BATHORY ZRODZONY W WIECZNYM OGNIU – Akt 2. THE RETURN OF THE DARKNESS AND EVIL.

Przygotowując ten materiał, zdawałem sobie sprawę z faktu, że nie będę wstanie przygotować tekstu o BATHORY w jednej odsłonie. Byłoby to ze szkodą dla Czytelników, tym bardziej że każdy z sześciu pierwszych albumów BATHORY zasługuje na obszerniejsze omówienie. Dlatego podzieliłem to na sześć rozdziałów i zapraszam do drugiej odsłony dotyczącej THE RETURN OF THE DARKNESS AND EVIL.

 

          To dla mnie szczególne dzieło, niezwykle bliskie mojej duszy i choć debiut porwał mnie bez reszty i kocham go również mocno, to jednak drugi album BATHORY uważam za najdoskonalsze dzieło Quorthona. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie ta muzyka, kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem… Towarzyszyło temu niezwykłe uczucie, jakby na wskroś przeszywało mnie jądro przedwiecznej ciemności, która wypełniała każdą komórkę mojego ciała – to rodzaj opętania, było to Piekielnie dobre… Te umęczone wokale Quorthona niczym pierwotne Zło zrodzone w rykach wiecznego cierpienia. Atmosfera tego materiału jest jedyna w swoim rodzaju. The Return uważam za najmroczniejszy dzieło, jakie kiedykolwiek powstało, nie wiem, czy jeszcze komuś uda się stworzyć równie mroczną i złowieszczą atmosferę na płycie. Nie mam pojęcia, jak dokonał tego nasz bohater, ale na „The Return of the Darkness And Evil” udało się Quorthonowi obudzić pradawne, przedwieczne ZŁO… To już nie jest zwykła muzyka, nie wierzę, że nie został on naznaczony Diabelską Ręką, to dzieło pod każdym względem poraża Piekielną Siłą. Tym albumem BATHORY udało się wynieść mroczną Sztukę na znacznie wyższy poziom, do którego nikomu jak dotąd nie udało się nawet zbliżyć. Ta muzyka poraża tak niezwykłą aurą, że trudno nie ulec jej czarowi. Ktoś powie „Hej, a co z VENOM, MERCYFUL FATE, HELLHAMMER?”. Owszem, te kapele wniosły sporo do kanonu Czarciej Muzyki, ale tak naprawdę to BATHORY przekroczył strefę mroku nieeksplorowaną dotąd przez żadnego śmiałka. Ta muzyka pulsuje czymś pierwotnym, mrocznym, przeklętym. Może dlatego jest w tych dźwiękach tyle pociągającej tajemniczości, czegoś zniewalającego. The Return to moim zdaniem istne Opus Diaboli, bez wątpienia pod każdym względem to wyjątkowe dzieło, aż trudno uwierzyć, że wyszło spod ręki śmiertelnika. Ten album po tylu latach jest cały czas niezwykle świeży, nie stracił na mocy oddziaływania. Nadal jest pod wieloma względami bardzo atrakcyjny i porywający. Trudno oderwać się od tych dźwięków, kocham ten album, gdybym umarł, chciałbym, aby z tym albumem spalono moje szczątki na stosie pogrzebowym...

          Jest niewiele albumów, które mają tak wyrazisty przekaz, emanują prawdziwą Siłą.   Czuje się w tej muzyce ogrom emocji. Nie sądzę, że Quorthon tworząc to dzieło, nie wierzył w przekaz – to, że w latach późniejszych starał się od tego za wszelką cenę zdystansować, nie znaczy, że wtedy nie był oddanym wyznawcą Czarnej Sztuki. Czuje się w tych Infernalnych diatrybach szczere oddanie i fascynację ciemną stroną Mocy. Jest to dla mnie bardzo wyrazisty przekaz, dwa pierwsze albumy BATHORY rozpaliły we mnie chęć eksploracji tajemnej wiedzy, to dzięki tym tekstom i tej muzyce moje zainteresowania okultyzmem przybrały fizyczną formę. Dlatego tym bardziej czuję się w obowiązku, by o tym wyjątkowym dziele skreślić kilka słów i podzielić się z Wami moimi odczuciami. Ponadto dodaliśmy sporo archiwalnych fragmentów wywiadów z BATHORY, dzięki czemu będziecie mogli poczuć atmosferę związaną z nagrywaniem tego wiekopomnego Dzieła.

