SCHISMATIC

 
Schismatic, obok Violent Dirge, był jednym z najbardziej wyjątkowych tworów polskiej sceny death metalowej – tak szeroko rozciągali jej granice, że w końcu, w poszukiwaniu artystycznej wolności, opóścili je. Wieloryb, Ojciec Założyciel zespołu, opowiada o powstaniu ich dwóch albumów:  “Circle Of Evolution” i “Egregor”, oraz o tym, co jeszcze przed nimi. 
 
 
 

1. Cześć Wieloryb! Po tylu latach muzyka Schismatic nareszcie wraca do nas dzięki wznowieniach dwóch Waszych albumów: „Circle Of Evolution” i „Egregor”. Jakie to uczucie po tak długiej przerwie sięgnąć do tych nagrań? Muzyka zawarta na tych albumach w swoim czasie stanowiła poważną konkurencję dla największych w gatunku. Jak odbierasz te płyty po tylu latach, gdy w świecie muzyki metalowej wydarzyło się tak wiele?

Cześć. Trudno porównywać te albumy ze współczesnymi produkcjami - upłynęło jakieś 28, 29 lat, to był zupełnie inny rynek. Natomiast jeśli chodzi o same odczucia związane z powrotem do źródła - są one bardzo pozytywne, wróciło wiele wspomnień, od lat jestem w stałym kontakcie z większością składu. Poza tym z basistą wciąż wirtualnie gramy różne rzeczy, trochę metalowe, trochę nie. W tej chwili czuję, że w pewnym sensie dodajemy kropkę nad "i". W tamtych czasach te materiały zostały wydane na kasetach, ale nigdy na CD, więc wypuszczenie tych wznowień jest swego rodzaju domknięciem, jednocześnie też otwarciem czegoś nowego. Choć nie da się tych materiałów porównać z albumami powstałymi w czasach obecnych, to dziś oprócz oczywistego sentymentu mam nadal wrażenie, że jednak dawaliśmy czadu i po tych prawie 30 latach wciąż stwierdzam, że naprawdę poważnie podchodziliśmy do tematu - to się nie zmienia. "Circle Of Evolution" i „Egregor” to dwa zupełnie różne materiały, na pierwszym albumie jest raczej prosto i do przodu, dużo pozytywnego łomotu i zawsze będziemy mieć fanów, którzy będą mówić, że to właśnie było "to". Z kolei "Egregor" to zupełnie inna historia, bardzo duży eksperyment - pamiętam ludzi, którzy mówili, że bardzo fajnie, nowocześnie, ale i tych, którzy mówili, że nagraliśmy dwie zupełnie różne płyty, na jednej jest Szatan, na drugiej jest jazz albo jakieś funky - wielu nie do końca wiedziało, co z tym zrobić. Z perspektywy czasu okazuje się, że dziś inspirowanie się różnymi innymi gatunkami jest zupełnie naturalne, wtedy to jednak nie było takie oczywiste. Nie chcę tutaj zabrzmieć jakoś pompatycznie, nazywać nas prekursorami, powiedzmy tylko, że robiliśmy rzeczy dla wielu trudne do zaakceptowania. Inna sprawa, że to była specyfika tamtych czasów - jeśli słuchałeś Lady Pank, to słuchałeś Lady Pank, jeśli byłeś metalowcem, to byłeś metalowcem i tyle. Wtedy były sztywne ramy gatunkowe, dziś inspiracja może przychodzić z zewsząd, nie trzeba się trzymać jednego kierunku. Ludzie są bardziej otwarci, nie trzeba się tłumaczyć z rozpiętości stylistycznej. Podsumowując: w związku ze wznowieniami czujemy się naprawdę dobrze, jest okazja, żeby pewne tematy dopiąć, może zrobić coś jeszcze... Same te wydawnictwa w swoim dawnym czasie nie były oczywiście pozbawione rozmaitych błędów, można teraz do nich wrócić, nad niektórymi rzeczami popracować. Podoba nam się formuła tych reedycji - nie będą to odwzorowania 1:1, a wydania trochę poszerzone, będzie się można szerzej wypowiedzieć. Oczywiście nie poprawimy rzeczy, typu okładka pierwszego albumu - pamiętam, jak w 92 lub 93 roku dostaliśmy w Thrash'Em All nagrodę za najgorszą okładkę roku, po tych trzech dekadach absolutnie się z tym zgadzam: młodzieńcza głupota, brak ogarnięcia - biorę to na klatę. Ale można dodać kilka zdjęć i innych materialow z dekady.

