RELACJA BRUTAL ASSAULT 2018

 

Dzień pierwszy festiwalu – środa (08.08.2018)

            Ależ ten czas pędzi kolejna – 23 edycja Brutal Assault już za nami. Rok 2018 przyniósł jak dotąd najciekawszy zestaw kapel, które pojawiły się na tym festiwalu. Ze 130 wykonawców, którzy zagrali w Jaroměř, wybraliśmy ponad 20 interesujących nas zespołów. Musicie przyznać, że to całkiem niezły wynik? Oczywiście były dni zdecydowanie relaksowe, ale i takie gdzie nawał interesujących koncertów powalał zagęszczeniem.

 

            Na miejsce przyjechaliśmy dość sprawnie, chwilę przed występem Armored Saint – wszystko byłoby fajnie, ale okazało się, że w tym roku nie przyznano mi akredytacji foto-pass, tylko press, tak więc nieco skołowany tym faktem pędziłem co sił pod scenę, by móc przedrzeć się przez tłum fanów i zająć dogodną pozycję przy barierce pozwalającą wykonać choć kilka zdjęć; tym bardziej że nasz nowy kolega redakcyjny Radek w ten dzień miał przeprowadzić dla nas wywiad z Armored Saint. O dziwo bez żadnych problemów udało mi się zająć dobre miejsce, by rozkoszować się koncertem oraz przy okazji porobić kilka fotek. Pod sceną pojawiło się może 250-300 osób, żywiołowo reagujących na Muzykę. Koncert, choć zagrany w biały dzień, wspominam miło, tym bardziej że Amerykanie grali sporo starego stuffu, w tym jeden numer z „Symbol of Salvation”, czwartego długograja i ich najbardziej znanego dzieła, dlatego na setliście musiało pojawić się coś z tego krążka. Padło na „Reign of Fire” i wydaje się, że był to trafny wybór. Liczyłem po cichu, że zespół tego dnia zagra więcej kompozycji z tego albumu, stało się jednak inaczej i choć setlista była całkiem fajna, zabrakło mi do szczęścia kilku moich ulubionych numerów. Armored Saint przygotował bardzo przekrojową setlistę, rozpoczynając od tytułowego numeru z debiutu „March of the Saint”, poprzez „Long Before I Die” z „Delirious Nomad” czy „Chemical Euphoria” z trzeciego krążka „Raising Fear”. W sumie zespół zaprezentował 8-utworowy set dynamicznie zagranego Heavy Metalu, John Bush tego dnia był szczytowej formie, a całość naprawdę robiła powalające wrażenie. Była to prawdę piorunująca dawka klasycznego Metalu.

 

            Kolejna interesująca mnie kapela miała zagrać dopiero o 20:40, tym razem miał to być koncert pod namiotem – Toxic Holocaust. Niestety mimo wielkiej chęci oglądnięcia całości występu ekipy Joela, po kilku utworach musiałem lecieć pod dużą scenę, by zająć dogodną pozycję przy barierce, bo oto o 21:50 miał zacząć swój występ Cannibal Corpse. Zdawałem sobie sprawę, że by wywalczyć miejsce pod barierką, musiałem pojawić się tu znacznie wcześniej, męcząc uszy występem Helmet, który grał na dużej scenie bezpośrednio przed Cannibalami. Niby hulało wszystko jak należy, ale wokale Corpsegrindera już po kilku numerach mnie znużyły, zresztą nigdy nie byłem wielkim fanem Cannibal, choć czasem sięgam po ich dwa pierwsze albumy; na domiar złego na tym gigu pojawił się jedynie z tych interesujących mnie pozycji „A Skull Full of Maggots”, reszta to raczej nowszy stuff. Sam koncert zagrany perfekcyjnie, na pewno podobał się wielu maniakom brutalnego Death Metalu; widziałem euforyczne przyjęcie i spore szaleństwo. Na koniec chłopaki przygotowali niezłą artylerię w postaci „Hammer Smashed Face”, tak że wielu maniaków było w euforycznym nastroju. Natomiast co do mnie, to koncert mnie trochę zmulił i gdyby nie fakt, że potrzebowałem fotki do wywiadu – wolałbym obejrzeć do końca set Toxic Holocaust, którego twórczość bliższa jest mojemu sercu. Niestety brak foto-passa odczułem dotkliwie, musząc niejednokrotnie rezygnować z interesujących mnie występów, by koczować pod barierką, czekając na kolejny band, który chciałem sfotografować. Nie ukrywam, że było to mało komfortowe, tym bardziej że przyzwyczaiłem się, iż mając foto-pass mogę przychodzić 5 min przed koncertem i mam zapewnione zdjęcia z fosy przez 3 pierwsze numery koncertu; wtedy mógłbym oglądnąć znacznie więcej i napisać dużo bardziej szczegółową relację, niestety tym razem stało się inaczej. Tak czy siak, nagrodą za brak tego udogodnienia okazało się kilka doskonałych koncertów, które było mi dane oglądnąć na tegorocznej edycji Brutal Assault; ale o tym za chwilę.