            Strona pierwsza winyla, tak jak w przypadku debiutu, zwie się DARKNESS Side. Jako pierwszy utwór wyłania się instrumentalny REVELATION OF DOOM. W przyszłości Quorthon z wielkim zamiłowaniem rozwinie tego typu klimat na późniejszych produkcjach, tworząc w mistrzowski sposób mgiełkę tajemniczości, która spowija tę muzykę, tworząc niezapomniany klimat. Instrumentalny REVELATION OF DOOM, to iście Infernalna Muzyka – pełna sprzężeń i dziwnych odgłosów w skuteczny sposób wprowadza w słuchacza w niepokojący nastrój, potęgowany wyłaniającymi się z otchłani Hadesu jękami wiecznie umęczonych dusz, niemal czuje się tu prawie namacalnie cierpienie i ból. To wszystko w zgęstniałych oparach spowijającego nas Mroku. To jak realne obrazy z najmroczniejszego sennego koszmaru.

            TOTAL DESTRUCTION od pierwszych taktów atakuje nas z taką wściekłością, że trudno utrzymać się na nogach. Brutalność zmieszana z czymś pierwotnie złym; emanuje to z taką intensywnością czymś mrocznym, że trudno to wytrzymać. Wgryza się z łatwością w mózg, pochłaniając każdy najdrobniejszy przebłysk światła duszy. Umęczone wokale Quorthona rozdzierają duszę na strzępy, oznajmiając przy tym rychłe nadejście totalnego Armageddonu – wrażenie potęguje spora ilość pogłosu, przez co efekt jest jeszcze bardziej porażający, jakby nie z tego świata, czuje się tu pulsującą Otchłań.

            Słuchając BORN FOR BURNING trudno uwierzyć, że było to sztucznie wykreowane i choć kilka lat później Quorthon odżegnywał się od praktykowania Satanizmu, trudno uwierzyć, że w okresie tworzenia dwóch pierwszych albumów nie był w to mocno zaangażowany. Nie da się stworzyć muzyki mającej znamiona czegoś tak opętańczo mrocznego, jednocześnie nie traktując tego na serio. VENOM od samego początku nie krył, że ich Diabelskie Image to tylko forma teatralności scenicznej, ale w przypadku BATHORY mrok jest zbyt realny, by było to niepoważne. Słuchając tych dźwięków, dosłownie czuję na twarzy żar Piekieł.

            THE WIND OF MAYHEM, to kolejny atak na wszystko, co święte; totalna dewastacja – cholernie dobry numer, emanujący tytaniczną potęgą, czymś nie z tego świata na pewno. Słuchając umęczonych wokali Quorthona, mam wrażenie, jakby został opętany przez jakąś przedwieczną siłę – wypluwa z taką zawziętością z siebie te wersy:

Praying to the wind to return

Chant the heat of infernal lightning

Gaze at the sky and its poisoned clouds

Listen for the sound of thunder.

 

Jest w tym coś nienawistnego, złowrogiego, niemal wyczuwasz macki Zła sięgające po twoją duszę; grobowe brzmienie gitary i przewalające się monotonne bębny natarczywie wbijają się w mózg, niczym rozżarzone do czerwoności gwoździe i te nieludzkie wrzaski Quorthona, to po prostu PIEKŁO.

            Ostatni utwór na DARKNESS SIDE to BESTIAL LUST (BITCH). To kolejna żwawa kompozycja, wręcz stworzona do koncertów. Wszystko pulsuje Infernalną energią, czuje się ten lejący się zewsząd żar.

            EVIL SIDE rozpoczyna bestialska kompozycja POSSESSED, od pierwszych taktów atakuje bezlitosną siłą, porażając słuchacza niewyobrażalnym lękiem i trwogą; to jak najwyrazistszy koszmar – zamknij oczy słuchając tego numeru, a roztoczą się przed Tobą mroczne wizje Piekieł…

            THE RITE OF DARKNESS – ten numer wręcz mrozi krew w żyłach, atakując słuchacza jeszcze bardziej nikczemną brutalnością, chłosta za chłostą; tu Quorthon przeistacza się w nieokiełznaną Bestię, cedzącą przez zęby gardłowo:

Crusted blood on altar black

The rite of dark is done

The semen burn in sacred flames

The witches sings their song.

 

Słuchając tego, od razu wyobraźnia przywołuje obraz rytualnego ołtarza, po którym spływa nieprzerwanie krew ofiar, chore sprośne wizje plugawych rytuałów, wszechogarniającej zgnilizny i zepsucia. Cholernie Diabelski numer!