 

2. Sięgając do korzeni Waszej przygody ze Schismatic: początek zespołu datuje się na 1990, choć przez dwa lata szukaliście z Pawłem Rzymkiem muzyków,by uzyskać pełny, funkcjonujący skład. Na czym polegał problem? Ogólny brak ludzi do grania w Waszym rejonie, czy może nie miał kto sprostać Waszym oczekiwaniom?

Zaczęło się od tego, że w Bochni, a dokładnie na Wygodzie, dzielnicy Bochni, odbywało się sporo imprez w których z Pawłem Rzymkiem,Dariuszem Biłosem (aka Kudłatym) i Piotrkiem Lekkim braliśmy czynny udział. Te imprezy przenosiły się w pewnym momencie do pokoju obok, gdzie łupiliśmy z Pawłem na gitarach. I tak łupiliśmy przez dwa lata, opracowaliśmy materiał, który później znalazł się na "Circle Of Evolution". Trochę nam się z tym zeszło, ja w międzyczasie działałem w zespole Tarland, miałem też propozycje współpracy z Condemnation, ale odmówiłem,żeby się nie rozdrabniać. Ciupaliśmy ten materiał bardzo długo, potem pojawił się Sławek Puka, znany w kolejnych latach z bluesowego zespołu Blood Money, dzisiaj udziela się w krakowskim składzie Latające Talerze. Podczas któregoś koncertu z Tarland graliśmy razem z zespołem Mordor, w którym udzielał się Gerard Niemczyk, słynący z grania w niezliczonej liczbie zespołów. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem jego gry, od słowa do słowa zaproponowaliśmy mu wspólne granie i udało się. To był genialny pałker, wciąż jest, do tego był od nas starszy, odpowiednio wysoko sam podniósł poprzeczkę. I tak się w końcu zaczęło na dobre. Trzeba tu jeszcze wspomnieć jedną osobę: Piotrka Lekkiego. Ten człowiek do dziś jest bardzo aktywny w biznesie muzycznym w Bochni. To gitarzysta, ale w tamtych czasach z braku innych dostępnych muzyków zagrał u nas na basie. Nagraliśmy z nim kilka rehearsali, zagraliśmy kilka koncertów, m.in. Shark Attack w 92 roku. Później znaleźliśmy prawdziwego basistę - to był Tomek Cehak, z którym grywam do dziś. Pochodził z Brzeska, był wtedy związany z grupą Hackerman. Dariusz Biłos zasilił nasze szeregi jako wokalista. W tym składzie nagraliśmy pierwszą płytę w krakowskim studiu Kateo, zrealizował ją Zbyszek Brzeziński. Co ciekawe, jedyną metalową pozycją, jaką kiedykolwiek wcześniej realizował, było TSA, i to 10 lat przed nami. Ale trzeba mu przyzna, że jak na człowieka z poza metalowego światka wykonał kawał dobrej roboty. Jeśli chodzi o produkcję dźwięku na "Circle Of Evolution", to bardzo dobrze mi się dziś tego słucha.

3. Gdy zaczynaliście z Pawłem, byliście bardzo młodzi, jeszcze w szkole średniej. Jednak już Wasz materiał promo pokazywał, że byliście bardzo utalentowanymi muzykami. Jak udało Wam się osiągnąć taki poziom w czasach pozbawionych tak wielu udogodnień dla muzyków, narzędzi, które dziś wszyscy biorą za oczywiste?

