Bathory – Zrodzony w Wiecznym Ogniu – Act VI. Twilight of the Gods.

           

Twilight of The Gods, to ostatnie dzieło BATHORY, na którym Quorthonowi udało się zachować w pełni swoją artystyczną tożsamość. Po tym albumie zbyt przywiązywał wagę do tego, czego w danym momencie oczekiwali od niego fani, zapominając, że tworząc muzykę, artysta powinien kierować się tym, co gra mu w sercu, nie oglądając się na innych. Ta chęć zadowolenia wszystkich poza sobą sprawiła, że muzyka tego wielkiego zespołu z każdym kolejnym albumem traciła swoją wyrazistość i charakterystyczny styl, wypracowany przez Quorthona na sześciu pierwszych albumach. Owszem były rozpaczliwe próby powrotu do tego, co niegdyś przyszło autorowi z taką łatwością, niestety ani Blood On Ice, ani oba Nordlandy, choć interesujące, nie wzniosły się na poziom świetności Hammerheart czy choćby Twilight Of The Gods, coraz częściej zapożyczając z muzyki innych artystów, takich jak Manowar czy Running Wild. Dawniej było to nie do pomyślenia, aby BATHORY tak tworzył muzykę. Pamiętamy, z jaką zaciekłością Quorthon starał się na początku swojej działalności zdystansować do twórczości VENOM, do której tak chętnie porównywano debiut BATHORY.

 

Ile pracy i wysiłków włożył on, aby kolejne albumy BATHORY były w pełni oryginalne, bez żadnych wpływów z zewnątrz. Dzięki czemu powstały wybitne dzieła z niepowtarzalnym stylem BATHORY. Łezka kręci się w oku, kiedy przychodzi słuchać te niezwykłe albumy. Dlatego wybaczcie, że ten specjalny numer w całości poświęcony BATHORY zakończę właśnie na Twilight of The Gods. Zdaję sobie sprawę, że wielu maniaków może nie do końca zgodzić się z moim osądem; wiem, że na każdym z albumów, które wyszły spod ręki Quorthona, znajdzie się coś interesującego, ale żadna z późniejszych płyt Mistrza nie była w stanie przebić tych 6 wiekopomnych dzieł, które tak wyraziście wyróżniają się na tle wszystkiego, co ukazało się do tej pory na rynku muzycznym, dowodząc jakim geniuszem był Quorthon. Te sześć albumów na zawsze zapisało się złotymi głoskami, stając się niewyczerpanym źródłem inspiracji. To nie zwykłe, jak ta muzyka potrafi człowiekiem owładnąć, porywająca, do bólu szczera, porusza najwrażliwsze pokłady twórczej podświadomości – to prawdziwa magia dźwięków, przenosząca słuchacza w zupełnie inny wymiar gdzie magia jest wszechobecna.

 

            Pamiętam jak chwilę przed ukazaniem się Twilight of The Gods, Bomba – ówczesny pałker DRAGONa – który wtedy pracował w Metal Mind, przyniósł na giełdę płyt w Katowicach 3 utworowe promo BATHORY, na którym znalazły się 3 premierowe numery:   Twilight Of The Gods, Under The Runes oraz Hammerheart. Był to rok 1991 i wielu opętała wtedy mania zbierania CD, sporo ludzi wyprzedawało się wtedy z winyli i choć zawsze kochałem ten nośnik, zacząłem kupować więcej kompaktów, skuszony nie jednokrotnie bonusami, które pojawiały się na tych płytach. BATHORY był od zawsze dla mnie bardzo ważnym zespołem, tak jak CELTIC FROST, dlatego zbierałem wszystko tych kapel, a wczesne albumy BATHORY są do dziś prawdziwą biblią metalu i odcisnęły na mnie wszechpotężne piętno. To dzięki muzyce Quorthona zacząłem zgłębiać wiedzę tajemną, to był punkt zapalny, który pomógł mi dokonać rozbratu z religią chrześcijańską. Hammerheart, choć pozbawiony tego Diabelskiego pierwiastka z pierwszych 3 albumów, był dla mnie pod wieloma względami bardzo atrakcyjny: lirycznie poruszał się w tematyce pogaństwa, mitów i legend nordyckich, a więc ukazywał mi ciekawą kulturę, która tak skutecznie przez tyle wieków przeciwstawiała się chrystianizacji i choć One Rode to Asa Bay ukazuje czas, kiedy te ziemie zalała fala głoszących nauki krzyża, skłaniał do refleksji i potęgował moją niechęć do kościoła, który z prawdziwą zapalczywością i nienawiścią niszczył kultury różnych pogańskich ludów w całej Europie, ale i nie tylko. Nowe oblicze BATHORY na pewno przykuło moją uwagę również ze względu świeżość, którą wniosła w muzyce. Było w tym coś z rycerskiego patosu, coś niezwykle pociągającego, może dlatego, że ocierało się o prawdziwą historię ludów Północy. Tym bardziej ucieszyło mnie, że to promo zapowiadało kontynuację ścieżki, którą Quorthon rozpoczął w roku 90. na Hammerheart. Zdaję sobie sprawę, że spora część utworów, które trafiły na Twilight of The Gods, pochodziła z sesji Vallhalla, może dlatego wyczuwa się tu tak wiele wspólnych elementów, które łączą się z Hammerheart. Choć na tym albumie tylko jeden utwór znalazł się w set-liście, wyczuwało się tu zwartą i przemyślana artystyczną koncepcję, nie było tu żadnych wypełniaczy, a całość tworzyła mocną strukturę.