 

 

            Skupmy się na kolejnych koncertach pierwszego dnia festiwalu: Gojira i Paradise Lost; w obu przypadkach nie byłem zachwycony występem wyżej wymienionych kapel, choć w przypadku Gojira wielu z Was pewnie nie podzieli mojej opinii. Widziałem spory tłum, który świetnie się bawił przy ich muzyce, ja niestety jakoś nie czuję tej kapeli. Natomiast w przypadku Paradise Lost, no cóż, ta kapela już ma za sobą lata świetności; dobór utworów nie był również zbyt szczęśliwy; na koniec wykonanie dawało wiele do życzenia – szczególnie jeżeli chodzi o wokale Holmesa; dodatkowym minusem było nagłośnienie tego gigu, który niestety nie brzmiał dobrze.

 

            Przemęczyłem te dwie kapele tylko ze względu na pozycje przy barierce, by móc rozkoszować się Tormentor, który miał zagościć na dużej scenie po dwóch wcześniej wymienionych zespołach. Wiedziałem czego mogę się spodziewać, tym bardziej że moi znajomi mieli okazję widzieć już wcześniej występ Węgrów na pierwszym po reaktywacji koncercie na barce w Budapeszcie, ale to, co zobaczyłem i usłyszałem na żywo przeszło moje najśmielsze oczekiwania – istne szaleństwo: wokalista w niesamowitej formie górował nad całym zespołem, który nieco skryty skupiał się przede wszystkim na Muzyce, natomiast Attilla poza Infernalnymi vokalami, które wydobywał z siebie z dziecinną łatwością, przygotował niezwykły spektakl – jego mimika, ruchy na scenie, choreografia czy wreszcie image było niesamowite. Jako pierwszy utwór zespół zagrał nieprzypadkowy numer o tytule „Tormentor”, po nim polecały „Heaven”, również z „Anno Domini” oraz „Elizabeth Bathory”. Tłum od pierwszych taktów oszalał, czułem na plecach jego napór i wgniatające się w moją klatkę piersiową barierki. Mimo to dzielnie trwałem w tym szaleńczym korowodzie, chłonąc wyjątkowy spektakl tonący na przemian w kolorach purpury, czerwieni i błękitu. Attilla niczym opętany przez kandaharskiego demona wyginając się w niezwykłe formy przykuwał wzrok tłumu, czyniąc swą Magię na scenie. Nie mogłem uwierzyć, że jest mi dane oglądać ten legendarny zespół na żywo.

 

Do tego Csihar pokazał wielką klasę, udowodniając tym występem, że bez trudu potrafi wykreować równie przekonywującą postać, jednocześnie nie powielając tego co wypracował sobie na koncertach Mayhem – to jak by dwie odrębne role, dwa różne akty opętania, niesamowite i niezwykle ujmujące. Ten frontman nie dość, że jest świetnym wokalistą, to do tego ma spore predyspozycje aktorskie, niewielu wokalistów potrafi w tak skuteczny sposób oddziaływać na tłum. Kolejne numery „Damned Grave”, „In Gate of Hell”, czy „Transylvania” – również z „Anno Domini” (które za rok będzie obchodzić swoje 30-lecie) siały spory zamęt pod sceną. Nie dziwi również fakt, że zespół skupił się przede wszystkim na tym albumie, choć tego wieczoru popłynęły z głośników nie tylko utwory z tego dzieła… ale nie uprzedzajmy faktów... bo oto rozbrzmiał na scenie utwór „Tormentor II” a zaraz po nim „Trance”, gdzie Attila na samym początku kompozycji modulując swoim głosem odtworzył intro z „Evil Dead”. Totalny rozpizd, inaczej nie można nazwać tego, co działo się pod sceną. Infernalna energia, która krążyła w żyłach tłumu, na chwilę zamieniała ludzi w pulsującą czarną masę opętanych dusz. Klawiszowe tła na „Beyond” wykonywane przez tajemniczą białogłowę robiły niesamowity klimat. Było widać świetną formę Tamása Buday, który od 2013 roku czynnie wspiera szwedzki Nifelheim.   Przydało się to, bo teraz na scenie sieje totalną Zagładę, zresztą reszta zespołu nie odstawała od wyżej wymienionych poziomem: świetne solowe partie gitar Tamása przeplatane gitarowymi wariacjami na temat Attili Szigeti, to bardzo mocny element tego koncertu. Kolejne 3 numery z „Anno Domini”: „Apocalypse”, „Lisa” i tytułowy zamknęły pierwszą część koncertu, po którym nastąpiły numery z demo „The 7th Day of the Doom”. Jako pierwszy poprzedzony złowieszczą burzą wyłonił się „Mephisto”, następnie „Live In Damnation”, by na koniec uwieńczyć tę Szatańską orgię dźwięków tytułowym numerem „Seventh Day of the Doom”. Po tym koncercie przez długi czas stałem z rozdziawioną szczęką, nie mogąc uwierzyć, że było mi dane widzieć ten koncert na żywo; to tak, jakbym przeniósł się w zamierzchłe czasy. Niesamowite przeżycie wzmogło tylko jeszcze większe łaknienie na koncerty Tormentor i mam nadzieję, że zespół zawita również do naszego kraju. Jeżeli jednak tak się nie stanie, będę śledził gdzie w pobliżu grają, by zaliczyć jeszcze choć raz ich występ. Pierwszy dzień uwieńczony występem Węgrów, mimo mojego zmęczenia nie pozwolił mi jeszcze długo zasnąć, jeszcze jakiś czas dyskutowałem na temat tego gigu z przyjaciółmi, z którymi dzieliłem pokój hotelu, popijając brunatny napój bogów. To był wyjątkowy dzień i mimo nie najszczęśliwszego początku miał wspaniały finał.