Sprawa była tak naprawdę prosta: zamykałeś się w pokoju i ćwiczyłeś przez 6 godzin dziennie. Faktycznie, czasy były zupełnie inne. Pamiętam, jak w pewnym momencie stałem się posiadaczem tabulatur do „Master Of Puppets” Metalliki. Uczniło mnie to najbardziej popularnym człowiekiem w całym Tarnowie. Raz Paweł Rzymek i Piotrek Lekki, których spotkaliśmy podczas któregoś wspólnego wyjazdu na Metalmanię, przyjechali do mnie bez żadnej zapowiedzi, skopiowali to i... i tak to wszystko wtedy działało. Byłeś zajarany, miałeś pasję, siadałeś i ćwiczyłeś. Fakt, że to była muzyka niszowa, ale jak popatrzyłeś na te starą brać, to widziałeś wyjadaczy, którzy poważnie podchodzili do tematu. Dziś jest więcej marketingu, siedzenia na Facebooku. Wtedy było zwykle terminowanie - robota sama się nie zrobiła, trzeba było powtarzać i powtarzać. Tak więc dzięki za komplement, że jakoś to wtedy wychodziło, myśmy co prawda wtedy tak na to nie patrzyli, zwyczajnie siadaliśmy i pociliśmy palce. Ale faktycznie, jak zdarzyło mi się ostatnio posłuchać jakiegoś rehearsala z 92 roku z Pałacu Młodzieży w Tarnowie, to mimo słabej jakości dźwięku słyszałem, że grając ten materiał jeszcze szybciej, niż na płycie, faktycznie nieźle zapierdalaliśmy (śmiech). Wkładaliśmy w to serce i podchodziliśmy do tego wszystkiego poważnie. Pamiętam, że jak szykowaliśmy się na Shark Attack, to cały zespół przyjechał wtedy do mnie na tydzień do domu, mama zrobiła gar bigosu i pojechała z ojcem do dziadków. Myśmy w tym czasie tłukli w Pałacu Młodzieży, w którym pracował nasz ówczesny menadżer Artur Janus. Zawsze graliśmy próby regularnie, ale wtedy działaliśmy codziennie po cztery, pięć godzin, żeby się przygotować dobrze na ważny dla nas festiwal. Świetną rzecz powiedział kiedyś Piotrek Wiwczarek z Vadera: dziś ci młodzi ludzie mają te swoje tutoriale i inne wynalazki i grają dosyć sprawnie, ale jeśli chodzi o kreatywność, to już jest zupełnie inna sprawa. Wypierdalają fantastycznie rzeczy na gryfie, super szybko, ale jak padnie prośba o zagranie jakiegoś własnego riffu, to nastaje cisza. Wtedy było ciężko choćby ze sprzętem: pamiętam taka 3-dniową mini trasę z Vaderem właśnie, kiedy raz przyjechaliśmy do klubu, a tam na scenie stała połowa zestawu perkusyjnego firmy Polmuz i dwa wzmacniacze Vermony i trzeba było jakoś dać radę. Ale z drugiej strony wszystkich nas to na swój sposób spajało. Człowiek się nie rozdrabniał nad tymi wszystkimi dzisiejszymi dodatkami i zwyczajnie robił swoje - to była ta fajna część tych analogowych czasów.

4. Wasz materiał promo z 1992 roku, choć raczej krótki, chyba otworzył Wam drzwi na nowe możliwości, m.in. nagrania pełnego albumu. Jak wspominasz tę sesję? Czego brakowało Ci wtedy najbardziej w porównaniu do sesji pełnego albumu rok później?

Promo, zdają się się, nagraliśmy jeszcze w Pałacu Młodzieży na czterech śladach - Gerard Niemczyk posiadał wtedy takie cudowne urządzenie. A w zasadzie nie, z czteroślada kożystalismy pózniej przy Egregorze, a to promo zostało nagrane na żywo. To, co mi się podoba w tej sesji to ta prawdziwa, niekłamana energia. Było słychać, że mieliśmy po kilkanaście lat, ale też, że nam się naprawdę dymiło w czachach i że bardzo chcieliśmy grać. Mi wtedy niczego nie brakowało, łatwiej mi powiedzieć, co nas wtedy inspirowało. Kilka miesięcy temu Tomek Cehak spotkał się z Darkiem Biłosem i Pawłem Rzymkiem - to było spotkanie po dobrych 20 latach, niestety nie mogłem w nim uczestniczyć. Ciekawą rzecz Paweł wtedy powiedział. On skomponował część kawałków na tym materiale, ja kolejnę, niektóre rzeczy napisaliśmy razem. Ale to, co go uderzyło po latach to to, że prawdziwa magia wydarzyła się dopiero, jak spotkaliśmy się przy tym materiale w pięciu. Wartość dodana całego zespołu zrobiła swoje. Fakt, ogrywaliśmy we dwóch ten materiał podczas tych wszystkich wspomnianych wcześniej imprez, ale jako pełny skład stanowiliśmy dla siebie wzajemną inspirację - materiał nabrał zupełnie nowej energii. Każdy z nas osobno miał jakiś warsztat, każdy indywidualnie miał bardzo poważne podejście do tematu, ale jak przy wspólnym spotkaniu każdy dołożył coś od siebie, wartość tego materiału stała się dużo większa - razem stanowiliśmy więcej, niż każdy z nas z osobna.