            Tydzień później nabyłem kompletny CD, zawierający całość premierowego albumu. Sporo czasu spędziliśmy z kumplami na wsłuchiwanie się w ten materiał. Pamiętajmy – rok 1991 to już era panowania Death Metalu, wszystko za sprawą Morbid Angel, Deicide, Bolt Thrower, Napalm Death, które niepodzielnie panowały wtedy na scenie. Pamiętam pierwszy koncert Morbid Angel we Wrocławiu z Unleashed, Sadus i Dragon, to było zniszczenie, mimo to BATHORY nie stracił zainteresowania prawdziwych maniaków, ponieważ ciągle miał coś ciekawego do zaoferowania. To jeden z nielicznych przypadków gdzie zespołowi udawało się przez sześć albumów z rzędu utrzymywać na fali wznoszącej i choć ten album nie był może tak udany, jak poprzedni Hammerheart, był jednak na bardzo równym poziomie. Pamiętajmy, że premiery tych albumów dzieliło naprawdę niewiele czasu,   Hammerheart ukazał się 16 kwietnia 1991 roku, a Twilight Of The Gods 29 czerwca 1991 roku, dlatego aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie Quorthonowi udało się stworzyć tak wyrównane poziomem dzieła.

 

            Okładka tym razem miała bardziej symboliczny wymiar, ukazując górzysty krajobraz zasnutych chmurami szczytów śnieżnych gór, emanujących majestatyczną potęgą natury i jej boskich przejawów. Tym razem pojawiło się również na tej płycie sporo wątków zaczerpniętych z twórczości Fryderyka Nietzschego, nadając całości bardziej filozoficznego wymiaru. To pod każdym względem dojrzalsze dzieło ukazuje, jak na przełomie tych kilku lat dzielących debiut BATHORY od Twilight of The Gods, Quorthon rozwinął muzyczne i filozoficzne koncepcje, nacechowując swoje liryki dozą dwuznaczności, w której można dostrzec wiele ukrytych wątków.

            Quorthon zapytany w jednym z wywiadów z 1994 roku o inspiracje i wpływy w warstwie lirycznej odpowiada:

Powodem, dla którego wybraliśmy tego rodzaju tematu w naszych tekstach, były przede wszystkim te wszystkie duże zespoły, których słuchaliśmy, jak Motörhead i Saxon. Wszyscy śpiewali o zażywaniu narkotyków, piciu dużej ilości alkoholu, pieprzeniu się z kobietami i jeździe motocyklem. Kiedy zaczynaliśmy Bathory w ‘83 roku, mieliśmy 13, 14, 15 lat i nie mieliśmy żadnego doświadczenia z motocyklami, narkotykami i kobietami, ale nastolatki interesowały się Sztuką Satanistyczną i Czarną Magią, dlatego zaczęliśmy pisać takie rzeczy w naszych tekstach. Potem zdałem sobie sprawę, po przeczytaniu wielu rzeczy o chrześcijaństwie i satanizmie, że to musiał być blef. Właśnie dlatego podchwyciliśmy te rzeczy wikingów, ponieważ chcieliśmy zrobić coś, czego nikt inny nie robił. To jedna z najwspanialszych rzeczy w przypadku Bathory, poruszyliśmy każdy rodzaj obrazu i tematu: Satanizm, Wikingowie, miecz i czary, ciemna strona życia, wszystko. Zawsze staramy się być co najmniej dwa, trzy lata do przodu – aranżując muzykę, zawierając wiele efektów dźwiękowych i tego typu rzeczy.