Dzień drugi festiwalu – czwartek (09.08.2018)

            Koncert zaczął się dla nas dopiero o 15:00, wcześniej zjedliśmy obfite czeskie śniadanie w jednej z uroczych miejscowych jadłodajni serwujących czeską kuchnię. Następnie poszliśmy na basen, by podładować baterię na kolejny dzień festiwalu. O 15:00 na dużej scenie pojawił się nie byle kto, bo legendarny Exhorder i powiem Wam, że od razu rzuciło mi się w uszy brzmienie gitar. Amerykanie mają to rozkminione do bólu – zawsze kiedy jestem na koncercie zespołu z USA, to wiosła niszczą. Tak było w przypadku Cannibal Corpse, Exhorder czy Nocturnus. No ale na razie nie uprzedzajmy faktów… Sam Exhorder przygotował dość krótki set, to jednak te 7 utworów potrafiło wprasować mnie w podłoże. O dziwo dość szybko znalazłem się przy barierce, chwilę potem rozległ się pierwszy numer „Death in Vain” z wiekopomnego debiutu „Slaughter The Vatican”; świetny Thrash w klimacie Dark Angel dosłownie w moment sprawił, że ten gig oglądałem z rozdziawioną mordą… coś niesamowitego, sam fakt, że ten band się reaktywował i mogłem rozkoszować się ich występem na żywo, był dla mnie niezapomnianym przeżyciem.

Brutal Assault – dzięki za Exhorder, więcej takich kapel w przyszłości poproszę!!!!!!!!!!!!!! „Unforgiven” to tym razem numer z drugiego albumu „The Law” i tu nie było złudzeń, z jakiego kraju band pochodzi – to, w jaki sposób wymiatali wioślarze, to metalowa poezja. Kolejny klasyk z debiutu „Legions of Death” skutecznie podkręcił publiczność, po tym numerze poszło „The Law”. Zaraz po nim również z tego albumu „(Cadence of) The Dirge” i o dziwo, jak na płycie nie do końca ten numer mi się podoba, to w wersji koncertowej był zdecydowanie bardziej nośny. Numer na który czekałem, to tytułowy „Slaughter in the Vatican” – tu już nie miałem złudzeń co się będzie działo, machałem dynią pod sceną jak bym miał nie 50, a 17 lat. Jak tu nie wielbić Amerykańskiego Thrash Metalu, kocham Dark Angel a Exhorder ma tyle podobnych elementów w swojej Muzyce na debiucie, że szok. Kolejny cios, niestety na koniec, to „Desecrator” – również pochodzący z debiutu Amerykanów. Po tym koncercie miałem ochotę zobaczyć występ Mortiisa, niestety umknęło mi to, a kiedy wybierałem się na Moonspell i Laibach nagle całe miasteczko ogarnął gęsty mrok. Trwało to dość długo, pod bramkami kłębił się spory tłum ludzi, który nie mógł wejść, ponieważ czytniki nie były aktywne. Po 30 minutach czekania stwierdziłem, że nie chcę mi się stać i wróciłem do hotelu. Bardzo żałuje Laibach, bo słyszałem opinie, że był to doskonały koncert. Cóż, tak czasem bywa, nie wszystko jest się wstanie zobaczyć, zresztą odpoczynek bardzo mi się przydał – zważywszy, że przed nami był ciężki dzień, na którym było sporo kapel do zaliczenia…

Dzień trzeci festiwalu – piątek (10.08.2018)

 