5. Jak nawiązaliście współpracę z Music Art, wydawca „Circle Of Evolution”?

Wiesz co, był sobie taki facet w Bochni, który wydawał muzykę sakralną i w życiu nie słyszał o czymś takim, jak death metal. Jeździł po Bochni nyską z napisem: "O rety, kasety!" Żeby go złapać, trzeba mu było zwyczajnie powiedzieć, że z tego będą pieniądze, jeszcze większe, niż z jego pieśni spod znaku Alleluja. I tutaj ukłony należą się Arturowi Janusowi, który go przekonał - ja w tematach marketingowych byłem totalną dupą, tę stronę działalności zespołu ogarniał Artur i wychodziło mu to bardzo sprawnie.

 

6. Na sesję nagraniowa z obiecanych wcześniej 80 godzin otrzymaliście ostatecznie jedynie 30, album nagrywaliście w pośpiechu. Czy było to podyktowane kosztami? Postawiliście na jedno z droższych studiów nagraniowych, ponadto raczej nie zajmujących się muzyką metalową. Jak po latach oceniasz tę decyzję?

Na pewno gdybym mógł wybrać ponownie, podjąłbym tę samą decyzję. Odnośnie tych 30 godzin i pośpiechu - sytuacja była taka, że nasz wydawca w owych czasach był zadłużony dosłownie u każdego: czy to jakieś studio nagrań, czy drukarnia... Nikt go przez to nie traktował specjalnie poważnie. Byliśmy kolejnymi gośćmi wysłanymi przez tego typa, który każdemu zalegał. Tak samo było z okładką, która była, jaka była. Z 10 tekstów kawałków pojawiło się we wkładce tylko 5, w podziękowaniach było ponad 130 literówek. Ale co ciekawe odnośnie właśnie studia: przede wszystkim na wstępie potraktowano nas jako zwykłych wyjców, którzy pewnie gdzieś po lasach modlą się do Szatana. Natomiast jak już nagraliśmy pierwszy utwór, goście powiedzieli : "Słuchajcie, wy nie macie za bardzo doświadczenia... Nam się z początku wydawało, że będzie wam chodzić tylko o siarkę i jazgot, ale słyszymy, że w tym jednak jest muzyka. Zróbmy to na poważnie." Udzielili nam kilku cennych rad. Nie do końca kojarzyli konwencję, ale widzieli, że jesteśmy strasznie zajarani i podchodzimy poważnie do tematu. Tak więc w tej sesji nie zmieniłbym niczego, złapaliśmy świetny kontakt z realizatorami. Oczywiście były jakieś nierówności, w którymś kawałku nie jestem nawet pewien, czy do końca stroiliśmy. Ale to był ogień, raz, dwa, trzy i zapierdalamy, praktycznie na żywo. Ta praca na wariata przyniosła dużo lepsze efekty, niż sesja do „Egregor”, która trwała 120 godzin i była zrealizowana z pełnym spokojem.

 
 

7. Większość z Was, jeśli nie wszyscy, udzielaliście się wtedy w innych składach - Ty sam przez dwa lata chyba grałeś w Tarland, w oczekiwaniu na skompletowanie składu Schismatic. Najbardziej chyba kojarzonym Waszym członkiem był Gerard, udzielający się m.in. w Mordor i swoim autorskim Holy Death. Jak myślisz, co go skłoniło, by do Was dołączyć?

To był chyba na swój sposób jakiś wyznacznik naszego pierwszego sukcesu, skoro kilku nastoletnich chłopaków zdołało przyciągnąć gościa starszego, z doświadczeniem muzycznym - człowieka, który stwierdza, że to nasze granie jednak ma sens. Myślę, że był zwyczajnie ciekawy tego materiału. Jest jeszcze prześmieszna historia związana z jego dołączeniem do nas - jeszcze, gdy Gerard grał m.in. w Gladiatorze, przyszedł na którąś próbę i powiedział, że Pszczoła, taki dwumetrowy gość z tego właśnie składu kiedyś do nas przyjdzie i będzie nam tłumaczyć, że ich bębniarz nie ma czasu, by grać z nami. Zwyczajnie baliśmy się, że gość przyjdzie i spuści nam wpierdol (śmiech). Ostatecznie nigdy się nie pojawił, ale przez kilka tygodni stres był.

