HELLHAMMER

Thomas Gabriel Fisher to instytucja. Nikt chyba nie odważy się stwierdzić, że bez Niego scena metalowa byłaby taka sama. Od czasów pamiętnego koncertu Celtic Frost w 2007 roku polska publiczność miała już kilkukrotnie okazję oglądać Toma w akcji za sprawą koncertów Triptykon. Tym razem jednak zjawi się w Polsce w okolicznościach wyjątkowych - już w tym miesiącu razem z Triumph Of Death zaprezentuje pełny koncertowy set Hellhammer, zespołu, od którego wszystko się zaczęło. Przy tej okazji właśnie Tom opowiada między innymi o okolicznościach powstania tego projektu i o tym, czego można się jeszcze po nim spodziewać w przyszłości.

Po tych wszystkich latach możemy w końcu powiedzieć, że Hellhammer, jeden z Twoich pierwszych tworów, doczekał się swego rodzaju zwieńczenia – po kilku dekadach nareszcie możemy usłyszeć te utwory na żywo. Jakie to uczucie grać w końcu pełny set koncertowy Hellhammer i spotykać się z tak fantastycznym odbiorem fanów za każdym razem?
 
 
To naprawdę wspaniałe uczucie i mówię to z w pełni szczerze. Ludzie, którzy mnie znają, mogli całą tę sytuację zinterpretować na różne sposoby. Niektórzy sugerowali, że robię to dla pieniędzy i jestem w stanie ich zrozumieć. Ale w rzeczywistości to bardzo osobisty projekt. Napisałem te kawałki 37, może 38 lat temu i nigdy nie zostały one wykonane na żywo. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale te utwory zapoczątkowały wszystko, co stworzyłem później. Były początkiem mojej muzycznej kariery, każdy z nich ma szczególne dla mnie znaczenie, wszystkie też wiążą się z późniejszymi tworami. Utwór „Triumph Of Death” dał później początek „Dawn Of Meggido” i „Synagoga Satanae” Celtic Frost oraz „The Prolonging” Triptykon. Te utwory to dla mnie spory kawałek historii. A jeśli chodzi o aspekty finansowe, faktycznie zarabiamy jakieś pieniądze grając koncerty, ale wszystkie przychody płynące ze sprzedaży nagrań Hellhammer trafiają do rodziny Martina. Tak więc stworzyłem ten projekt ze względów czysto osobistych, a także dlatego, że granie tych kawałków sprawia mi ogromną radość. To surowy, punkowy materiał i rewelacyjnie gra się go na żywo. Oprócz tego wszyscy ludzie zaangażowani w to ze mną to moi przyjaciele, nie jacyś najemnicy za pieniądze, dzielenie z nimi sceny sprawia mi ogromną radość. I na koniec, reakcje publiczności dają mi wiele radości. Z początku nie wiedziałem, jak ludzie zareagują, ale póki co mamy ogromne szczęście, a granie tego materiału dla tak wielu różnych publiczności jest po prostu wspaniałe.
 
Dawniej, na samym początku, Hellhammer nie był zbyt poważany, sam nawet wspominałeś, że z zespołu wręcz kpiono. Obecnie ma status kultu. Jak myślisz, co zmieniło się w głowach ludzi przez te wszystkie lata?
 
Naprawdę trudno mi powiedzieć, bo nie mam na to żadnego pływu. Masz rację, zespół faktycznie bywał wykpiwany, w czasach swojego istnienia nie był w ogóle poważany. Jego legendarna wręcz pozycja, ta, którą znamy teraz, zaczęła się kształtować w latach dziewięćdziesiątych, kiedy ekstremalna scena metalowa naprawdę zaistniała, dzięki rozwojowi Black, Death i Thrash Metalu – jakieś dziesięć lat po rozpadzie zespołu. Być może ekstremalny Metal stał się rzeczą powszednią i ludzie się w końcu do niego przyzwyczaili, ale za czasów Hellhammer ludzie naśmiewali się z naszej muzyki – wtedy rządziły takie zespoły, jak AC/CD lub kapele z wokalami w stylu Ronnie'go Jamesa Dio. My byliśmy wtedy kompletnymi wyrzutkami. Nawet Martin i ja, próbując cały czas stać się coraz lepszymi muzykami, w którymś momencie nabijaliśmy się z muzyki Hellhammer, z różnych powodów. Ale dziś mam dużo lepsze odczucia myśląc o tym zespole tak jak sam Martin, jeszcze przed swoją śmiercią. Obaj pogodziliśmy się z istnieniem Hellhammer, choć nie zawsze było to łatwe. Dla wszystkich członków zaangażowanych w ten zespół wiązał się on z mnóstwem negatywnych odczuć, historii, także w naszych prywatnych życiach, ta droga była więc bardzo długa, ale cieszę się, że dziś jest dobrze.
 
