dalej jak leci w tym klimacie. No a potem IRON MAIDEN, JUDAS PRIEST. W tamtym okresie pogrywałem w głównej mierze dla samego siebie, słuchałem różnych kawałków i próbowałem je potem zagrać na gitarze czy pianinie. Kiedy miałem jakieś 13 lat, wkręciłem się do zespołu, który pogrywał niedaleko – od rodziców dostałem właśnie gitarę elektryczną. Nic nie mogło mnie powstrzymać. Graliśmy, ot tak, dla zabawy, w garażach, piwnicach, gdzie tylko się dało! Wtedy chyba właśnie poznałem METALLICA i zespoły, które zupełnie zdobyły moje serce – BATHORY, DESTRUCTION, KREATOR, POSSESSED i tysiące innych, ale te ww. były dla mnie najważniejsze. W 1 czy 2 klasie szkoły średniej spotkałem kolejnych członków TORMENTOR, więc można chyba powiedzieć, że jestem jednym z założycieli zespołu.

AttilaCsihar: Pochodzę z Budapesztu. Jestem wokalistą w MAYHEM, SUNN O))) i VOID OF VOICES. Poza tym grałem jeszcze w szeregu innych kapel. Ale moim pierwszym zespołem zawsze był TORMENTOR. Mam dwoje dzieci, syna Ariona i córkę Julię. Moim głównym zajęciem jest muzyka i poszukiwanie sensu życia poprzez sztukę. Posiadam dyplom z zakresu energetyki.

ZsoltMachat: Od 22 lat zajmuje się tatuażem. Mieszkam obecnie w Hamburgu, gdzie posiadam dwa studia tatuażu właśnie. Zacząłem grać w wieku 14 lat, czyli zajmuję się muzyką od jakichś 31 lat. Z większymi lub mniejszymi przerwami. Grałem w całej masie kapel, głównie punkowych. Uwielbiam uczciwość, szaleństwo, siłę i kop w mordę muzyki punk.

Farkas Gyorgy: Urodzony 29 sierpnia 1966 roku w Budapeszcie. Gram na gitarze odkąd ukończyłem 6. rok życia. Po raz pierwszy zagrałem na basie w TORMENTORZE właśnie. Za wyjątkiem WATCH MY DYING nigdy nie grałem na żadnym innym instrumencie. Obecnie pogrywam w węgierskim zespole MORATORIUM (death/metal/core), na basie, oczywiście.

 Jak doszło do spotkania członków zespołu?

 

TB: Dawne to czasy, ale pamiętam, że po podjęciu decyzji o założeniu kapeli, Attila zapoznał mnie z Szigi i jego przyjaciółmi. Obracali się w podobnych tematach i tak właśnie narodził się TORMENTOR.

LF: Dobre pytanie. I to z perspektywy 25 lat. Nie pamiętam już dokładnie, ale myślę, że poznaliśmy się na jakimiś koncercie.

AS: Jeden z moich szkolnych kolegów grał w piłkę wodną z Attilą, który chodził do tej samej szkoły, co Tamas (może i Marci, już nie pamiętam).). Razem z basistą Lajosem rozeznaliśmy się odnośnie muzycznych horyzontów chłopaków. Znaleźliśmy miejsce do grania i zdaje się, że już na pierwszej próbie udało nam się stworzyć jakiś kawałek. Tak to wyglądało.

AC: Kiedy miałem 14 lat, zacząłem chodzić do szkoły razem z TamasemBuday. Jako że byliśmy metalowcami, to od razu staliśmy się bliskimi kolegami. Oznajmił mi, że ma w domu elektryczną gitarę. Chciałem ją zobaczyć i dlatego poszedłem do niego na chatę. Pokazał mi, jak się na niej gra, i zagrał parę riffów. Rozwaliło mnie to. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Na samo wspomnienie tego dnia ciągle dostaję ciarek.

Mówimy tu o roku 1985 w Budapeszcie. Dla mnie było to naprawdę niezwykle, móc usłyszeć tak totalnie pokręcone, metalowe riffy. I to które grał mi kumpel z mojej klasy. Zawsze chciałem być wokalistą metalowym. Ćwiczyłem się w tym w domu przez parę lat. Jestem jedynakiem, bez żadnego rodzeństwa, i dlatego spędzałem popołudnia samotnie, słuchając muzyki z wieży moich rodziców. Nic innego nie było do roboty. To i puszczałem muzykę na maxa, machając głową w takt utworów. Próbowałem też śpiewać do muzyki, aż do czasu, kiedy moi rodzice wracali do domu. Kiedy kolejnym razem poszedłem do Tamasa, próbowałem trochę pośpiewać. Tamas przyprowadził jakiegoś kolesia o imieniu MartonDubecz, który grał na bębnach, i jeszcze jednego – tym razem basistę. Spotykaliśmy się tam i nagraliśmy parę fragmentów na kasetę. Nie brzmiały one źle, ale za to bardzo śmiesznie. Gdzieś te taśmy chyba jeszcze mam. W tamtym czasie ostro ćwiczyłem, grałem dużo w piłkę wodną. Powiedziałem gościom, z którymi trenowałem, że gram muzykę metalową. Jeden z nich powiedział mi, że jeden z jego klasowych kumpli chce działać w black metalu.

Lubiłem black metal, bo w tamtym czasie było to coś nowego, ekscytującego i niezwykłego. Byłemfanem POSSESSED, CELTIC FROST, DESTRUCTION, SODOM, VENOM i SLAYER. Ale to BATHORY rozwalił mnie zupełne, szczególnie tym tajemniczym klimatem swojej muzyki. No i pewnie też z powodu nazwy zespołu – ElisabethBathory – a to przecież historyczna węgierska postać! I tak, jeden z kolesi z moich treningów przedstawił mnie swojemu klasowemu kumplowi AttiliiSzigeti – gitarzyście. Nadal pamiętam, jak go spotkałem po raz pierwszy. Koleś był tylko o rok starszy ode mnie, a już wyglądał na 18-19 lat, z blond włosami, w skórzanej kurtce i odwróconym krzyżem. Wyglądał jak Jeff Hanneman ze SLAYER, czy jakoś tak.