8. W okresie Waszej aktywności graliście sporo koncertów, min. u boku Vader. Kto był odpowiedzialny za organizacje tych sztuk? Jak duży wpływ na Wasz rozwój miał Artur Janus i jego Spazmatic Promotion? Jak myślisz, co skłoniło go do wzięcia Was pod swoje skrzydła?

Artur miał ogromny wpływ na naszą historię. To on był odpowiedzialny za wszystko. Od kilka lat znał już wtedy Vadera,.Jeśli możemy powiedzieć, że w jakiś sposób w tamtych latach wypłynęliśmy, to była właśnie jego zasługa. To był świetnie zorganizowany facet. Poznaliśmy się może w wieku lat 16, chodziliśmy do różnych techników, ale mieliśmy wspólne warsztaty. Ja na swojej teczce miałem długopisem napisane Slayer, on Morbid Angel i tak się zaczęło. Przyjaciółmi jesteśmy do dziś. Zajął się nami, bo zwyczajnie byliśmy kumplami, to było zupełnie naturalne. Wiesz, jeden gra na gitarze, drugi zna kilku kolesi z branży nagle robią coś razem. Nie mieliśmy wtedy obranych jakichś konkretnych celów, zwyczajnie chcieliśmy grać, Z Arturem nadawaliśmy na tej samej fali. Ta scena to było wtedy kompletne podziemie, w szkole na jakieś tysiąc osób nas metalowców było pewnie góra sześciu. Też nie można powiedzieć, że Artur miał wtedy 25 kapel do wyboru. Ale podstawą było braterstwo, które nas zespoliło. Razem chodziliśmy na piwo, omawialiśmy solówki Azagthotha z pierwszej płyty Morbid Angel. To Artur wprowadził mnie w świat zinów. To on znajdzie się w tej grupie najważniejszych ludzi w moim życiu, których miałbym wymienić na palcach jednej ręki.

9. Kiedyś wspominaliście, że w pewnym momencie pojawił się u Was prawdziwy basista, ale przecież ktoś już u Was ten instrument obsługiwał. Jak to wyglądało?

Robiąc materiał na „Circle Of Evolution” faktycznie mieliśmy problem ze znalezieniem basisty. W końcu wpadliśmy na szalony pomysł, który dziś pewnie nie przeszedłby mi nawet przez głowę: podejść do Piotrka Lekkiego i powiedzieć: „weź odłóż gitarę i zagraj na basie.” Ale, dla porównania, w zespole Turbo był w tamtych czas Andrzej Łysów - także człowiek, który zamienił 6 strun na 4. Pamiętam, jak po którymś koncercie podszedł do Piotrka jakiś basista i powiedział: „tak dziwnie lekko grasz”. Zrozumiał, o co chodzi, gdy dowiedział się, że Piotrek był tak naprawdę gitarzystą. I pojawił się Tomek Cehak, prawdziwy basista. Była to kolejna przyjaźń na lata, po przerwie pracujemy ponownie razem, gramy rzeczy w stylu Schismatic, ale nie tylko. Tomek jest zajebistym basistą. Od kilku lat pracowaliśmy razem zdalnie. Wysyłałem mu kawałki i własne sugestie na temat aranżacji basu. Tomek nigdy tych uwag nie komentował, jedynie podsyłał własną interpretację na basie. Faktycznie, zawsze wychodziło na to, że miał rację. Nieważne, czy podsyłam mu tematy metalowe, czy w stylu funky jazz - on bezbłędnie dogrywa do tego własne aranżacje, które pasują idealnie. I tutaj wraca temat tej wspomnianej wcześniej wartości dodanej: gdy podsyłam ludziom moje wstępne pomysły oparte na samej gitarze, mówią, że jest ok, ale będzie wiadomo, o co chodzi, dopiero, gdy Tomek dogra bas.

10. Na debiutanckim albumie zaprezentowaliście bardzo solidny death metal, oryginalny w swojej formie, choć nigdy nie kryliście inspiracji klasykami gatunku, jak choćby Deicide. Drugi album, „Egregor”, nagrany zaledwie rok później, pokazuje zupełnie inne oblicze zespołu. Skąd tak wyraźne zmiany?