            Kolejny tytaniczny numer, REAP OF EVIL, uderza w nas bezpardonowo dewastacyjną siłą; wszystko wibruje, siejąc dookoła totalne zniszczenie – to jakby znaleźć się w centrum nawałnicy trąby powietrznej; czujesz, jakby twoje ciało było rozrywane na milion ochłapów surowego mięsa. Totalne bestialstwo sięgające zenitu.

            Wydawałoby się, że już nic bardziej nie będzie w stanie zdewastować mojego umysłu – myliłem się okrutnie, SON OF THE DAMNED, to skondensowany atak na wiecznie umęczoną i torturowaną duszę. Dewastujące, trupio brzmiące brzmienie gitary i ten jedyny w swoim rodzaju krogulczy wokal, wymiotujący te słowa:

I was born in the light of a fullmoon

And baptised in the sacred blood of an angel

Raped the holy deity and slayed a new born child

I ride the wings of darkness and evil.

 

Wyczuwa się w tym numerze jakieś bliżej nieokreślone napięcie do granic wytrzymałości.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że Quorthon tworząc tę muzykę i teksty nie był opętany przez jaką Demoniczną siłę.

            SADIST (TORMENTOR), to kolejne szaleństwo – intensywność mieszająca się z bezpardonową brutalnością. Wyczuwa się tu również sporą dawkę oldschoolowego thrashu, co słychać szczególnie w nieco wolniejszym zapadającym w pamięci fragmencie z tym niszczącym gitarowym riffem.

            THE RETURN OF THE DARKNESS AND EVIL, to fenomenalny kawałek Black/Speed. Czarcia liryka idealnie współgra z wyjątkową muzyką. To w jak unikatowy sposób udało się Quorthonowi zagęścić atmosferę, tworząc jedyny w swoim rodzaju klimat, robi powalające wrażenie. Niemal czuje się swąd palonych ludzkich ciał, wszystko cuchnie smołą i piekielną siarką. Nie ma chwili wytchnienia, to skondensowany atak na wszystko, co święte. Ściera słuchacza na proch, pozostawiając jedynie ludzkie zgliszcza.

            Zawartość albumu THE RETURN OF THE DARKNESS AND EVIL można porównać z najmroczniejszym horrorem. Każdy takt na tej płycie przesiąknięty jest mrokiem. To, w jaki sposób ten materiał potrafi spowić słuchacza mrocznym całunem bezkresnej Otchłani, jest wręcz niepokojące. Wyczuwa się tu trupi chłód, to jak otwarte drzwi do innego bardziej mrocznego świata – to jest totalnie ZŁE, a przy tym niezwykle pociągające. Słuchając tego, czuję zimny pot i ciary na plecach. THE RETURN… wyzwala nieokiełznane emocje, sprawiając, że jest to album jedyny w swoim rodzaju.

 

          Wszystko zaczęło się 10 lutego 1985 roku, to wtedy BATHORY przekroczył progi Elektra Studio w Sztokholmie celem zarejestrowania najbardziej bluźnierczego dzieła w historii muzyki.

          Dzieło pierwotnie miało zwać się „Revelation of Doom”. Quorthon jednak zdecydował się na inny, lepiej pasujący tytuł, czyli „The Return of the Darkness And Evil”, który ostatecznie na okładce został zredukowany do „The Return”. Zapytany o ten zabieg Quorthon odpowiada: „Chcieliśmy, aby słuchacze odczytali tylko »The Return«, jako pewien rodzaj kontynuacji, a potem odwrócili album i sprawdzili listę utworów. A nie znalazłszy spisu, zobaczyć mogli jedynie ten apokaliptyczny poemat z tytułami wplecionymi pomiędzy wersy. I tylko po przesłuchaniu albumu mogli odczytać jego pełną treść »THE RETURN OF THE DARKNESS AND EVIL«. Tak po prawdzie, to myśleliśmy też o rozpoczęciu albumu z głosem, który czytałby poemat podczas hałasu »Revelation of Doom«. Ale nie udało nam się osiągnąć takiego brzmienia deklamacji, które by nas zadowalało – niezależnie od tego, co robiliśmy. A że już mieliśmy zamiar otworzyć album kawałkiem »Total Destruction«, stwierdziliśmy, że poemat jednak nie pasuje, bo brzmiał on jakby wprowadzenie do kawałka »The Return of The Darkness and Evil«. A ten poemat naprawdę musiał być odczytany właśnie przed »The Return of The Darkness and Evil«, no, a potem trzeba by było puścić cały album z poematem na końcu. Dlatego też daliśmy sobie spokój. Jeśli chodzi o tył okładki, to w celu wykonania dobrego ujęcia, zużyliśmy parę litrów krwi, świńskiej czy kurzej – nikt już nie pamięta. Krew wylano po pionowej ścianie w nocy i zrobiono parę zdjęć. W przypadku wkładki, a było to około 5 lat przed pierwszymi CD, wykorzystano drzeworyt, który pierwotnie miał zostać umieszczony na NECRONOMICON / MALEFICARUM EP. Motyw, klasyczny analny pocałunek, wspaniale pasował do satanistycznej atmosfery płyty”.