Poszliśmy do kanciapy Tamasa raz jeszcze, bo chcieliśmy zobaczyć jak Szigi sobie radzi. Koleś nas rozwalił, bo zaczął grać utwór METALLICA po prostu na rozgrzewkę. Chciałem wyglądać poważnie w takiej sytuacji, ale coś mi nie wychodziło. W kolejny weekend pokazaliśmy za to, na co nas stać. Tamas mieszkał w innej części Budapesztu. Kiedy poszliśmy do jego mieszkania, okazało się, że ma cały pokój wzmacniaczy i ekstremalnie wyglądających metalowców z jego załogi. Tam też chyba po raz pierwszy spotkaliśmy się z Lajosem Fazekasem, który był basistą i już pogrywał wspólnie z AttiląSzigi. Cholera, a potem nadeszła moja kolej i musiałem pokazać, na co było mnie stać. Szigi po prostu grał ekstremalne riffy, jakby żywcem wyjęte z POSSESSED czy CELTIC FROST, i dlatego musiałem naprawdę wziąć się w garść, żeby coś sobą zaprezentować. Wszyscy ci goście z jego załogi patrzyli na mnie, jakby to był jakiś egzamin, ale na szczęście udało mi się to wszystko zdać, że tak powiem. Po prostu miałem takie podejście: kurwa, jedziemy z tym! No i zapadła decyzja, żeby stworzyć black/speed kapelę. Zwał jak zwał; tak właśnie wtedy formowały się wszystkie te etykietki: black metal a`la VENOM, death metalowy POSSESSED, WHIPLASH i ich thrash metal czy speed rodem z RUNNING WILD, etc. Tak czy inaczej, od tego właśnie dnia zaczęliśmy ostro pogrywać próby. Zespół nazwany został TORMENTOR, a skład wyglądał następująco: AttilaSzigeti i TamasBuday – gitary, Lajos Fazekas - bas, MartonDubecz - perkusja i ja na wokalach. To była zima 1985-86.

ZM: Spotkałem Atillę, kiedy jeszcze byłem dość młody, w kinie Kossuth, gdzie właśnie zaśmiewał się głupkowato z jakiegoś filmu. Zapytał mnie, czy chcę wstąpić do kapeli, bo słyszał, że jestem szybkim perkusistą. Jako że widziałem ich na żywo już wcześniej, a ich muzyka do mnie naprawdę przemówiła, zgodziłem się i dołączyłem do zespołu. Spotkaliśmy się na próbie, no a potem metal wziął już górę nad punkiem zupełnie i tak to już poszło, ha, ha.

FG: Mieszkaliśmy w tej samej okolicy wraz z Szigi i Lala (Lajos Fazekas). Tomi, Marci i Attilę poznałem już wcześniej, bo Lala grał na basie w kapeli, a ja robiłem za technika dźwięku na prawie każdej ich próbie. Csihar przedstawił nam Zsolta, kiedy przyszedł do studia podczas nagrywania The 7th Day.

 O czym wtedy myśleliście, co było dla was ważne?

TB: Nie wychowywałem się wtedy z rodzicami, ale z dziadkami, co było sytuacją niezbyt właściwą. Różnica wieku oraz ich stosunek do ówczesnego systemu sprawiła, że staliśmy się do siebie wrogo nastawieni, a we mnie narodził się duch buntu; a kiedy nadszedł thrash metal, moje uzewnętrznienie przybrało właśnie formę muzyki, chciałem grać dla ludzi i czerpać z tego przyjemność.

LF: Nasz zespół startował w okresie świetności węgierskiego komunizmu. Naszą motywacją było przekucie buntu w muzykę i ekstrawagancji metalowego stylu życia.

AS: Muzyka! Zawsze odgrywała ogromną rolę w moim życiu. Chciałem być częścią czegoś niesamowitego; a zresztą, kto by nie chciał? Sporo pracowałem nad swoim materiałem, który przynosiłem na próby – chciałem dopracować go w najdrobniejszych szczegółach. Precyzja odgrywała u mnie ogromną rolę. Interesował mnie okultyzm i dlatego starałem się wnieść do muzyki ducha okultyzmu. Ludzie z otoczenia niespecjalnie za nami przepadali - szokowały ich nasze koncerty, które nam sprawiały z kolei ogromną radość.

AC: Kiedy startowaliśmy z TORMENTOREM, byłem najmłodszy wiekiem, bo miałem zaledwie 15 lat. Miałem sporo krzepy, a to za sprawa sportów, które od wielu lat zatwardziale uprawiałem. Oprócz sportu, permanentnie szukałem nowych i ekstremalnych zespołów. Zaczynałem z hard rockiem i heavy metalem, kiedy miałem jakieś 10-11 lat, a w wieku 13 lat zobaczyłem IRON MAIDEN (1984); to był mój pierwszy koncert metalowy w życiu. I takotostałemsięfanem MAIDEN, JUDAS PRIEST, SCORPIONS, BLACK SABBATH, DEEP PURPLE. Potem zacząłem też słuchać punka, DEAD KENNEDYS, EXPLOITED, UK SUBS i GBH. No a potemfalametalu, czyli METALLICA, HELLOWEEN, RUNNING WILD. I zespoły te naprawdę porządnie skopały mi dupę i sprawiły, że stałem się zagorzałym fanem metalu. Byłem dzieciakiem, który chodził do sklepu Solaris w Budapeszcie i żądał od sprzedawcy, żeby ten dał mu coś jeszcze bardziej ekstremalnego, bo wszystko już miał. I wtedy on powiedział innemu sprzedawcy: daj temu gościowi VENOM Black Metal. W tamtym czasie gospodarka węgierska była chujowa, brało się winyle do domu, robiło zgrywkę, a następnego dnia odnosiło winyl do sklepu. I tak sprawa nie była super łatwa, bo potrzebowałeś dobrych taśm i dobrego sprzętu, żeby zrobić porządną kopię. Kupowałem trochę winyli, ale nie za dużo. Za drogi to był interes. Ale VENOM, tak, ten zespół wciągnął mnie na maxa, ale ich winyl był bardzo drogi. Zapłaciłem jednak tyle, ile chcieli, ale tanio nie było. Inna sprawa, że ubóstwiałem od najmłodszych lat zestawy hi-fi. Miałem szczęście, że wraz z rodzicami wybraliśmy się kiedyś na wycieczkę do Europy Zachodniej. Wiesz, w tamtym czasie Węgry to był kraj komunistyczny, ale nie tak ekstremalny, jak inne zza żelaznej kurtyny. Dzięki naszej nieudanej rewolucji przeciw ZSRR w 1956 roku mieliśmy jednak trochę wolności. I tak, mogliśmy raz na 3 lata wystąpić o wizę i wyjechać na zachód. Nie było to łatwe, ale możliwe. Inne czasy. Nie można było np. wymienić naszej waluty na zachodnią, jedynie niewielką ilość. I dlatego moi rodzice musieli zaoszczędzić trochę waluty, żeby kupić dolary na czarnym ryku. Dziwne czasy. Ale ja jestem wdzięczny moim rodzicom. Za to, że zabrali mnie do Austrii, Szwajcarii, Francji, RFN, Włoch i Grecji. Ale te kraje wyglądały niesamowicie widziane oczami dziecka. I wtedy właśnie zobaczyłem te systemy hi-fi i to mnie rozwaliło.. To była moja młodzieńcza obsesja – szukanie heavy metalowych LP i katalogów ze sprzętem do odtwarzania muzyki. Z czasem udało mi się wspólnie z ojcem zebrać stopniowo system Hi-Fi w naszym domu