Dziś, gdy patrzę na nasze inspiracje z czasów „Circle Of Evolution”, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że duży wpływ miały na nas wtedy Sepultura, Vader, ale przede wszystkim jednak Pestilence. To byli bogowie, nikt nie grał tak harmonii w death metalu, jak oni. Z „Egregor” sytuacja była nieco inna. Gdy pisaliśmy materiał na tę płytę, ja uczestniczyłem w przedsięwzięciu o nazwie Jazzowa Akademia Muzyki w Krakowie. To nie były studia w pełnym znaczeniu tego słowa, bardziej warsztaty. W tym czasie Piotr Lekki przyniósł nam na którąś imprezę w Bochni na Wygodzie Pata Metheny'ego 'American Garage' z 80 roku. Nam opadły szczęki. W tamtym okresie zaczynało do mnie docierać, że ta szuflada z metalem i tylko metalem robiła się dla mnie trochę zbyt ciasna. Mieliśmy w głowie tyle różnych stylistycznie pomysłów, ale nie przeszło nam wtedy przez myśl, by z tego powodu założyć cztery projekty różniące się muzycznie. Zamiast tego myśleliśmy, jak te wszystkie idee spoić w jedno. I tak pojawił się „Egregor”, gdzie graliśmy na przesterach, z typowym metalowym brzmieniem, ale w nietypowym metrum, później nagle wjeżdżał funk. Ta płyta była skutkiem naszego wyjścia z metalowej konwencji i zapuszczenia się w aż tak odległe rejony, jak choćby jazz. W tamtych dniach Pat Metheny, Slayer, Morbid Angel były równie uprawnionymi inspiracjami. Dziś coś takiego nikogo by nie dziwiło, ale wtedy nie wszystkim mieściło się to w głowach. Na próbach graliśmy death metal, zaraz potem ja szedłem na akademię Jazzową, gdzie grałem „Summertime”.


11.„Egregor” wydaliście pod szyldem Croon Records. Jak doszło do zmiany wydawcy i jak trafiliście pod skrzydła wytwórni, która w końcu wydawała w swoim czasie czołowe pozycje ekstremalnej strony polskiej sceny metalowej?

Cały materiał do „Circle...” powstawał w Bochni, próby odbywały się w Tarnowie. Tutaj tez zaczęliśmy prace nad Egregorem. Na jesieni 93 przeniosłem z Tomkiem do Krakowa na studia. Ponieważ Darek i Paweł już tutaj studiowali, a Gerard mieszkał od zawsze, naturalną rzeczą było zakotwiczyć z próbami w Krakowie. I tak wylądowaliśmy na osiedlu II - go Pułku dzieląc sale prób z paroma kapelami, z których pamiętam Death Sea, w której udzielał się Gerard. Pod koniec roku Egregor był już w zasadzie gotowy. Nastąpiły tez zmiany w składzie. W miejsce Pawła i Darka pojawili się gitarzysta Piotr Nałódka oraz już w 1994 wokalista Sebastian Napora z zaprzyjaźnionego Necrobiosis. Piotr nie zagrzał miejsca zbyt długo – zagraliśmy wspólnie kilka koncertów, napisał także jeden numer na Egregora, ale już cała sesja gitarowo w studio była w moich rękach. Obracając się w krakowskim metalowym podziemiu poznaliśmy gości z Cementary of Scream. Ojciec jednego z chłopaków był współwłaścicielem studia Gamma – zgadnij co? znowu muzyka sakralna i inne. Jednocześnie CoS nagrali dla nich swoje pierwsze demo pod nowym szyldem Croon Records. Egregor miał numer katalogowy 004 ale wydaje mi się ze byliśmy drugą pozycją w karcie nowo powstałej stajni. Rok później goście uderzyli z dużej armaty i wydali The Profundis Vadera, potem jeszcze dobrych kilkadziesiąt pozycji, między innymi naszych znajomych z Przemyśla – Cryptic Tales, a także Christ Agony, Hellias i inne. Krakowski etap przyniósł tez zmianę managera. Rozstaliśmy się z Arturem co z perspektywy czasu uważam za posunięcie, powiedzmy kontrowersyjne, ale taka była wtedy nasza decyzja. Zaczęliśmy współpracować z Basią Mikułą ze Skały – dziś Mystic Production - aż do czasu pracy nad trzecim materiałem w 1995 roku z udziałem kolejnego gitarzysty Roberta Rudnickiego z Brzeskiego Hackerman. Jak już wcześniej wspomnieliśmy Egregor był zupełnie innym materiałem od pierwszego. Chcieliśmy wyjść poza nawias klasycznego death metalu. Muzycznie gotowało nam się w głowach, poza Schismatic grałem w Akademii Jazzowej Grzegorza Motyki, byliśmy tak samo zajawieni na Slayer, Pestilence i Death jak i Pata Metheny, Weather Report, Mike Sterna i Johna Scofielda. Z tąd też Summertime i Slippery Cheek na drugim albumie (z gościnnymi występami braci Koniarzy i Tomka Hernika). Plus oczywiście wszystkie te dość szalone jak na tamte czasy pomysły muzyczne: grube riffy w metrum 7/8 i funkowe gitary w jednym numerze haha. Wracając do Croon Records. Tym razem mieliśmy 120 godzin czasu w studiu i jak wcześniej wspomniałeś udało się to nagranie koncertowo spierdolić. O ile z przyjemnością słucham do dziś Circle, brzmienie gitar na Egregor będzie mnie straszyć po nocach do końca moich dni: za dużo zaufania do realizatora dźwięku, brak naszego doświadczenia i przede wszystkim brak Artura podczas nagrań. Reszta jest historią
 