            Ranne śniadanie, następnie kilka godzin na basenie nakręciło mnie pozytywną energią. Oto o 14:15 na dużej scenie miał się pojawić band, na który bardzo czekałem – Sadistic Intent. Było mi dane już wcześniej ich widzieć we Wrocławiu, dlatego wiedziałem, że będzie to zniszczenie. Ekipa Ricka to stare wygi, nie od dziś grające Death Metal, dlatego czy to na małej czy na dużej scenie czują się jak ryba w wodzie. Tak też było i tym razem, oglądanie tego występu było czystą przyjemnością – tym bardziej, że był to chyba jeden z najlepiej nagłośnionych koncertów tego festiwalu, a muszę nadmienić, że w tym roku niestety na festiwalu było z tym bardzo różnie. Wracając do występu Sadistic Intent – niestety tym razem set był bardzo krótki, zaledwie 7 numerów…

Cóż, lepsze to niż nic, ale po tym koncercie miałem spory niedosyt. Na szczęście wybór numerów oraz wykonanie było dostateczną nagrodą. Myślę, że Sadistic Intent to jeden z tych nielicznych przedstawicieli starej szkoły Metalu, który nie uległ modom i trendom, pozostając wiernym klasycznej formule, dzięki czemu ich Muzyka cały czas potrafi we mnie wyzwolić niesamowite emocje. Tak powinno się grać Death Metal!!!!!!!!!!!!!!!! Pierwszy numer otwierający festiwalowy set to rozstawiający wszystkich po kątach „Asphyxiation”. Już od samego początku koncertu nie mogłem ustać spokojnie w miejscu, by skupić się na wykonaniu choćby kilku zdjęć; cudem wyszło mi kilka naprawdę kozackich ujęć, zresztą chłopaki prezentują się zawsze na scenie zawodowo: skóry, ćwieki i łańcuchy – totalny EVIL METAL SHOW!

Kolejny numer pochodzący tym razem z winylowego splitu z Pentacle to „Numbered with the Dead” – numer, choć stosunkowo nowy to jednak utrzymany w klasycznej stylistyce, dodatkowo na koncercie rozpieprza mózg. Kolejny cios to pochodzący z epki z 1997 roku, przypominający nieco stare dokonania Morbid Angel, „Ancient Black Earth”; ten numer na żywo nabiera cholernie złowieszczego charakteru – pulsuje czymś pierwotnym, totalnie mrocznym, złym…   cuchnie kloaką Piekieł. Kolejny kop okutym butem prosto w pysk to „Condemned in Misery”, pochodzący z epki „Resurrection” z roku 1994. To niesamowite jak te klasyczne numery Sadistic Intent sieją spustoszenie na koncertach… coś fenomenalnego. Następny klasyk pochodzący z epki z 1990 roku – „Impending Doom”. Słuchałem z rozdziawioną paszczą, średnie bujające tempa z tymi wybijającymi się w mózg gwoździami; utwór sprawia, że nie sposób stać spokojnie pod sceną. Na koniec poszedł „Conflict Within” i tu jeszcze przez sporo czasu kołowało mi wszystko w głowie, trudno było pozbierać się po tym gigu, a przecież nie była to jedyna atrakcja tego dnia przede mną.

 

 

            O 15:45 z ciekawości obejrzałem fragment występu Hate, który choć zagrał całkiem poprawnie, specjalnie mnie nie za chwycił. Ot dobrze wykonane rzemiosło, bez szału i przyspieszenia bicia serca, dodatkowo po gigu Sadistic Intent to zestawienie dla warszawiaków nie mogło być korzystne .

 

            18:15 duża scena, kolejny Death Metalowy gigant, tym razem z Holandii: Pestilence.

 

Oj tu działo się, bo setlista była niszcząca i choć ze starego składu pozostał jedynie Patrick Mameli, to sam koncert był kolejnym mocnym akcentem tegorocznego Brutal Assault. Nie zabrakło takich klasyków jak „Malleus Maleficarum / Antropomorphia”, „Subordinate to the Domination”, „Commandments”, to tyle, jeżeli chodzi o debiut. Oczywiście nie zabrakło kilku numerów z „Consuming Impulse” i „Testimony of the Ancients” tak, że była niezwykła uczta dla starych fanów Pestilence. Jedynym odstępstwem od klasycznych numerów był otwierający całość koncertu, pochodzący z wydanej w tym roku nowej płyty „Hadeon” utwór „Non Physical Existent” i powiem szczerze, ten numer nie powalił mnie kompletnie, tym bardziej, że na tym gigu Pestilence sięgnął po naprawdę ciężką artylerię: wystarczy wymienić „Dehydrated”, „Chronic Infection” czy zamykający całość koncertu „Out of the Body”. To tyle, jeżeli chodzi o numery z „Consuming Impulse”, a przecież pojawiło się jeszcze kilka numerów z „Testimony of the Ancients” tak, że żartów nie było plasując ten występ w ścisłej festiwalowej czołówce.