ZM: Jak dla mnie to w połowie lat 80. punk był "martwy", większość z moich kolesi pożeniła się, ochłonęła z tego szaleństwa i wpadła w rutynę, zwariowała lub kopnęła w kalendarz. Ta muzyka nie smakowała już jak kiedyś. Miałam wrażenie, że jestem już sam, że nastały nowe czasy. A ich kontynuacją miał być właśnie TORMENTOR.

FG: Dziewczyny, motory i brudny rock’n’roll – zupełnie jak kiedyś. Tak jest i dziś.

 A jeśli chodzi o zespół, co było w nim takiego ważnego?

TB: Zawsze wpadałem w nastrój oczekiwania, zarówno przed próbami, jak i koncertami. Lubię ten nastrój; wiesz, że gramy i tworzymy coś razem. Poczucie wspólnoty i zgody wewnątrz zespołu. Szanowaliśmy swoje umiejętności i wiedzę. Sposób gry Szigi budził mój zachwyt. To była inspiracja. Pracowaliśmy nad różnymi patentami i one wreszcie przybierały kształt konkretnych utworów. Tak jak chcieliśmy. W tamtych czasach mogliśmy kupić tylko wschodnioeuropejskie instrumenty i powiem, że w gruncie rzeczy sprawy nam nie ułatwiały, bo były podłej jakości.

LF: Myślę, że muzyka metalowa i duch tamtego okresu był dla zespołu bardzo ważny. Chcieliśmy tworzyć w duchu DESTRUCTION, SLAYER czy METALLICA.

AS: Na każdym koncercie było coś takiego jak jądro tłumu. Tworzyli dobry nastrój, który udzielał się potem całej publice. Niektórzy byli przerażeni, inni przestraszeni, ale było to coś. Najważniejsze dla nas było to, żeby być oryginalnym. I to nam się udało.

AC: TORMENTOR w tamtym okresie stawał się coraz ważniejszą częścią mnie. Był to najpierw tylko eksperyment, ale potem zupełnie zaprzestałem kariery sportowej na rzecz zespołu. Rodzicom niespecjalnie takie podejście się podobało, ale dla mnie było to jak narkotyk. Nie potrafiłem przestać. Najważniejsze było tworzenie ponurej i oryginalnej muzyki.

ZM: Krzyk bitwy, profesjonalny, niewybaczalny, wierny, szalony, oszałamiający i demoniczny, ale budujący. Wkładaliśmy w ten zespół całe nasze dusze. Pracowaliśmy jak jakaś bestia. Ciężko było, ale zawsze było cudownie. Uczciwość i twarde podejście. To było całe nasze życie. Każdego dnia.. TORMENTOR to starożytne demony, zapomniane eony i martwi bogowie. Nasz gniew sięgał nieba, a ten cholerny socjalistyczny ustrój tylko dodawał nam energii, by grać dalej.

FG: Czuliśmy potężną siłę wewnątrz nas. Mieliśmy zdefiniowane osobowości, co często prowadziło do kłótni, ale że wszyscy chcieli dla zespołu jak najlepiej, dlatego były to sprzeczki niegroźne. Z czasem staliśmy się dobrymi przyjaciółmi.

  Jakieś historie związane z próbami, studio czy koncertami?

TB: Miejsce, w którym nagrywaliśmy, było na jakimiś terenie przemysłowym. Dość skromne. Ale zrobiło na mnie wrażenie, bo było to moje pierwsze nagrywanie w życiu. Zostanie to wspomnienie ze mną na zawsze. Nagrywanie na 20 metrach kwadratowych powierzchni pozostawiło mnóstwo niezatartych wspomnień.

LF: Nie mam żadnych, sorry.

AS: Hem, niełatwa sprawa. Zawsze coś się działo. Ciągle te gówniane miejsca do grania. Zawsze musieliśmy wszystko nagrzewać, zanim zaczęliśmy próby. Kiedyś Tamas przyniósł na próbę jakąś kanapkę. Okazało się, że była to bułka z czekoladą. Pierwsze demo nagrywane było w bardzo prymitywnych warunkach, na dwuśladzie. Śmieszna sprawa. Co do Anno Domini, to nie przypominam sobie nic specjalnego, ale próby zawsze były fajne. Attila zawsze się spóźniał i nas to nieco wkurwiało. To nie był żaden obowiązek, po prostu przyjemność czerpana z tworzenia muzyki. Nagranie w studio to już była profeska; podczas pracy w studio mieliśmy sporo pomysłów, ja na przykład wpadłem na pomysł, żeby nagrać jedną z solówek.