12. Początek lat 90 to był bardzo dobry okres dla polskiej muzyki metalowej. Sam często wspominałeś takie nazwy, jak Armageddon, czy Violent Dirge, ten drugi będący chyba stylistycznie bliżej Was, jeśli chodzi o łączenie klasycznego death metalu z innymi nurtami. Oprócz Vadera nikomu z tamtych lat nie udało się przebić poza Polskę, mimo rosnących nadziei i zespołów, i odbiorców tej muzyki. Z perspektywy lat, jak myślisz, co było tego przyczyną?

Nigdy się nad tym za bardzo nie zastanawiałem ale sprawa jest zupelnie prosta: przetrwali najbardziej zdeterminowani, uparci, konsekwentni i odporni na przeciwnosci losu tacy jak Piotr i Vader, Nergal i Behemoth czy Vogg i Decapitaded . Jeśli chodzi o nas... Na początku działaliśmy bardzo ostro, później wjechało życie - prosta historia. Faktycznie zaczynało się obiecująco, dobry debiut, nieco inny drugi album, ale też do przodu. Myślę, że jak w przypadku wielu zespołów wszystko czas - ktoś zajął się rodziną, ktoś biznesem. ..

13. W pewnym momencie znikacie z mapy polskiej sceny metalowej. Kiedy dokładnie to nastąpiło i z jakiego powodu?

Trudno w sumie powiedzieć dokładnie, kiedy to się wydarzyło. To mogło być gdzieś w okolicy 95 roku. Któryś znajomy tak naprawdę uświadomił mi niedawno, jak prawdopodobnie do tego doszło. W pewnym momencie się ożeniłem, małżeństwo przetrwało 20 lat - na tym się skupiłem. Wtedy zupełnie inaczej na to patrzyliśmy, zwyczajnie pojawiły się inne priorytety. Ja dość żywiołowo podchodziłem do tematu mojego małżeństwa. Ta dramatyczność stała się dość widoczna na zewnątrz, zobaczył to wyraźnie Tomek. Oprócz tego nie pojawiłem się na kilku próbach, po którymś z kolei dramacie Tomek zwyczajnie powiedział: „to ja spierdalam” (śmiech).

14. Co się z Wami działo przez te wszystkie lata, jako muzykami? Nie korciło Cię, żeby reaktywować zespół? Na fali tych wszystkich powrotów składów z dawnych lat ta myśl musiała Ci chyba przelecieć przez głowę.