            Kolejny gig, który oglądnąłem fragmentarycznie to występ At The Gates i tu wszystko wydaje się zagrało jak należy, choć jednak nie przebiło występów Sadistic Intent i Pestilence.

            Następnie był koncert, którego początkowo nie planowałem zaliczyć, a że przed występem Behemoth musiałem zająć miejsce przy barierce, poniekąd wymusiło to na mnie oglądanie występu Ministry. Mile mnie zaskoczyło, brzmiało to całkiem fajnie i choć nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu, koncert wypadł zadziwiająco dobrze.

 

            O 23. z hakiem rozpoczęło się misterium Zła i choć Behemoth przyzwyczaił mnie do wysokich standardów show, to ten gig przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nie wiem czy obecnie jest jeszcze jakiś drugi Black Metalowy band, który potrafi zrobić takie show – no może Watain, ale czy na taką skalę? Nie sądzę… Behemoth pod względem przygotowania spektaklu wzniósł się na wyżyny równe Kiss czy Rammstein. To już nie niewinne igraszki z ogniem a prawdzie Infernalne misterium, choreografia, elementy teatralności na scenie, ogromne tła za perkusją, coś na kształt Iron Maiden, z tym że w dużo mroczniejszej konwencji odpowiadającej Muzyce, niesamowite światła, powalające brzmienie i mistrzowskie wykonanie.

Naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem, jak ten zespół podniósł wysoko poprzeczkę, niewiele kapel jest w stanie wznieść się na ten poziom; wszystko przemyślane w najdrobniejszym szczególe, to już światowa ekstraklasa 666!!!

 

            Po koncercie Nergala i spółki pojawił się na przeciwległej scenie legendarny Carpathian Forest, na którego nieszczęście przed nimi zagrał właśnie Behemoth. Niestety ekipa Nattefrosta nie była wstanie udźwignąć tego brzemienia, wypadając niezwykle przeciętnie. Do tego sam lider wydawał się być obecny tylko ciałem na scenie. Nie dość, że był totalnie nawalony, to jeszcze dźwięki, które z siebie wydawał były żenujące; aż przykro było patrzeć na ten koncert, mając jeszcze w pamięci ich krakowski występ z 2004 roku. Być może zbyt długa przerwa w graniu oraz zbyt mało prób spowodowało, że poziom tego gigu był naprawdę kiepski. Szkoda, bo Carpathian Forest to naprawdę zasłużona dla sceny kapela. Zagranie gigu po Behemoth okazało się chyba dla nich strzałem w stopę, jak dotąd jeden raz widziałem tylko zespół, który po występie ekipy Nergala udźwignął to brzmię i wypadł równie interesująco – koncert krakowskiej Mgły, która mimo braku porywającej scenografii z totalnie minimalistycznym wyglądem sceny zrobiła Muzyką niesamowite wrażenie, skutecznie przykuwając uwagę kilku tysięcy ludzi podczas ich występu. Kto zna Mgłę ten wie jak ten zespół perfekcyjnie podchodzi do wykonania swojej Muzyki.

Niestety w przypadku Carpathian Forest zrobiło to zgoła odmienne wrażenie. Zmęczony tym koncertem postanowiłem udać się do hotelu, zapominając na śmierć o gigu Malokarpatan. Cholera, strasznie żałuje tego gigu; tym bardziej że kilka lat wcześniej widziałem ich we Wrocławiu i zrobili na mnie ogromne wrażenie, a teraz ponoć było jeszcze lepiej. Byłem również ciekaw nowego wokalisty, niestety tym razem wygrało zmęczenie (jednak koncert o 2:00 w nocy, po całym dniu w słońcu, to już spore wyzwanie).

Dzień czwarty festiwalu – sobota (11.08.2018)

 