            W przypadku twórczości Quorthona nie powinno nikogo dziwić, że jego artystyczna dojrzałość szła równo łeb w łeb z jego wiecznie niezaspokojonym głodem wiedzy, dlatego jego spektrum zainteresowań z każdym kolejnym albumem poszerzało się, a co za tym idzie – inspirowało go na wiele sposobów do pisania liryk znacznie bardziej zawiłych, mających sporo dwuznaczności czy też drugiego dna, dodając tym samym pikanterii utworom i czyniąc je niezwykle pociągającymi dla wytrawnych poszukiwaczy ukrytych prawd.

            Słuchając po raz pierwszy Twilight of The Gods, rzuciło mi się w uszy, że premierowe kompozycje były znacznie bardziej rozbudowane. Całość otwierał nieco ponad 14-minutowy utwór tytułowy – na albumie znacznie wydłużony (o ponad 4 minuty) w porównaniu do wersji z promo, które celowo skróciło to tak, aby owo nagranie można było zaprezentować w radiowym eterze.

            Bez wątpienia zamiłowanie Quorthona do twórczości Richarda Wagnera na pewno w jakimś stopniu odcisnęło swoje piętno, jeżeli chodzi o budowanie w muzyce odpowiedniego nastroju – Quorthon w mistrzowski sposób buduje tu podniosłą atmosferę. Twilight of The Gods jest ze wszech miar epickim dziełem i w dużej mierze jest to zasługą inspiracji muzyką klasyczną, która pozwoliła Quorthonowi ukazać wyraziste muzyczne pejzaże językiem dźwięków, by w tak skuteczny sposób oczarować słuchacza swoją siłą.

               Na łamach Heathendom Magazine #1 (z lutego 1996). Quorthon wspomina o nastrojach, które towarzyszyły podczas tworzenia Twilight Of The Gods i wcześniejszego Hammerheart:

 

Jeśli o mnie chodzi, to dostaję doła, kiedy słucham „Twilight of the Gods”, bo kiedy ten album się pisał, że tak powiem, wszyscy byliśmy totalne zdołowani. Jak widać, prawdziwa sztuka często rodzi się w bólach i może dlatego atmosfera panująca podczas pracy w studiu w trakcie realizacji Twilight Of The Gods była taka, a nie inna. Z drugiej strony może ten album nie miałby tak wielkiej siły rażenia, gdyby nie taki właśnie nastrój muzyki?

            Dalej w tym samym wywiadzie na temat Hammerheart Quorthon opowiada: Jeśli zaś chodzi o „Hammerheart”, to było bardzo fajnie, bo graliśmy próby całe lato i jakoś nam to wszystko ładnie wyszło, ładnie to wszystko brzmiało.

            Słuchając tytułowego utworu, wcale nie dziwi mnie, że został wybrany jako otwierający album – jest w tej kompozycji coś niezwykle wzniosłego, epickiego, niemal czuje się atmosferę dawnych wzniosłych bitew, etosu wojownika, który bez lęku i strachu, wierząc w słuszność swojego bezgranicznego oddania sprawie, radośnie walczy, poświęcając Bogom swoje życie, by po śmierci otworzyły się przed nim bramy Walhalli. Sam tekst porusza temat nie tak wzniosły, jak jego muzyczne oblicze, traktując o smutnych losach kultury ludów północy, która została skażona religią krzyża, zatracając powoli prawdziwą spuściznę ojców. Jest w tym tekście coś niezwykle przygnębiającego, smutnego, co w połączeniu z kunsztownie utkaną muzyką tworzy wyraziste i przejmujące oblicze, potrafiące chwycić słuchacza są serce. Słuchając tego utworu, czuje się powiew minionych wieków, jest w tym jakiś nieuchwytny czar.

            Warto również zwrócić uwagę na konstrukcje tego utworu, który otwiera Prolog i zamyka Epilog na akustycznej gitarze, tworząc misterną całość.

            Kolejnym utworem na tym znakomitym albumie jest nieco ponad 6. minutowy Through Blood by Thunder. Przepiękny monumentalny utwór od samego początku wprowadza słuchacza w wyniosły nastrój – gitarowe tła w połączeniu z wokalną narracją stopniowo przechodzą w marszowy leniwie płynący rytm z głęboko brzmiącą perkusją. Czuje się w tym utworze wyrazistą siłę, a zarazem jest w tym zaklęty romantyzm.

O, I am a man and I hold in my hand my fate / Free as the wind as if even / I had wings that carried me / Still in the middle of the night / Even I will need light to guide me.

Jest w tym coś starodawnego, chóry wtórujące Quorthonowi potęgują ten wyniosły rycerski nastrój. Całość delikatnie płynie, piękne solo gitarowe niesie ze sobą jakąś nutę nostalgii i smutku, a zarazem jest to niezwykle ujmujące.