Mój rozbrat z gitarą trwał 7 lat. Przeleżała ten okres u ojca w piwnicy - to już był wtedy mój drugi Warlock od Więcka. Był na tyle zajebisty, że mój ojciec chciał zrobić z niego żyrandol na lampę - wtedy postanowiłem jednak zabrać gitarę do UK. Jak już się tam znalazła, zacząłem odgrzewać te starą znajomość. Oczywiście jesteśmy już w czasach współczesnych, mamy 21 wiek, pojawia się jakiś software na komputerze w domu. Tak zaczyna się moja kolejna przygoda z muzyką, tym razem obierająca dwa tory. Jeden z nich to sentyment do dawnych czasów, granie starych rzeczy lub w starym stylu, drugi to te wszystkie nowe pomysły, niezwiązane z metalem, które pojawiają się u mnie w głowie już od jakiegoś czasu. Kupiłem kolejną gitarę, później jeszcze jedną, odnowiłem kontakt z Tomkiem. Zacząłem nagrywać nowe rzeczy, ale i wracać do materiału, który powstał jeszcze po „Egregor”, ale nigdy nie ujrzał światła dziennego. Były to 4 numery, nagrane w jeszcze innym stylu, niż nasza druga płyta. Jako, że temat ciągnie się dalej, obecnie mogę powiedzieć, że mamy około 15 kawałków na kolejny album, który zamierzamy wydać w przyszłym roku. Tym samym Schismatic wraca do życia, ale jako projekt w pewnym sensie wirtualny - nie nastawiamy się na koncerty, tym bardziej trasy. Zaczynamy skromnie - nagrywamy i wydajemy płytę, później się zobaczy. Ale, co ważne, jeszcze przed pełnym albumem, pod koniec tego roku, wypuścimy mini album. Znajda się na nim kawałki zarejestrowane jeszcze jako demo po albumie „Egregor” w nowych aranzach, kilka ponownie nagranych kompozycji z naszych dwóch pierwszych albumów - jak się okazuje po latach, nikt nie gra naszych coverów, musimy się za to wziąć sami (śmiech). Do tego numer z sesji Circle, który nie płycie się nie pojawił plus prawdopodobnie jeden kompletnie nowy numer. Będzie to swego rodzaju most pomiędzy tym, co było, a tym, co nadchodzi. W nowej odsłonie Schismatic mamyrdzeń dawnego składu czyli Tomek Cehak na basie, Gerard Niemczyk za perkusją i ja. Na drugiej gitarze pojawi się Sebastian Cichocki. I tu pojawia się otwarty temat: szukamy wokalisty! Więc tutaj mała odezwa: jeśli czytasz to i chciałbyś spróbować swoich sił z nami - nie zwlekaj, odezwij się do nas! Odnośnie samej muzyki zawartej na płycie: nie obejdzie się bez zmian stylistycznych, to zawsze było naturalne dla tego zespołu, ale bezpiecznie możemy powiedzieć, że wracamy jako pełnoprawny Schismatic. Mogę chyba też dodać, że fani naszych poprzednich dwóch albumów zdecydowanie znajdą na nowej płycie coś dla siebie - pojawią się nawiązania do obu krążków. Jak wspominałem, nie wracamy, żeby zawojować świat grając międzynarodowe trasy - przede wszystkim chcemy sprawić sobie ogromną przyjemność wracając do grania w bardzo przyjacielskiej atmosferze.

15. W swoim czasie byliście jednym z solidniejszych przedstawicieli death metalu (i nie tylko). Od czasu Waszego drugiego albumu opłynęło bardzo dużo czasu, wiele też zmieniło się nie tyle w samej muzyce, co w sposobie jej rejestracji i tworzenia. Jak oceniasz kierunek, w którym ekstremalny metal poszedł przez te wszystkie lata?

Wiesz co, jest na Facebooku taki portal, Metal Injection, który mi serwuje nowe pomysły na metal z całego świata. W 80% nie wiem, o co chodzi, albo mysle sobie, ze 25 lat temu bylbym zachwycony, a teraz nie jestem. Po tym wszystkim i tak włączam „Reign In Blood” Slayer'a. Mille Petrozza z Kreator powiedział kiedyś, że różnej muzyki słuchasz, jak masz 15 lat, innej, jak masz 30, później ostatecznie i tak wrócisz do tego, czego słuchałeś mając lat 15. I częściowo przynajmniej się z nim zgadzam. Ja nie czuję się na siłach, by obiektywnie oceniać to, co wydarzyło się w międzyczasie na scenie death metalowej. Poruszyły mnie Gojira, The Contortionist - myślę sobie: kurwa, 30 lat temu próbowaliśmy to robić i nikt tego nie chciał, teraz to nagle ma sens - ale i tak wracam najchętniej do swoich ulubionych starych rzeczy. My jesteśmy ludźmi w określonym wieku, którzy dla własnej przyjemności chcą stworzyć coś w stylu lat 90, bo takiej muzyki chcieliby posłuchać. Myślę, że mamy pomysł, jak to zrobić, myślę też, że znajdą się ludzie, którzy będą chcieli czegoś takiego posłuchać razem z nami. 

Dzięki

Rozmawiał: Radosław Grygiel
 

baa222