AC: Nasza pierwsza sala prób to był jakiś pokój w stolarni ojca Lajosa; przed i po próbie musieliśmy przenosić cały sprzęt z/do magazynu. Ciężka sprawa. Graliśmy 2-3 razy tygodniowo. W pierwszy weekend napisaliśmy Tormentor. A w następny Branded By Satan.

Graliśmy sporo coverów i generalnie próby były świetne. W 1986 roku usłyszeliśmy o konkursie muzycznym Aorta, organizowanym przez państwo, i to było coś na wzór dzisiejszego Idola. Wszyscy uczestnicy musieli nagrać i wysłać po 2 utwory. A że szybko zbliżał się termin, nagraliśmy coś tam na odpierdol i wysłaliśmy. Bo może udałoby się nam zagrać na jakiejś większej scenie. Nie mieliśmy nic do stracenia. Ale to było przeżycie, ten festiwal Aorta na wiosnę 1986. Jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Była scena z jakimiś 30-40 kapelami z całych Węgier. Niektóre były dość stare i znane. Każdy miał zagrać po dwa kawałki, bez żadnych przymiarek odnośnie dźwięku, po prostu zagrać dwa kawałki i spad, a pod koniec dnia sędziowie mogli ocenić, która kapela była najlepsza i przechodzi do kolejnego etapu. Kiedy nadeszła nasza kolej, czułem się, jakbym połknął kamień i prawie zerwał mi się film. Ale kiedy tylko weszliśmy na scenę, cały strach ustąpił i poczułem się bardzo swojsko. Podłączyliśmy się, zaczęliśmy grać. Nowa miejscówka, ogromna scena. Mnóstwo świateł. Kiedy zacząłem grać, poczułem się jak w ekstazie. Ale przeżycie.

Co więcej, to publiczność chyba nas bardzo polubiła, bo zgotowała nam owacje, kiedy schodziliśmy ze sceny. Wydawało nam się, że minęła wieczność, a było to tylko 15 minut. Czułem sięk, jakbym urodził się na nowo. Poszliśmy do baru, żeby się trochę orzeźwić, i pooglądaliśmy inne kapele. A wieczorem ogłoszono werdykt. Długo wymieniali zespoły, aż w końcu usłyszeliśmy nasza nazwę: TORMENTOR. Owacja była ogłuszająca, a mnie jakby piorun trafił. Naprawdę? Bo byliśmy jedynym ekstremalnym zespołem tego dnia. Nie tylko jury było za nami, ale też cała publiczność. Kurwa, aż się nie chciało wierzyć. Tak to się właśnie zaczęło, nasz pierwszy gig w życiu. Kolejny etap był po miesiącu. Musieliśmy zagrać nowy utwór i wybór padł na InfiniteDarkness. Niestety w ostatecznym rozrachunku odpadliśmy z konkursu, a to za sprawą innych zespołów popowych, rhythm’n’blues czy takich tam. Ale zyskaliśmy uwagę i uznanie. Parę magazynów napisało o nas i zaproponowano nam grę koncertów w bardzo fajnych miejscach. Tak więc to był nasz pierwszy koncert (mam go nadal na taśmie). Nagraliby kolejny utwór Live In Damnation i nauczyliśmy się grać Total Desaster DESTRUCTION. Life is Life to kolejny pojebany utwór popowego OPUS. Tak się właśnie zaczęło. Wtedy staliśmy się popularni na Węgrzech. A Janos Zsobrak, nasz "manager agent" zaczął nam bookować koncerty.

Graliśmy na Węgrzech prawie w każdy weekend. W latach 86-87 na nasze koncerty zaczęły przychodzić inne subkultury, np. skinheadzi czy punki. Nauczyłem się wtedy wiele. Nie było na przykład żadnej ochrony. Jak się coś działo na koncercie, to organizatorzy wzywali policję a to w tamtym czasie nie było dobrym pomysłem. Czysty chaos, tamte lata. Sporo ludzi przychodziło też tylko po to, żeby podymić. Zawsze szło hard core`owepogo, napierdalanki, krew. Ludzie zdzierali z siebie ubrania, palili je albo niszczyli przyniesione płyty innych zespołów. Kiedyś zemdlałem, bo nawdychałem się palonego pod sceną plastyku. Czasami publiczność przy scenie liczyła tylko 5-10 osób, puste miejsce i dopiero kolejni ludzie. Powodem takiego stanu rzeczy było to, że jak chciałeś się dostać bliżej, to musiałeś wpaść w totalny młyn pogo, a bezpieczne to to nie było.

Przychodziło coraz więcej ludzi. I pomimo problemów i skandali promotorzy nadal nas bookowali. Były z nas dzieciaki, graliśmy prawie za darmo, bo za komunistycznych czasów nie wolno było dzieciom płacić za pracę (czyli w naszym wypadku za grę). Ale przyciągaliśmy do klubów sporo ludzi. Staliśmy się w Węgrzech sławni, a fani ciągle pytali nas o jakieś oficjalne nagrania; to i w 1987 nagraliśmy nasze pierwsze demo The 7th Day of Doom w najtańszym możliwie studio muzycznym w naszym mieście.

Studio to było umieszczone w starej piwnicy. Czterośladowy system i czterośladowy mikser, jak również opóźniacz (efektów) domowej produkcji. I tyle. Jedna noc i całe demo nagrane. Wydaliśmy to na kasecie. Miałem w domu decka, to i przegrywałem ten materiał na maxa. I dawałem te taśmy naszemu managerowi Janosowi, który dodawał jakieś proste grafiki do kaset i wysyłał fanom. Spoko gość. Odpowiadał też na listy i rozsyłał zdjęcia zespołu. Mały zespół, ale rośliśmy w siłę. Wtedy też właśnie zaczęły się zmiany w składzie zespołu. Lajos Fazekas musiał iść do wojska, dlatego zaproszony na bas został Georgy Farkas (grał z nami na pierwszych próbach, odpowiadał też za ustawianie dźwięku na naszych koncertach). Czysta krew załogi TORMENTOR – kończył właśnie swoją służbę wojskową. Poznałem też sławnego perkusistę ze sceny punk HC, ZsoltaNachata i staliśmy się bliskim przyjaciółmi.