            Tym razem na szczęście kapele, które mnie interesowały zaczynały trochę później, tak że było trochę czasu by się zregenerować. Jako pierwszy zobaczyłem Unleashed, który w tym roku zaprezentował dużo ciekawszy set niż miało to miejsce kilka lat wcześniej. Niestety nie udało mi się widzieć ich występu w całości, bo musiałem koczować przy barierce, oczekując występu Messiah, na którym bardziej mi zależało. O 16:35 rozległ się pierwszy numer, zatytułowany „Messiah” – zresztą tego dnia miało popłynąć jeszcze kilka numerów z ich debiutu „Hymn To Abramelin”, ale nie wyprzedzajmy faktów… Od samego początku, mimo wielkiej radości płynącej z obcowania z tymi dźwiękami brak Tschösi był tu bardzo odczuwalny. Zresztą Andy sprawiał wrażenie nie rozśpiewanego, dodatkowo robił sobie sam krzywdę popijając co chwilę zimnym piwem; wiadomo jak zachowują się struny głosowe kiedy je nadwyrężasz do granic możliwości rozszerzając je a następnie pijąc zimy napój drastycznie je zwężasz; nieumiejętne gardłowe śpiewanie bez użycia przepony, słabo nagłośniony vocal i brak pogłosu ułatwiający nośność wokalnych rejestrów sprawiło, że mimo starań Adiego wypadło to naprawdę słabo. Wszyscy pamiętamy „Psychomorphia” czy choćby „Choir of Horrors”, by wiedzieć, że Andy Kaina potrafi śpiewać, jednak zbyt długa przerwa i nieumiejętne przygotowanie do tego koncertu wypadło pod tym względem nie najlepiej. Wierzę jednak, że z każdym koncertem będzie lepiej pod warunkiem, że Andy nie będzie tak bezlitośnie zarzynał głosu, inaczej po kilku koncertach go straci; było to już słyszalne po 2 czy 3 numerze zapowiadanym przez niego. Struny głosowe to niezwykle delikatny instrument, dlatego warto o niego zadbać… „Space Invaders” to kolejny klasyk z debiutu słuchałem tego z wypiekami na twarzy, coś niesamowitego, gitara Brogi robiła naprawdę świetną robotę a przy tym było widać jak wiele radości sprawia temu gitarzyście granie przed szalejącą publicznością. Myślę, że to ciepłe przyjęcie upewniło Panów, iż warto wrócić na scenę, bo mają tu wielu oddanych fanów. Kolejny numer tego dnia to „Living With a Confidence” a zaraz po nim poleciały „Choir of Horrors” i z tej samej płyty „Akasha Chronicle”. Jednak cały czas bas strasznie zaburzał selektywność reszty instrumentów, coś działo się niedobrego z partiami basu (to samo było odczuwalne na koncercie Nocturnus, nie była to wina muzyków tylko sprzętu). Kolejny klasyk „Psychomorphia” – pamiętam jak kupiłem ten winyl od Mariusza Kmiołka, podczas któregoś mojego wypadu do Legionowa chwilę przed giełdą pod Hybrydami. Zawsze wolałem wokale Tschösi, ale Andy zrobił tu powalającą robotę, kocham ten materiał na równi z dwoma pierwszymi dziełami Messiah. Chwilę po wybrzmieniu ostatnich dźwięków „ Psychomorphia” rozbrzmiał kolejny klasyk z debiutu: „Total Maniac”, ciary przeszły mi po plecach, niesamowity mroczny klimat z tym wdzierającym się pod czaszkę riffem; coś wspaniałego. Świetnie dobrany set sprawiał, że chłonąłem każdy dźwięk niemal euforycznie, tak też było z „Act of Fate” poprzedzonym pięknym gitarowym preludium, ale to jeszcze nie wszystko...

Oto chłopaki postanowiły jeszcze bardziej rozruszać publiczność, wrzucając na ruszt niezwykle dynamiczny „Cautio Criminalis”. Na koniec nie mogło zabraknąć choć jednego numeru z „Extreme Cold Weather”, padło na tytułowy numer z tej płyty i wydaje się to niezwykle trafnym wyborem. Po koncercie padło wiele ciepłych słów, uścisków dłoni i rozdania wszystkich możliwych gitarowych kostek, było widać radość Panów z Messiah, w niejednym oku błysnęła łezka. To było coś niesamowitego, mam nadzieję, że ten koncert będzie dostatecznym motorem napędowym dla Messiah i panowie wrócą na dobre na scenę. Życzę im aby tym razem udało im się osiągnąć sukces, ten band jest tego wart; wspierajcie działania Messiah!!!!!!!

 

 

            Po występie Messiah czekało mnie nie lada wyzwanie – przetrwać gówniany koncert Dog Eat Dog. Wszystko po to, by mieć dobrą pozycje do zdjęć na koncercie, który miał się od być po ich występie – Nocturnus A.D. Występ Dogi Eat Dog zrył mi nieźle beret, to cud, że jakoś to przeżyłem (Mike, żebyś wiedział jakie było to poświęcenie, by być zaraz przy barierce na waszym gigu…). Na szczęście już koło 18:00 zaczęła się krzątać na scenie ekipa Nocturnus i jakoś dotrwałem do ich występu. Kiedy rozległy się pierwsze dźwięki „Lake of Fire”, zupełnie zapomniałem o wcześniejszej traumie; to coś nieprawdopodobnego – usłyszeć po tylu latach te numery na żywo. Popłynęły kolejne klasyki z debiutu: „Standing in Blood” i „Neolithic”. Obaj gitarzyści wymiatali nieprzeciętnie, wszystko byłoby perfekcyjnie gdyby nie problemy z nagłośnieniem basu (tak jak to miało miejsce w przypadku Messiah); poza tym było to perfekcyjne odegrane. Nadszedł czas zaprezentować coś nowego: „The Antechamber”. Kompozycja stworzona już jako Nocturnus A.D. nie odbiegała bardzo od tego co prezentował wcześniej Nocturnus tak, że słuchało się tego z przyjemnością. Jednak tego dnia niepodzielnie królowały numery z „The Key”:

kolejny klasyk wyłonił się z kosmicznego intra klawiszy „Destroying the Manger”, po nim nastąpił kolejny premierowy numer „Aeon of the Ancient Ones” i powiem Wam, że ten kawałek naprawdę robił dobrą robotę – to co panowie wyczyniali na gitarach – coś fenomenalnego. Ostatnim numerem, po którym zeszli ze sceny, był „BC/AD” i kiedy wszyscy już myśleli, że to koniec koncertu Panowie pojawili się ponownie, by zagrać tym razem coś z repertuaru Morbid Angel: „Chapel of Ghouls”. Śmiem twierdzić, że ta wersja była równie udana jak pierwowzór a na pewno lepiej wypadła niż to, w jaki sposób zgrało to I Am Morbid w Bielsku-Białej.

Zaraz po występie Nocturnus poleciałem pod namiot na koncert Protector, który miał się zacząć o 19:45 i kiedy stojąc przy barierce, tonąc w oparach mgły i czerwonego światła zabrzmiało intro „Misanthropy” a zaraz po nim wyszedł na scenę zespół – ciary przeszły mi przez całe ciało.

 

Choć widziałem dwa razy Protector, to jednak nigdy z Martinem na wokalu. To było ogromne przeżycie móc znowu rozkoszować się tymi dźwiękami na żywo i choć pozostali dwaj gitarzyści sprawiali wrażenie niezwykle skupionych na Muzyce (przez co wydawało się, że są przykuci do odsłuchów) oczywiście odegrali to perfekcyjnie; ale brakowało szaleństwa na scenie. Na szczęście Martin nie stał w miejscu… Kolejny klasyk, tym razem z „Golem”, to „Apocalyptic Revelations” i tu wszystko zostało odegrane perfekcyjne. Niestety kłęby dymu i słabe oświetlenie uniemożliwiło mi zrobienie udanych fotek. Mimo to nie poddawałem się – od czasu do czasu uwieczniając ten wyjątkowy moment a przy tym chłonąc tę niezwykłą atmosferę. Było to o tyle fajniejsze, że scena pod namiotem jest bliżej publiczności i cały czas zespół praktycznie mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Zresztą Martin co chwilę wychodził do publiczności, by z nimi śpiewać refreny – tak było w przypadku m.in. „Holy Inqisition”. Kolejny numer to tytułowy „A Shedding of Skin”; byłem bardzo ciekawy tego, jak zabrzmi to na żywo – tym bardziej że wcześniej nie było mi dane usłyszeć tej kompozycji w wersji live i powiem Wam, że wyszło to naprawdę powalająco. Kolejny klasyk: „Golem” a zaraz po nim „Urm the Mad” – czyż można sobie wyobrazić lepszy set? Coś wspaniałego, a to przecież nie koniec… Oto numer zarejestrowany już po reaktywacji Protector: „Xenophobia” – doskonały numer, idealnie nawiązujący do klasycznych dzieł zespołu z lat 90. To niesamowite, ale Protector udało się w idealny sposób odtworzyć klimat z wczesnego okresu działalności, dzięki czemu czuje się idealną kontynuację stylu zespołu; jest to spójne i słucha się tego z ogromną radością. Cieszę się, że było mi dane usłyszeć ten numer również wersji live. Po nim wyłania się kolejny klasyk „Protector of Death”. Takie numery wywołują drżenie kolan; ależ ten numer potrafi sponiewierać na żywo. Następny numer z tych nagranych po reaktywacji „Calle Brutal”; i tu słucha się tego z wypiekami na twarzy, coś wspaniałego.