 

            W składzie następuje mała zmiana personalna: Rickard Bergman odmówił udziału w tej sesji, na jego miejsce wskoczył Andreas Johansson, który w połowie sesji wyleciał z hukiem z BATHORY. Elven służący w marynarce wojennej Szwecji nie był wstanie pomóc Quorthonowi, przez co ten musiał dokończyć za Andresa basowe partie gitar. Zapytany w wywiadzie, co się stało, opowiadał:Pewnego wieczoru złapałem go, jak wciągał speeda. Alko jest ok, nie ma sprawy, tak samo jaranie fajek, sam wtedy popalałem. Ale nie dragi. A może to były tabsy, które potem zażywał, antydepresanty. Wiem, że koleś przewijał się przez wariatkowo w młodym wieku, z rok, może ze dwa. Koleś był zakręcony, ale był dobrym basistą. Łączył ze sobą dwa przyciski efektów – przycisk Rotosound i jakiś rodzaj tubescannera. To w rezultacie stworzyło unikalny dźwięk basu, jakiego nigdy przedtem nie słyszałem. To jakby jakaś diabelska bestia z piekła stała i wyła. Ale ten koleś był naprawdę zakręcony i te jego przeraźliwe oczy wydzielające jakąś dziwną złą energię”.

            A jak wspomina Quorthon studio Elektra? Przytoczę cytat z Blackthrone Zine z roku 1985: „Pamiętam atmosferę i wygląd tego miejsca. Czerwone skórzane kanapy i specjalna profesjonalna okładzina wygłuszająca. Były też ogromne pianino i klawisze Hammonda. Podłoga była z jakiegoś drogiego rodzaju drewna i wyglądała na to, że poprzedniego tygodnia jakiś zespół ostro potraktował ją śrubokrętami. Biorąc pod uwagę nasz wygląd, można powiedzieć, że przyglądano nam się z podejrzliwością przez cały okres trwania sesji”. Dorzućmy do tego kilka słów na ten temat z #30. numeru Backstage z roku 1996: „Ten album został nagrany w dużym, profesjonalnym i drogim studio Elektra. Dysponowanie 24. kanałami i więcej niż pięcioma mikrofonami było dla nas czymś niesamowitym”.

            Bez wątpienia studio Elektra oferowało znacznie więcej w odróżnieniu od prymitywnych ośmiościeżkowych urządzeń dostępnych w studiu Heavenshore, było to sporym krokiem do przodu. Quorthon zdradził w tym wywiadzie, że podczas tej sesji wzorcem, jeżeli chodzi o brzmienie bębnów, był debiut kanadyjskiego EXCITER – „Heavy Metal Maniac”. Stanowczo zażądał od producenta, aby ten materiał brzmiał, jakby był nagrany „w samym piekle”. W ostatecznym rozrachunku całość brzmiała jak żaden inny album dotąd. Agresja i mrok wręcz porażała od pierwszych taktów do ostatniego.

            Zapytany w jednym z numerów Blackthrone o komentarz na temat nowego albumu Quorthon mówi: „To szybki stuff i brzmi lepiej niż ostatni album, tym razem zabrało nam 68 godzin, żeby nagrać ten materiał i dlatego sądzę, że odzew będzie o wiele lepszy niż w przypadku jedynki”.