Wraz z AtilląSzigeti chcieliśmy zabrać TORMENTOR na inny poziom ekstermy. Zmieniliśmy więc skład. Musieliśmy to też zrobić ze względu na służbę wojskową. A w tamtym czasie na Węgrzech była to służba obowiązkowa. Łatwo nie było. Cefi był kolejnym basistą i grał z nami do czasu, aż Gyorgy skończył wojsko. MartonDubecz zastąpiony został Machatem na perce, a Tamas z powodów osobistych opuścił zespół. Chciał też chyba grać nieco bardziej tradycyjny heavy metal, a nie nasze szaleńcze wariacje. Chujowo, że odszedł, bo był moim przyjacielem (i dobrym gitarzystą). Tak wiec końcówka 1987 roku to nowy rozdział w zespole. Zaczęliśmy pracować nad nowym materiałem i pisać jeszcze bardziej ekstremalne utwory. Zsolt to w moich oczach jeden z najlepszych artystów i wniósł do zespołu wiele świeżych pomysłów. Pracował jako malarz i pracował w firmie produkującej kreskówki. Dużo się z nim prowadzaliśmy, bo koleś stał się naszym starszym bratem. Zawsze rozmawialiśmy o nowych pomysłach i wizjach. Sporo też było eksperymentów, jak na przykład ten, kiedy nałożyliśmy białą medyczną pastę na nasze twarze (którą kupiliśmy w lokalnej aptece i którą ludzie dziś nazywają corpsepaint), chodziliśmy też po bazarach, szukając starych ubrań i innych tego rodzaju materiałów na nasze koncerty. Koledzy Zsoltsa pracowali w teatrze, to i pożyczaliśmy sporo rekwizytów. Braliśmy, co się tylko dało, żeby stworzyć nowy i unikalny image zespołu. Ekstremalny na maxa. Nadal graliśmy sporo i sporo ludzi przychodziło nas zobaczyć. 500 - 600 osób nie stanowiło żadnego problemu.

Pewnego dnia poznaliśmy gościa z państwowej firmy wydawniczej (T34 Records, która wydała STORMWITCH Mayayyrsszagon), który zaproponował nam wydanie pełnego albumu. Brzmiało to zupełnie nierealnie, ale podjęliśmy temat. Obiecał nam sesję nagraniową w jednym z najlepszych studiów w Budapeszcie. Zaczęliśmy pracować nad nowymi utworami. Graliśmy próby 3-4 razy w tygodniu.

W końcówce roku 1988 byliśmy gotowi do wejścia do studia i nagrania naszego LP Anno Domini. Spędziliśmy w studiu 2-3 tygodnie, było super nowoczesne. Nagrywali tylko komercyjne rzeczy i inżynierowie dźwięku nie mieli pojęcia, jak nagrać naszą muzę. Byliśmy jak dzieciaki, które mogły buszować w jakimś niesamowicie drogim sklepie. Odkryliśmy bardzo drogie klawisze. Chcieliśmy ich użyć, skoro AttilaSzigi grał wcześniej na pianinie. Ostatecznie wykorzystał te klawisze do 4 kawałków. Nie chcieliśmy dodawać zbyt wielu klawiszy, ale chyba byliśmy jedną z pierwszych kapel black metal, które to zrobiły. Nagranie i miks pochłonęły miesiąc. Potem jeszcze jeden miks i wszystko gotowe. Studio było naprawdę drogie.

Pojawiły się pewne problemy z uregulowaniem należności, ale w końcu wszystko zostało opłacone. Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale wyglądało na to, że uda nam się wydać nasz album na winylu na Węgrzech. Nic nie jest jednak doskonałe na tym świecie. Pech to pech, bo koleś, który nam pomagał, spieprzył sprawę z innym projektem i poleciał z roboty. Zrobiło się nieco chaotycznie, pojawiły się opóźnienia i w końcu koleś z taśmą-matką ulotnił się. I tyle, nie było albumu! Graliśmy jednak dalej, żeby zaprezentować nasz nowy materiał. Kiedy stało się jasne, że album nie wyjdzie, zaczęliśmy zgrywać na kasety kopie dla naszych fanów, – ale było to tylko demo albumu o słabej jakości. Ciągle graliśmy po większych klubach na Węgrzech, ale to był właściwie początek końca.

Jako że Anno Domini nie zostało wydane, zaczęliśmy tracić wiarę w sens dalszego grania. Nie było inspiracji i nie było nikogo, kto by nam doradził, co w tej sytuacji robić. A potem, AttilaSzigeti musiał pójść do pierdolonego wojska na 1.5 roku, co zadziałało jak ostateczny cios w serce zespołu. I w ogóle wszystko zaczęło się walić w diabły, a nasi herosi z lat 80. zaczęli też podupadać. BATHORY, CELTIC FROST, DESTRUCTION, KREATOR i VENOM. Nowe trendy – white metal, glam, itp. Zaczęło nas to męczyć. I wiem teraz, że powinniśmy wtedy byli wytrwać, bo w Skandynawii rodziło się coś muzycznie nowego. Ale nic o tym na Węgrzech nie było wtedy słychać. Kopie Anno Domini były nadal w obiegu. 9 lipca 1990 zagraliśmy nasz ostatni koncert w starym skaldzie w Petofi Scsarn w Budapeszcie wraz ze speedową kapelą z Niemiec: NECRONOMICON.

TamasYamsi miał na Węgrzech zina o nazwie TransylvaniaDamnation i miał dobry kontakt z takimi kapelami jak MAYHEM, DISSECTION czy DARKTHRONE.