Już dłuższy czas temu dałeś ludziom do zrozumienia, że myślałeś o zaprezentowaniu muzyki Hellhammer w pełnym secie, choć od początku nie było mowy o reaktywacji zespołu. Wspomniałeś wtedy, że musi pojawić się dobry moment i zdaje się, że ta chwila jest właśnie teraz. Na wystąpienie jakich okoliczności czekałeś?
 
 
Zwyczajnie musiałem czuć się z tym dobrze. Proces wprowadzania tego projektu w życie rozpoczął się jeszcze, gdy pracowałem razem z Mią Wallace nad naszym wspólnym projektem Niryth. Podczas jednego z naszych spotkań wspomniałem jej o Triumph Of Death, pomyśle, który chodził za mną już od dawna. Mia zawsze była wielką fanką Hellhammer, bardzo spodobał jej się ten pomysł. Powiedziała, że muszę to zrobić. Zaczęliśmy o tym rozmawiać poważniej i po jakimś czasie temat zrobił się dość konkretny. Wtedy oczywiście spytałem ją, czy chciałaby być częścią tego projektu – tak intensywnie rozmawialiśmy o tym wszystkim, że wydało mi się to zwyczajnie naturalne. Wszystko zaczęło się późnym latem 2018 roku, to właśnie entuzjazm Mii był iskrą do wszystkich dalszych działań w tym kierunku.
 
Kiedy po raz pierwszy wspomniałeś o tym pomyśle, zaznaczyłeś, że miałeś już nawet konkretny skład w głowie. Czy ludzie, z którymi współtworzysz aktualnie Triumph Of Death to dokładnie te same osoby, które miałeś wtedy na myśli? Jak zaczęła się Wasza współpraca i dlaczego zdecydowałeś się właśnie na nich?
 
 
Mia i ja od jakiegoś czasu już pracowaliśmy razem dość intensywnie, naprawdę doceniałem jej radykalizm, fanatyzm wręcz, który w pewnym sensie przypominał mi mnie samego i Steve Warriora, gdy jeszcze zakładaliśmy Hellhammer. Bardzo podobał mi się też skład, w którym wtedy grała, włoski black metalowy zespół The True Endless, który z kolei doprowadził nas do perkusisty Triumph Of Death, Alessandro. On także grał w The True Endless i znaliśmy się dość dobrze już od jakiegoś czasu. Nie pamiętam dokładnie, kiedy i jak się poznaliśmy, ale dość często odwiedzałem wtedy Włochy z uwagi na prace związane z Niryth. Wyszliśmy kiedyś coś zjeść i w pewnym momencie między mną i Alessandro coś zaskoczyło. Później Mia zasugerowała zaproszenie go do wspólnej pracy. The True Endless już wtedy nie istniał, jako że wokalista zespołu zmarł na raka, tym samym Alessandro stał się dostępny jako perkusista i sprawa wydawała się ponownie naturalna. Jedyną osobą, której nie brałem od samego początku pod uwagę, był nasz obecny gitarzysta André. Na samym początku zakładałem udział Michaela Zecha, także mojego dobrego znajomego. Niestety, jest on niesamowicie zajęty, prowadzi studio nagrań, gra w kilku zespołach, m.in. Secrets Of The Moon, Ascention, Odem Arcanum – tego wszystkiego byłoby dla niego zbyt wiele, w pewnym momencie doszliśmy wspólnie do wniosku, że nie udałoby nam się zgrać terminów. Ja i André byliśmy przyjaciółmi już od dawna, wiele lat temu nawet spotykałem się z jego siostrą. Jest świetnym gitarzystą death metalowym, kiedyś nawet zgłosił się na przesłuchanie do Triptykon i przyjąłbym go, gdybym się wcześniej nie nastawił już na Vincenta. André i ja od kilku już lat chcieliśmy coś wspólnie zrobić, gdy okazało się, że Michael nie da rady, od razu go zaprosiłem. Naprawdę się cieszę, że sprawy wyszły tak, jak wyszły, bo gdy gramy wszyscy razem, jest dokładnie tak, jak powinno być.
 
 
Choć Triptykon wykonywał na żywo wybrane kawałki Hellhammer, kiedyś wspomniałeś, że nie chciałbyś, żeby ten zespół był postrzegany jako cover band i dlatego właśnie stworzyłeś Triumph Of Death. Triptykon gra też kawałki Celtic Frost, był nawet koncert, podczas którego cały set został poświęcony CF (jak Metal & Beer Fest w 2018 roku w Los Angeles). Z oczywistych względów nigdy nie dojdzie do reaktywacji Celtic Frost, ale czy zakładasz możliwość stworzenia podobnego do Triumph Of Death projektu skupiającego się właśnie na CF?
 