            I tu rzecz bardzo dziwna, bo w rzeczywistości to znacznie wolniejszy album od debiutu. Być może podczas sesji nagraniowej emocje, które towarzyszyły Quorthonowi, sprawiły, że tak mu się wydawało, jednak efekt końcowy „The Return...” temu przeczy. Choć to ze wszech miar wspaniałe dzieło. Oczywiście słychać spory progres, choć zwartość „The Return” została zarejestrowana zaledwie sześć miesięcy po premierze debiutu. Widać tu ogromny postęp, jakiego dokonał zespół w tak krótkim czasie. W idealny sposób wynosząc nowe kompozycje na znacznie wyższy poziom, jednocześnie nie zatracając mrocznej atmosfery debiutu, ba powiem więcej, „The Return” spowija znacznie bardziej gęsty mrok, to ze wszech miar bardzo ponury album.

 

            Wielu niedowiarków nie przypuszczało, że BATHORY na drugim albumie uwolni się od wpływów VENOM, jednak Quorthon z niezwykłą starannością zadbał o to, aby tym razem nikt nie miał podstaw nazwać BATHORY klonem VENOM. Udowodnił tym samym, że ma wiele jeszcze do zaoferowania i na „The Return...” dopiero się rozkręca.

            Możliwości studia Elektra, przeskok z 8-śladu na 24-śladowy rejestrator oraz całą masę nowego sprzętu, otworzyły wiele nowych możliwości dla BATHORY. Quorthon nie miał zamiaru zmarnować potencjału nowego studia i myślę, że w pełni wykorzystał jego możliwości, tworząc dzieło niezwykle Diaboliczne i mroczne.

            Kiedy sama muzyka była gotowa, pojawił się problem okładki. Pierwotnie Quorthon planował umieścić jako front cover jedną ze średniowiecznych rycin, która miała pierwotnie zdobić 7” EP NECRONOMICON/ MALEFICARUM, której zespół ostatecznie nie wydał. Dlatego zdecydowano się na szukanie czegoś mniej oczywistego, niedopowiedzianego, a zarazem idealnie pasującego do mrocznej stylistyki zawartości muzycznej płyty, która wyniosła Mrok na znacznie wyższy poziom niż miało to miejsce na debiucie, który choć dokonały, nie ustrzegł się wpływów VENOM.

          Wymyślenie odpowiedniej szaty graficznej dla tak mrocznego dzieła nie było łatwe. Co zabawne, rozwiązanie okazało się nadzwyczaj banalne – zanim jednak Quorthon wpadł na ten pomysł, pojawiły się jeszcze inne opcje. Asystent inżyniera dźwięku Gunnara Silinsa przyniósł naręcze zdjęć, które zrobił deszczowi meteorytów spadających po letnim szwedzkim niebie. Spadające komety czy meteoryty kojarzyły się w średniowieczu z zapowiedzią nadchodzącego nieszczęścia, tak więc ten motyw wydawał się całkiem dobrze współgrać ze złowieszczą aurą muzyki zawartej na „The Return”. Ostatecznie jednak Quorthon wykorzystał na okładkę swoje zdjęcie zrobione podczas nocnego łowienia ryb w czasie pełni.

            W jednym z wywiadów dla Power Metal Magazine (1987) przyznał, że: „»The Return« odstaje brutalnością od debiutu. I chociaż produkcja tego albumu jest niesamowita w porównaniu z debiutem, jakoś nie można zastąpić energii, która była tak widoczna na pierwszym albumie. […] Nie za bardzo mam ochotę przyznać się do faktu, że »The Return« to album w gruncie rzeczy nieudany, a to dlatego, że ludzie, którzy brali udział w jego nagrywaniu, wliczając w to moją osobę, byli pod wpływem alkoholu. Próbowaliśmy grać, jak tylko się dało najgłośniej i dlatego też dwójka nie miała ani energii, ani siły z pierwszego albumu, ani tego, które udało się osiągnąć na »Under the sign…«”

            Premiera drugiego albumu BATHORY miała miejsce w maju 1985. Różnił się on od debiutanckiego krążka, muzyczne był dużo cięższy, bardziej ponury, emanujący niezwykle wyraziście totalnym mrokiem, jakby siły ciemności naznaczyły dusze członków BATHORY Piekielnym piętnem. Dodatkowo umęczone, opętańcze wokale Quorthona na tej płycie wywołują u słuchacza dość upiorne wrażenie. Myślę, że dla wielu black metalowych hord właśnie wokale z „The Return” są wzorcowe, wcześniej nikt tak nie artykułował głosu. Do tego ten pogłos, potęgujący wrażenie czegoś nie z tego świata – to jak głos zza grobu – sprawia, że słuchając tego, ma się ciary na plecach.