Szła wymiana na kasety, normalna w tamtych czasach sprawa. I w ten sposób TORMENTOR zaczął się stawać popularny na świecie. Tamas i inni zaczęli wymieniać nasze taśmy. Pamiętam, jak napisała do mnie wytwórnia z Meksyku i poprosiła o wydanie Anno na jakiejś kompilacji. Ucieszyłem się, bo wydawało mi się, że historia TORMENTOR jest skończona; grałem i eksperymentowałem w innych kapelach. Z paroma ex-członkami TORMENTOR zresztą. Inna muzyka, ale cały czas dark, że tak powiem. Na przykład ABSTRACT – coś w klimatach starego THE SWANS z Zsoltem zresztą. Graliśmy też "psycho" klimaty z AttiląSzigeti w THE MANIACS, a potem darkindustrial w PLASMA POOL z paroma innymi kumplami.

Tak czy inaczej, w końcówce 1991 roku dostałem pierwszy list od Euronymousa z MAYHEM, który bardzo chciał wydać nasze Anno i 7th w swojej wytwórni DeathlikeSilence i zaprosił mnie do udziału w swojej kapeli MAYHEM. To dziwny zbieg okoliczności, bo mój pseudonim sceniczny podczas gry w TOMENTOR to był właśnie MAYHEM, ale to wtedy po raz pierwszy usłyszałem o zespole MAYHEM.

ZM: Mnóstwo. Próby były tak ciężkie, że myślałem, że umrę. Zupełnie inne podejście niż u kapel punkowch, podciągnąłem się w graniu. Szigi, Gyuri, dzięki wielkie! Pamiętam, jak Szigi przyniósł na próbę jakiś nowy utwór i bardzo ciężko go było zagrać. Zagrał go nam i powiedział, że kapela się rozpada, bo nie będzie grał z debilami. Co do studia, to w kawałku Trance użyliśmy efektu "Cacodemon" i wtedy do mikrofonu Attila zaczął się drzeć, gdzie jest moja kanapka? To było tak szalone, że nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu. Miałem może z miesiąc czasu, żeby nauczyć się materiału z The 7th Day Of Doom i grać je na koncertach. Pamiętam, kiedy wszyscy już w domu spali, ja zakładałem na uszy słuchawki i puszczałem z walkmana kawałek Mephisto, udając, że gram na perkusji. Anno Domini to był naprawdę krok naprzód.

FG: Granie prób było świetne. I nadal tak uważam. To dziwne, bo już nie gramy od wielu lat. Chciałem potem wystartować z TORMENTOR na nowo, skomponować nowe utwory, ale nie wyszło. Ale kiedyś zagraliśmy jakieś próby, a dokładniej cały set z pierwszej płyty. Ale to było dziwne uczucie. Granie w TORMENTOR to było niesamowite przeżycie. Nagranie Anno Domini to było niesamowite przeżycie, chodzi mi o pracę w studio. Super jakość. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że jestem muzykiem z krwi i kości. Po raz pierwszy graliśmy w takich luksusowych warunkach.

 Jakieś szczególne historie z koncertów?

TB: No ba. Miskole, centrum kultury, 1200 fanów, którzy przyszli tylko po to, żeby nas zobaczyć na żywo. Kiedy przyszli pierwsi młodzieniaszkowie liczący sobie po 16-17 lat, było ich już tyle, że ledwo udało nam się wejść do środka. Ale to był koncert! Wyszło super i to głównie dzięki zasłudze AttiliCsihara. Make-up, ubrania były jak na tamte czasy unikalne.

LF: Pamiętam dwa ciekawe zdarzenia. Jedno było świetne, poszedłem grać na basie w tłumie ludzi. Mały klub w Budapeszcie. Inne, raczej straszne, kiedy pojechaliśmy do Miskolca, byłem już wtedy żołnierzem, nie miałem zbyt dużo czasu, żeby się porządnie przygotować do koncertu. Nie słyszałem, jak brzmiała reszta, szczególnie bas, i robiłem mnóstwo błędów.

AS: W moim przypadku to będzie czas, kiedy supportowaliśmy holenderską kapelę na Węgrzech. Jeden z koncertów zbiegł się z urodzinami Attili. W autobusie już było pite i potem na maksa przed koncertem. Nie było to fair wobec fanów, a po około 10 sekundach grania wyjebałem się prosto na perkusję. Promotorzy kazali nam zejść ze sceny, ale Attila grał dalej, jakieś dziesięciominutowe solo. Śmieszna sprawa. Podobno publice się to podobało, ale kapela z Holandii była w szoku.

AC: Sporo pojebanych historii. Pierwszy okres działalności zespołu to czysty chaos, napierdalanka i płomienie. A potem mnóstwo alko i imprezy. Byliśmy zbyt pojebani i szaleni. Zajebani jeździliśmy po kraju, bez snu, brudni, zarzygani. Ale grało się muzykę, czasami zwiewało przed glinami, totalne domowe imprezy. To właśnie pamiętam. No i wyprzedane koncerty. Czasami fani włazili na scenę i napierdalali supporty, cholera głupio się z tym teraz czuję. Zwiewali na backstage z krwawiącymi nosami. Kurwa, co się tam się działo. To było niesowite uczucie, wejść na scenę i usłyszeć to wycie: TORMENTOR! Fani byli szaleni. Mieliśmy z nimi nasze pierwsze spotkanie w Hungarian Metal Club – wczesne lata działalności zespołu, byliśmy zupełnie niedoświadczeni. Myśleliśmy, że nikt nie przyjdzie, a było ze sto osób. Siedzieliśmy przy stole, a jakiś kolo pytał nas o jakieś śmieszne rzeczy. Na przykład, jak wygląda ten cały satanizm i black metal. A może ludzie powinni zjednoczyć się pod sztandarem heavy metalu? Jacyś ludzie z tłumu zaczęli na nich krzyczeć, że są idiotami. Co za przypał. Naszą odpowiedzią było oczywiście FuckYouAll, ale to tylko dodało oliwy do ognia. I tak to właśnie wyglądało. Chaos i tyle. Poszliśmy stamtąd.

Potem okazało się, że w tłumie było paru zagorzałych fanów TORMENTOR, ale siedzieli oni z początku cicho. Kiedy poszliśmy w pizdu, ci goście poszli za tym kolem, który robił z nami wywiad, do toalety i zaczęli go pytać, czy to ładnie tak robić sobie jaja z TORMENTOR. Koleś dostał w cymbał i został w tej toalecie. Było mi z tego powodu przykro. Spotkałem go potem w autobusie, koleś ciągle przepraszał. Co za wstyd.