Triptykon oczywiście nie powinien być postrzegany jako cover band, ale faktem jest, że opuszczając Celtic Frost, zrobiłem to ze względów personalnych, nie muzycznych. Stworzyłem Triptykon właśnie w celu kontynuowania muzycznej drogi Celtic Frost, tak, jakbym nigdy nie opuścił CF. Chciałem usprawnić czynnik ludzki, nie muzykę. Tym samym Triptykon jest niejako reinkarnacją Celtic Frost i z tego względu właśnie gramy jego materiał na każdym koncercie, dzieląc set praktycznie po połowie pomiędzy utwory CF i Triptykon. Muzycznie jest to dla mnie praktycznie ten sam zespół. Gdybym nie opuścił CF, ten zespół poszedłby w dokładnie tym kierunku, co Triptykon. Tak więc dla mnie Triptykon grając kawałki CF, nie staje się jego cover bandem, a raczej jego kontynuacją. W przypadku Hellhammer sprawa ma się jednak zupełnie inaczej. Staramy się podchodzić do jego dziedzictwa z szacunkiem. Triptykon grał niektóre kawałki Hellhammer, ale nie taki jego wizerunek chcę budować. Jeśli chodzi o sam wybór kawałków Celtic Frost do grania, jest tego materiału tak dużo, że trudno nam dokonać wyboru. Mamy sporo materiału Triptykon, tonę materiału CF i około 60, 70 minut do dyspozycji grając na festiwalach – dla mnie to względnie krótko. Dlatego też razem z Triumph Of Death rozmawialiśmy o opcji zagrania „Morbid Tales” w całości, czymś, co nigdy wcześniej nie zostało zrobione. Bardzo nam się ten pomysł podoba, ale nie graliśmy jeszcze żadnych prób. Zrobimy to wszystko tylko pod warunkiem, że będziemy w stanie oddać pełną sprawiedliwość temu albumowi. To musi zabrzmieć właściwie, musimy się też z tym właściwie czuć. Ale rozmawiamy o tym, być może dodalibyśmy do tego utwory z „Emperor’s Return”, po tym, jak już wszyscy zainteresowani będą mieli okazję usłyszeć pełny set Hellhammer. Nam się naprawdę świetnie gra ze sobą, tu nie ma żadnej presji. Triptykon to moja kariera muzyczna, tam zawsze mam wobec siebie ogromne oczekiwania natury artystycznej, podczas gdy w Triumph Of Death zwyczajnie wychodzimy na scenę i świetnie się bawimy.  To celebrowanie starej muzyki, nostalgii, w tym duchu naprawdę świetnie byłoby wykonać „Morbid Tales” i faktycznie może nam się to kiedyś uda.
 
 
„Death Fiend”, „Triumph of Death” i „Satanic Rites” zostaną wkrótce wydane na kasecie. Dlaczego ten format? Taśma zdaje się przeżywać swego rodzaju renesans, ale czy myślisz, że ten format zostanie z nami na dłużej czy że to raczej przejściowa moda?
 
To trudne pytanie, sam mam pewne wątpliwości. Myślę, że winyl ma szansę zostać z nami jeszcze na długi czas, taśma – nie wiem. To kultowy nośnik, ja sam w młodości miałem ich pełno. Z samym wznowieniem tych materiałów na kasetach nie mam jednak nic wspólnego. Pewnie wiesz, że mam własny label, Prowling Death Records. Posiadamy prawa do dawnych nagrań Hellhammer i lata temu udzieliliśmy licencji Century Media. Wydany został gatefold album, box z CD i winylami. Teraz Century Media zdecydowało się wydać to na taśmach – mogą to zrobić, ja nie jestem w to wydanie w żaden sposób zaangażowany. Zrobili to we współpracy z Darkness Shall Rise. Spytali, czy nie mam nic przeciwko, a ja się zgodziłem. Sam osobiście pewnie nie zdecydowałbym się na takie wydanie, bo oryginalne taśmy demo to coś, czego nie da się ponownie stworzyć. Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że jest całe nowe pokolenie fanów chcących mieć takie rzeczy na półce, bo jest to element kultu. Jednakże ponownie, sam nie mam z tym nic wspólnego, wszelkie wpływy z praw autorskich zasilają konto rodziny Martina. Jeśli wytwórnie wydają te materiały z należnym im szacunkiem, nie mam nic przeciwko. Widzisz, sam jestem fanem Metalu, jeśli ktoś wydałby demówki Bathory lub Megadeth w takiej formie, sam pewnie bym je kupił, bo to zwyczajnie fajna rzecz. Po prawie czterdziestu latach takie materiały stanowią już historię Metalu, naprawdę coś znaczą. 
 
 
 
 Rozmawiał  Radosław Grygiel
 

baa222