 

            Całość płyty jest znacznie lepiej wyprodukowana, choć nie do końca pozbawiona charakterystycznej chropowatości znanej nam z debiutu. Muzyka na „The Return”, przesiąknięta jest na wskroś trupim odorem, potęguje grozę, która w połączeniu mrocznymi lirykami emanuje czymś naprawdę złowrogim i upiornie złym. Zdecydowanie ten album zostanie przez wielu uznany za archetypowe dzieło gatunku zwanego Black Metalem, mając ogromny wpływ na tysiące zespołów, które podążyły ścieżką wyznaczoną właśnie przez ten materiał. Nie ulega wątpliwości, że „The Return of Darkness And Evil” zdefiniowało na nowo Black Metalowe szaleństwo zainicjowane w roku 1979 przez VENOM.

            Słuchając albumu „The Return of Darkness And Evil”, nie sposób nie zauważyć, jak wiele pracy zespół włożył, aby uwolnić się od jakichkolwiek wpływów innych kapel. Nie dziwi fakt, że w każdym calu Quorthon zaplanował, jak ma wyglądać ten album. W szczególny sposób poszukiwał inspiracji nie w muzyce, ale w mrocznej literaturze, filmach grozy oraz średniowiecznej sztuce. Zresztą sam to przyznaje: „Musiałem odbyć pewnego rodzaju umysłową podróż po wyobraźni ludzkiej, religii oraz naszym zbiorowym wyobrażeniu na temat ciemności i zła, a te średniowieczne drzeworyty i książki o satanizmie przyczyniły się w dużym stopniu do muzycznej atmosfery drugiego albumu. Szukając inspiracji na drugi album, sporo włóczyłem się po cmentarzach i kościołach. Motyw mówiący o seryjnym zabójcy, który można znaleźć na dwójce, np. w utworach »Possessed«, »Reap of Evil« i »Son of the Damned«, to częściowo rezultat nocy spędzonych na oglądaniu tych tanich hollywoodzkich produkcji przedstawiających masakry pilami mechanicznymi, jak również odkrywaniem zbieżności pomiędzy obecnymi satanistami i masowymi zabójcami. Studiując okropieństwa popełniane przez chrześcijaństwo na przełomie wieków, natknąłem się na motyw Inkwizycji, a w rezultacie powstał kolejny kawałek z myślą o umieszczeniu go na dwójce: »Born for Burning«, zadedykowany holenderskiej kobiecie Marrigje Ariens, która została spalona na stosie w Schoonhoven w 1591”.

            Następnie podkreślił, że na „The Return” nie są poruszane tematy wyłącznie związane z Satanizmem, Inkwizycją i masowymi zabójstwami, a jako przykład podał utwór „Total Destruction”, w którym zawarł tematy związane z okropieństwami atomowej zagłady. Znalazło się też miejsce dla odrobiny sprośnego humoru: „Był bowiem pewien klub rockowy, do którego od czasu do czasu chadzaliśmy. Zdarzało się wychodzić z jakąś świnką do łazienki na małe bara-bara. A kiedy uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę cały ten proces można bardzo, ale to bardzo przyspieszyć, kiedy taka świnka dowiadywała się, że pogrywam sobie w zespole. Eh, tego bara-bara mogłoby być o wiele więcej, gdybym wiedział o tym wcześniej! Dlatego też celem uhonorowania gorących panienek, które zakosztowały kremu QUORTHONa, zadecydowaliśmy o umieszczeniu na dwójce hymnu oddającego cześć świadczonym przez nie usługom. Jako że nasi fani zwali się już hordami BATHORY, dlatego słusznym wydawało się nazwanie tych pań: dziwkami BATHORY.