ZM: Każdy koncert to było coś. Ale może ten w PeofiCsarno: grało intro, pełno ludzi, a Atilla na scenie w pełnym corpse –paincie wyglądający jak zombie (mojego autorstwa), z ustami pełnymi śmietany, którą wypluł na publiczność, podobniejak to miało miejsce w przypadku demonów w filmie EvilDead. Aargghhh! Aż mnie ciarki przeszły. W Yarpalota, Attila i Szigi ostro popili przed koncertem i po paru sekundach Szigi zwalił się na perkusję, która się kompletnie rozleciała, ale ten grał nadal jakby nigdy nic. Ja i Gyuri zeszliśmy ze sceny, ale Attila został na scenie i darł się do mikrofonu, jak jakie zwierzę. Jedno z najlepszych doświadczeń w naszym życiu.

FG: Yarpalota; to było niesamowite! Z kapelą z Holandii (nazywała się chyba zresztą ATTILA). Wspomniano o tym powyżej.

Act 7. Jakieś chujowe/niesamowite doznania związane z grą w zespole?

TB: Najlepsze wspomnienia to próby i koncerty. Najgorsza była moja decyzja o opuszczeniu zespołu.

LF: Wszystko było świetne.

AS: Uważam, że wszystko szło w bardzo oryginalnym stylu i daliśmy radę trzymać się razem. Każdy na swój sposób wniósł coś innego do zespołu. Te doświadczenia zaowocowały później w moim życiu. Okazało się, że praca w dobrze dobranym zespole może podnieść efektywność efektu końcowego w odróżnieniu od podejścia indywidualnego. Dobre życiowe doświadczenie.

AC: Wspomniałem już o paru sprawach. Niesamowite były nasze pierwsze koncerty, nagrywanie materiałów, a nawet nasz ostatni koncert w Budapeszcie we wspaniałej miejscówce przed około 1000 osób. Chujowizna to niewydanie Anno Domini w 1989 roku i parę innych nieudanych rzeczy. Jak ta na przykład, kiedy za własny szmal wypożyczyliśmy w ciul przebrań na debiutancki show Anno Domini, a klub odwołał nasz występ bez jakiegoś dalszego wyjaśnienia. I skończyliśmy z tym całym szitem w jakiejś przemysłowej dzielnicy w środku zimy. Mieliśmy też sporo utarczek z gburowatymi ochroniarzami, których robota w zasadzie sprowadzała się do tego, żeby nas ochraniać, a nie atakować, aresztować, pluć na nas itp. Ale wiecie jak te klimaty wyglądają. No cóż, czas leczy rany i usuwa z pamięci rzeczy złe, tak więc pozostają tylko te dobre.

ZM: Czasami zakwaterowanie pokoncertowe było skandaliczne. Pamiętam, jak spałem na małym krześle koło jakiegoś słupa, bo nie było innego miejsca.

FG: Gra w zespole była wspaniałym źródłem radości i dumy. Szkoda, że pod koniec działalności nie wszyscy wkładali w kapelę wystarczającą ilość uczucia i poświecenia. Czuło się, że kapela już niedługo przestanie istnieć.

Act 8. Jak TORMENTOR wpływał na was osobiście?

TB: Gdybym mógł wybrać ponownie, to z pewnością chciałbym grać raz jeszcze w TORMENTOR. Ten zespół to była moja energia i nadal dodaje mi powera, nawet dzisiaj.

AS: Dobre koncerty wprawiały mnie w dobry nastrój. Nie były jakoś specjalnie przygotowywane, nie było choreografii itp. Improwizacja, szczerość, to właśnie świetnie się sprawdzało. Dawało mi energię. Jak wszystko oczywiście szło ok. Okres przed rozpadem zespołu był fatalny. Pustka, niepewność i brak pomysłów wpędzały mnie w depresję. Próby w tamtym czasie były fatalne, zły nastrój, zmarnowany czas. Tak, trzeba to było zakończyć.

AC: To była szkoła muzyczna mojego życia. Bardzo dużo się nauczyłem. Przez te 4-5 lat zagraliśmy około 150-200 koncertów. Od najmniejszych klubów po te naprawdę duże. Dobre doświadczenie, jeśli chodzi o chaos, nawalanki, szaleństwo, porażki i to, jak zrobić dobry koncert. No i mnóstwo imprez i chlania. Czas młodości, tak właśnie wyglądało moje życie. Poniekąd nadal coś takiego ma miejsce, bo gram w MAYHEM – to tylko świat wokół nas się zmienia.

ZM: Byliśmy zbieraniną pacanów, którzy chcieli wyglądać groźnie. Żartuję. Jestem dumny, że udało nam się grać razem. Było wspaniale. Byliśmy wtedy wielcy. Unikalna, niepowtarzana sprawa.

FG: To była nasza młodość i tą właśnie drogą chciałem iść dalej. Najważniejszy moment w moim życiu.

 Czym w waszej opinii był TORMENTOR?

TB: Początkowy sukces, wzmocniony prawdziwym uczuciem ukierunkowanym na zespół, sposób zachowania stosowny do muzy. Aż do samego końca.

AS: Jak już napisałem na wstępie, to była dla mnie forma ekspresji. Tamas napisał większość utworów na pierwsze demo (a może i wszystkie, tak po prawdzie), ale każdy z nas wniósł do kapeli sporą cześć własnych pomysłów. Jako drużyna, nasz zespół działał znakomicie. Tamas i Marci nie chcieli na pewnym etapie działalności tworzyć zbyt ekstremalnej muzyki i dlatego do mnie należało ukierunkowywanie procesu tworzenia utworów – szczególnie tych, które znalazły się na Anno Domini. Robiłem to, co chciałem, i znaczyło to dla mnie bardzo wiele. Wszystko, tak naprawdę. Niesamowite było zobaczyć, ilu ludzi przychodziło na nasze koncerty. Nasza popularność rosła; nigdy nie sądziłem, że mogłoby być lepiej. Wydawało mi się, że jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko.