Na koniec Panowie zapodali „Space Cake” z albumu „Golem” a po zakończeniu koncertu Martin jeszcze uścisnął dłoń każdemu maniakowi z pierwszego rzędu, dziękując wszystkim za wsparcie; zero gwiazdorstwa, napinki – po prostu szczery do bólu Wyznawca Metalu. Chwilę po Protector ruszyłem w stronę dużej sceny, by zająć miejsce przed koncertem Danzig. W między czasie na drugiej scenie grała Sepultura; nie był to porywający występ, zresztą byłem bardziej skupiony na zdobyciu miejsca przy barierce przed koncertem Danzig i tu było dość ostro… W pewnym momencie prawie doszło do rękoczynów, chyba jestem już za stary na takie przepychanki. Na szczęście osoba obok zapytana czy wpuści mnie na kilka pierwszych utworów do barierki bym mógł robić fotki, zgodziła się i miałem już pewne miejsce. Niestety moja radość nie trwała długo, bo oto organizator zapowiedział, że Glenn nie życzy sobie filmowania i fotografowania podczas koncertu. Szlag mnie trafił, bo tracąc czas na przepychanki straciłem koncert Goblin, który chciałem zobaczyć. Chwile później do fosy weszli dziennikarze – myślę sobie: jest dobrze to znaczy, że prasa może robić fotki; niestety chwile po tym menago Danzig wyprosił wszystkich z fosy i tyle było ze zdjęć z tego koncertu. Dosłownie udało mi się zrobić jedno zdjęcie sceny zanim rozpoczął się koncert. Sam gig był wyjątkowy, bo oto Danzig celebrował 30-lecie swojego debiutanckiego albumu; dlatego zagrał praktycznie jego całość, ale o tym za chwilę… Jako pierwszy wyłonił się nie numer z debiutu a kawałek „Skin Carver” – niezbyt szczęśliwy numer na pierwszy strzał, do tego problemy z nagłośnieniem Glenna poirytowały dość mocno lidera, który miotał się po scenie jak wściekła osa. Tak naprawdę koncert rozpoczął się dla mnie od 4 numeru „Twist of Cain”. Raz, że wreszcie zaczęło to brzmieć, poza tym właśnie takich ciosów spodziewałem się na tym występie. Kolejny hit z debiutu „Not of This World” i tu było miło, choć czułem coraz większy napór tłumu za mną. Dodatkowo urocza blondynka z długimi batami co chwile chłostała mnie po twarzy, nie było to niemiłe, ale jednak trochę utrudniało oglądanie gigu. Moje serce dość mocno przyśpieszyło, bo oto wyłonił się kolejny tytaniczny numer „Am I Demon”, Glenn prężył się i wił jak rozjuszony byk, ciskając co chwile kablem od mikrofonu niczym batem smagającym bestie. Z każdym kolejnym numerem atmosfera gęstniała, czułem jak leje się ze mnie pot, czułem ogień napierających na mnie ludzi i ta blondyna wijąca się przy mnie jak wąż – myślałem, że zwariuję, niestety owa niewiasta przyszła z kawalerem, który pilnie strzegł, by ktoś przypadkiem nie chciał jej uwieść na koncercie, tym bardziej, że przy takich numerach jak „Her Black Wings” czy „Tired of Being Alive” mogło się wydarzyć wszystko… ;-) Chwilowy przeskok z debiutu na III album i tytułowy „How the Gods Kill” sprawił, że nie jedno serce zabiło mocniej. To niezwykłe, jak te numery potrafią oddziaływać na ludzi; spora w tym zasługa wyjątkowego wokalu Glenna, któremu udało się połączyć Jima Morrisona z Elvisem Presleyem, tworząc niezwykłą miksturę, co w połączeniu ze świetną Muzyką zwala z nóg. Kolejny numer z III, „Left Hand Black”, tym razem nieco żwawiej zagrany; idealnie pasował do wykonania live. Po nim nastąpił ukłon w stronę roku 1988: „Dirty Black Summer” a zaraz po nim już nie tak nośny „Do You Wear the Mark”. „Bringer of Death” to dla odmiany numer z IV – idealnie wpasował się w całość setlisty. Na koniec Glenn przyszykował coś specjalnego: dwa numery, bez których ten koncert nie mógłby się odbyć: „Mother” i „She Rides” i powiem Wam, że to był naprawdę dobry set. Perkusista ex-Type O Negative Johnny Kelly, gitarzysta ex-Prong Tommy Victor oraz na basie Steve Zing ex-Samhain – tak Glenowi towarzyszyło na tym koncercie doborowe towarzystwo.

            Na koniec oglądnąłem połowę występu Wardruna, która choć w zupełnie odmiennej konwencji niż większość zespołów na tym festiwalu, ściągnęła spora część ludzi. Zresztą było to bardzo fajne przedstawienie. Niestety zmogło mnie dość dotkliwie zmęczenie, dlatego nie dotrwałem już do końca tego koncertu, a tym bardziej nie zobaczyłem Esoteric, który bardzo lubię. Odpuściłem również interesujący mnie koncert Aura Noir, ale niestety już słaniałem się na nogach, a wcześnie rano mieliśmy wyjechać, by w drodze powrotnej zaliczyć jeszcze kaplicę czaszek.

            Reasumując, myślę, że i tak udało mi się w tym roku zobaczyć naprawdę dużo interesujących koncertów i sądzę, że wielu z Was na pewno znalazło na tegorocznej edycji BA sporo fajnej Muzyki dla siebie.

Leszek Wojnicz-Sianozęcki

 

baa222