            Album natychmiast po premierze zaczął bić rekordy sprzedaży nie tylko w Europie, ale i w USA, co w rezultacie przyniosło totalne zatrzęsienie korespondencji, na którą tym razem Quorthon nie był w stanie w całości odpowiedzieć. Podczas jednego z wywiadów dla Dave Constable z Metal Forces Mag. z roku 1985 Quorthon wspomina: „To wszystko zaskoczyło nas zupełnie. Pamiętam jak podczas końcowych prac nad »THE RETURN OF THE DARKNESS AND EVIL«, ktoś z Tyfon przyszedł do studia i powiedział nam, żebyśmy dopięli ostatnie miksy jak najlepiej, bo przedsprzedażowe liczby dobiły już do 10000 sztuk – a to, jak na taką kapelę jak BATHORY w tamtych czasach, było zupełnie niezwykle. Oczywiście za bardzo nie mogliśmy skumać, jak to jest możliwe, że sklepy i dystrybutorzy mogli zamówić album, który jeszcze nie został ukończony, a co więcej, którego nikt jeszcze nie słyszał. Ostatecznie, liczby dobiły do 25 000 – to była pełna BATHORO-mania. I kiedy już album został ostatecznie wydany, prawdę mówiąc w niezłym pośpiechu, bo zapotrzebowanie było niesamowite, zaczęliśmy tonąć w listach przesłanych przez ziny miejscowe i zamiejscowe z zapytaniem o wywiad. Wydawało się, że ludzie znają BATHORY tak jak każdy inny zespół – było miło i podniecająco, bo czuliśmy się bardzo tym faktem połechtani. A potem poczuliśmy, że naprawdę dzieje się coś ważnego. Byliśmy zdania, że mamy własne brzmienie i własny styl – zupełnie odmienny od rzeszy innych, podobnych kapel. Zaczęliśmy uważać, że to wszystko naprawdę wypali i cholera wie, co jeszcze będzie się z nami działo. Dziwne uczucie. Bo jeszcze rok wcześniej miałem problemy, próbując namówić Rickarda do pomocy przy debiucie, i nie mogłem znaleźć bębniarza przed wejściem do Heavenshore. A teraz dwójka była już wydana i sprzedawała się jak szalona; no i do tego góra listów od fanów, co poniedziałek. Wspaniałe recenzje z całego świata, nawet z Japonii i Południowej Ameryki – młodzieńcy ubrani w samoróbki koszulek BATHORY. Co za zmiana na scenie”.

 

            Niezwykła siła „The Return” spowodowała prawdziwe szaleństwo. Dlatego Tyfon Rec. cisnął, aby BATHORY zaczął koncertować. Niestety, na przeszkodzie stanęły ciągłe problemy ze składem. Szczególny problem stanowili perkusiści, których było wtedy w Szwecji jak na lekarstwo. Quorthon, choć sam potrafił grać na perkusji, nie chciał się tym obciążać, dlatego jego kręgi poszukiwań stawały się coraz szersze, wybiegając poza granicami swojego kraju, proponując posadę m.in. Carstenowi z ARTILLERY. Kolejnym typem był Witchhunter z SODOM, niestety i tu w ostatecznym rozrachunku nic z tego nie wyszło, skutecznie niwecząc pomysł występów na żywo. Gdyby nie ten fakt, BATHORY byłby w stanie jeszcze bardziej zdominować ówczesną Scenę, choć i bez grania koncertów miał tysiące wyznawców na całym świecie. Quorthon wspomina w wywiadzie dla Blackthorne z roku 1985: „Hem, sprawa wygląda tak, że w BATHORY brakuje muzyków. Próbowałem zmontować jakiś dobry skład, a to chyba jednak kurwa niemożliwe. Próbowałem nawet pozyskać bębniarza z ARTILLERY (Carsten), jak i paru gości z USA, którzy też chcieli zasilić skład”.

            Fenomen BATHORY nie przestaje zadziwiać i choć zespół nie zaprezentował nigdy szerokiej publiczności swojej muzyki na żywo, w skuteczny sposób owładnął milionem metalowych dusz, które są oddane BATHORY.

Heavy Metal Magazine #3 (Nov. 1994):

Ulubione albumy Quorthona: Alive (‘76) – Kiss; Beatles (wszystko);

Hounds of love – Kate Bush; Ace of Spades – Motorhead.

Ulubieni muzycy: Chris Cornell (Soundgarden); Neil Peart (Rush); Paul McCartney; Ace Frehley (ex Kiss); Leslie West (ex Mountain).

Ulubione drinki: Coca Cola, Black Velvet (whisky), Absolut Vodka, woda.

Ulubione filmy: Alien; Back to the Future; Battle for Britain; Madworld.

Hobby: zbieranie odzieży wojskowej, ale niestety nie mam munduru armii rumuńskiej, jak na razie.