AC: To było totalne szaleństwo mojej młodości. Byliśmy młodzi i pełni entuzjazmu, a gra w zespole było jak spełnienie marzeń. Tak, TORMENTOR był z pewnością niemal "instytucją państwową", jednym z najbardziej znanych węgierskich zespołów. To była ezoteryka, ciemność, ekstrema. To była magia, ciemność, ekstrema, artyzm i oryginalność. To właśnie TORMENTOR nauczył mnie większości rzeczy, którymi zajmuję się obecnie.

ZM: Siła, siła, siła. Profesjonalizm, gorączka, szaleństwo, głupawe dowcipy, odpały, dobry i zły humor, zgoda, chujowizna, ważna forma ekspresji, obrzęd, muzyka i magia, po prostu wszystko. Dzisiaj legenda.

FG: Oryginalny, bardzo wyjątkowy zespół, który zarówno nam, jak i publiczności, dał mnóstwo siły.

 Jak widzicie dziedzictwo tych materiałów w kontekście dzisiejszej muzyki black metal?

TB: Kiedy poniosło mnie w inne muzycznie regony – dopiero wtedy mogłem się przekonać, jakim kultem otacza się TORMENTOR. AttilaCsihar może najlepiej odpowiedzieć na to pytanie. Mam nadzieję, że spuścizna TORMENTOR jest ważna nie tylko dla mnie.

AS: Dokładnie.

ZM: To Attila powinien odpowiedzieć na to pytanie.

AC: Kiedy dołączyłem do MAYHEM w 1993 roku, TORMENTOR był dla Deada i Euronymousa jednym z najważniejszych zespołów. A dołączyłem do nich właśnie dzięki TORMENTOR. Już wtedy dziwiło mnie, że te nagrania są tak ważne dla ludzi. Ale generalnie początek lat 90. to już były inne klimaty muzycznej ekstremy. Po różnych przygodach z kapelami, ponownie dołączyłem do MAYHEM w 2004 roku i nadal z nimi gram. Spotkałem wielu muzyków na całym świecie. Myślę, że te legendarne nagrania to materiały ważne zarówno dla nas, jak i fanów. Jestem dumny i szczęśliwy, że udało mi się brać w tym udział.

FG: Wydaje mi się, że z muzycznego punktu widzenia nie było to coś niesamowitego, ale ważne było to, że graliśmy coś niesamowicie unikalnego, niebanalnego – łamiącego konwencje i tradycje muzyczne.

 Coś do dodania?

TB: Panienki, whisky i rock’n’roll! I co jeszcze? Keeprocking!

AS: Graliśmy tak długo, jak tylko mogliśmy. Próbowałem grać w innych gatunkach muzycznych, ale i tak TORMENTOR to było właśnie to, moje złote lata, czas samo-ekspresji, kreatywność, wyładowanie impulsów – i dlatego dałem sobie z muzyką spokój. Czasami łapię za gitarę akustyczną i gram sobie, ot tak, dla przyjemności. Mam fajnego ośmioletniego syna i ośmioletnią córkę. Prowadzę małą firmę. I tyle. Fajnie jest pomarzyć o starych czasach – fajnie było, ale to zamknięty rozdział.

AC: Wielka szkoda, że nagrania TORMENTOR nie mogły się ukazać w swoich czasach. Teraz to już część historii. Materiał ten miał wydać Euronymous, ale został zamordowany, a nasza stara kaseta z materiałem Anno Domini wylądowała u mojego przyjaciela Tomasa T. Haugena (Samoth z EMPEROR). Zapytał nas, czy może wydać ten materiał w swojej dopiero co powstałej wytwórni Nocturnal Art Productions. I tak, materiał ten ostatecznie wyszedł w oparciu o nagrania ze starej kasety w 1995 roku, siedem lat po nagraniu. Chciałbym podziękować Samothowi za wspaniale wydanie i śmiałe przedsięwzięcie. The 7th Day of Doom został wydany przez mojego przyjaciela Luigi Cappo z włoskiej Holocaust Records w limicie 500 CD w 1997 roku. 10 lat po tym jak został nagrany. Dzięki przyjacielu! OsirisProductions wydało też The Sick Years – ale to mały nakład. Nie wiem, jak to wszystko tam się sprzedawało, itp. Potem było lepiej, bo AttilaSzigeti znalazł dobrej jakości nagranie wideo Anno Domini, które zrobił jego ojciec w Budapeszcie w studio w 1989 roku. Wspaniała sprawa. Zremasterowałem tę taśmę w studiu moich przyjaciół (Yaa Studio). I mogliśmy ponownie wydać Anno Domini poprzez moją własną wytwórnią SaturnusProd. w formie CD. Nadeszła właśnie chwila, żeby wydać na winylu Anno i The7th, używając oryginalnych grafik i zdjęć, posiłkując się master tapes z najlepszym jakości dźwiękiem. 25 lat po tym, jak te materiały zostały nagrane.

ZM: Były z nas łotry. Nie mogłem bez tego żyć; graliśmy, co nam w sercu grało i płynęło w żyłach. Nic więcej nam nie było trzeba. Nie mogłem bez tego żyć. Jak dla mnie to była wolność. Najważniejsze we wszechświecie. Poczucie wolności i niezależność. Fajnie byłoby znowu wyjść na scenę i zagrać jak kiedyś.

FG: Może i kiedyś jeszcze zagramy, kto wie. Nawet już pod inną nazwą.

 

 Reaktywacja TORMENTOR jest już faktem , zespół zagrał kilka gigow  w tym  niesamowity koncert  na   XXIII edycji Brutal Assault Fest ,  w roku 2019  będzie nam dane zobaczyć TORMENTOR po raz  pierwszy w naszym kraju wszystko dzięki coraz prężniej dziłającej   Black SIlesia Productions która zaprasza na kolejna edycję Black Silesia Open Air w Byczynie NIE PRZEGAPCIE TEGO!!!!!!!!!)

Przekład tekstu Paweł Wojtowicz

Materiał pochodzi z archiwum zespołu

 

baa222