 

            Zespół, działając w różnych składach, nagrał parę dodatkowych kawałków, niewymienionych w ich oficjalnej dyskografii. Materiały te nie zostały opublikowane i uchodzą za kultowe pośród fanów BATHORY, a to za sprawą QUORTHONA, który wspominał o tych kawałkach przy różnych okazjach, począwszy od późnych lat 80. Poniżej znajdują się opisy skarbów, które leżą gdzieś na jakichś taśmach i pokrywają się kurzem. Aż trudno uwierzyć, że tyle skarbów nigdy nie ujrzało światła dziennego, myślę, że dla wielu maniaków BATHORY te materiały byłyby czymś niezwykle cennym. Boss, zapytany o to w jednym z wywiadów, odpowiada: „Nie chciał tego wydawać. I byłoby niewłaściwe, gdybym to ja wydał ten stuff dla pieniędzy. Tu nawet nie chodzi o fakt, że te kawałki były niezadowalające, ale one po prostu nie pasowały do albumów, na które zostały nagrane. Takie ścinki i tyle. W okresie »Blood Fire Death« powstało sporo utworów. Niektóre zostały potem umieszczone na innych wydawnictwach, a jeszcze inne zostały tylko nagrane i tyle. Nawet z sesji »Nordland« pozostało parę tracków, których nie umieściliśmy na żadnym wydawnictwie. OK, tak czy inaczej ktoś to musi zrobić za mnie. Jak ja to wszystko już zostawię, bo QUORTHONA już nie ma z nami. A kiedy i mnie nie będzie, to zrobicie już z tymi kawałkami, co tylko zechcecie”.

 

NECRONOMICON / MALEFICARUM Materiał nagrany w listopadzie podczas session to: „Children of the Beast”, „Crown of Thorns on the Golden Throne”, „Crucifix” oraz „Necronomicon”. Przeważyła jednak opinia, że ten materiał nie jest wystarczająco „lepszy” w porównaniu do muzyki z pierwszego albumu, wydanego zaledwie miesiąc wcześniej, i w konsekwencji epka pozostała niewydana.

Wyżej wymieniona epka miała być pierwotnie wydana jako bożonarodzeniowy singiel w dniu 25 grudnia 1984 i być swojego rodzaju pośrednim materiałem przed wydaniem „The Return of Darkness and Evil”.

OCCULTA/OKKULTA (nieukończona sesja nagraniowa) session 1985/86, to miał być trzeci album BATHORY, ale trafił na półkę, bo QUORTHON nie był pewien, czy chce ponownie nagrywać satanistyczny metal.

            Podczas dwóch weekendów – nagrano 6 kawałków bezpośrednio na dwucalową taśmę. Natychmiast po ukończeniu sesji, nastąpił transfer na dwie ćwierć-calowe 15-minutowe taśmy. Kawałki nagrane podczas tej sesji to: „Black Leather Wings”, „Hellfire”, „Majestica Satanica”, „Circle of Blood”, „Wicca”, „The Call from the Grave” (wczesna wersja „Call from the Grave”) i „Undead”. Niestety, do tej pory zachowały się tylko taśmy z „Black Leather Wings”, „Circle of Blood”, „Majestica Satanica” i „Undead”.

VALHALLA (ok. 1987-88)

Mówi się, że nagrano około 20-30 kawałków podczas prac nad 2. LP, wydawnictwo zatytułowano Valhalla. Parę z nich użyto na innych wydawnictwach. Tytułowy utwór znalazł się na Hammerheart.

REQUIEM (1989)

Po Hammerheart QUORTHON ponownie chciał grać bardziej brutalną muzykę, co zaowocowało 6-7 surowymi death/thrashowymi kawałkami, które miały ukazać się na albumie o roboczym tytule Requiem. Jeden z nich to Crawl To Your Cross, który pojawił się na pierwszej kompilacji Jubileum. Warto nadmienić, że ten materiał nie ma nic wspólnego z albumem o tym samym tytule wydanym w 1994 roku.

NAGRANIA BEZ NAZW (1999-2000)

W okresie od lata 1999 do lata 2000 nagrano około 22 utworów. Wg QUORTHONA, utwory te były silnie inspirowane muzyką klasyczną i skomponowane bez zachowania tradycyjnej struktury, to jest zwrotka/refren. Kawałki te prawdopodobne zostały nagrane z użyciem kotłów oraz innych średniowiecznych i tradycyjnych instrumentów. QUORTHON stwierdził jednak, że te utwory to krok w złym kierunku i w rezultacie rozpoczął pracę nad materiałem, który wydany został ostatecznie jako „Destroyer of Worlds”.

Jak widzicie, po twórczości Quorthona zostało jeszcze wiele niepublikowanych kompozycji BATHORY. Nie traćmy nadziei, bo być może kiedyś będzie nam dane przynajmniej część z nich usłyszeć.

NecronosferatuS

 

baa222