            Blood and Iron, to kolejny gigant na tej płycie – prawie 11-minutowy utwór, zdecydowanie mój faworyt, rozpoczynający się akustyczną gitarą. Utwór tworzy ujmujący klimat, jest w tym jakaś tęsknota i powiew minionych wieków, głęboko ukrytych w sercu; wielka moc i siła dzięki której człowiek był zdolny do heroicznych niemal nieludzkich czynów, kiedy wydarł bogom tajemnicę wydobywania z ziemi rudy i wykuwania z niej stali; historia o burzliwym niebie i szalejącym wichrze nucącym dawną pieśń o zmierzchu bogów i sile, która pomogła rodzajowi ludzkiemu stać się panami tego świata.

            Under the Runes, to wspaniała opowieść o męstwie i odwadze oraz śmierci, będącej najwierniejszą kochanką wszystkich wojowników, którzy bez strachu i lęku gotowi na jej objęcia, potrafili umierać z uśmiechem na twarzy.

            Słuchając Twilight Of The Gods ogrania mnie przejmujący smutek – jest w tym coś tak melancholijnego, prawdziwie smutnego i ponurego a przy tym bardzo rzeczywistego, że czasem ogarnia mnie przerażenie.

            Wsłuchując się w zawartość tego albumu, wcale nie dziwi mnie fakt, że podczas tej sesji nagraniowej Quorthon czuł się przybity, tworząc tak rzeczywistą i uduchowioną atmosferę, która w połączeniu z wielowymiarowymi lirykami śpiewanymi czystym wokalem potrafi wzbudzić w słuchaczu spory niepokój. Jest w tym porażająca euforia, która miesza się ze smutkiem, trudno nie dać się porwać tym dźwiękom, nie pamiętam, kiedy ostatnio odczuwałem podobne emocje, wsłuchując się w muzykę.

            To Enter Your Mountain, to kolejny niemal 8-minutowy kolos przypominający nieco brzmieniowo poprzedni album Hammerheart. To dla odmiany nieco żywszy utwór, mający w sobie więcej życia i choć tempo jest zbliżone do pozostałych utworów, jest w tym jakaś majestatyczna siła emanująca wyrazistą energią. Tekst pełen dwuznaczności i ukrytych filozoficznych znaczeń zmusza słuchacza do refleksji… Tym razem Quorthon postanowił nie ułatwiać słuchaczowi zadania.

            Masywne bardzo potężne brzmienie całości nadaje tym kompozycjom wyrazistości, brzmi to monumentalnie i słucha się tego z zapartym tchem. Całość jest znacznie staranniej wyprodukowana, niż miało to miejsce w przypadku Hammerheart, być może dlatego, że lwią część pracy na tym albumie wykonał sam Ace – mając do dyspozycji Kothaara i Vvorntha, postanowił jednak samodzielnie zająć się produkcją Twilight Of The Gods, kładąc wiele ścieżek dla wszystkich wokali, gitar akustycznych i elektrycznych, kładąc również na tym albumie partie basu, programując też perkusję. Wydaje się, że sam Quorthon wolał pracę w samotności, jego talent i łatwość nauki gry na różnych instrumentach pozwoliła mu w pełni świadomie realizować swoje pomysły, bez pomocy z zewnątrz. Może dlatego na tym albumie jest tyle osobistych emocji i uczuć, ta płyta ma niezwykle osobliwy charakter. Myślę, że trudno byłoby stworzyć coś tak osobistego zespołowi tworzonemu przez różne osobowości.

            Twilight of The Gods, choć równie udany, jak jego poprzednik, nigdy nie zrobił jakoś oszałamiającej kariery. Zastanawiam się, z czego to wynikało, skoro ten album ciągle ma tak wiele od zaoferowania słuchaczowi, a pod wieloma względami jest staranniej wyprodukowany niż Hammerheart. Być może sam fakt, że Hammerheart było czymś zupełnie nowatorskim w tamtym czasie, sprawił, że trudno kolejnej dość podobnej stylistycznie płycie przebić się, choć dla wielu właśnie Twilight Of The Gods jest albumem dojrzalszym i bardziej wyrazistym, pomimo tego, że jest to album mniej zróżnicowany, niż miało to miejsce w przypadku poprzednika. Poza tym to Hammerheart jest tym dziełem uznawanym za przełomowe, tworzące nowy pod gatunek metalu zwany Viking Metalem.

            Nie mam żadnych wątpliwości, że na Twilight of The Gods, Ace ukazał w pełni swoją dojrzałość artystyczną, tworząc wielowymiarową przestrzeń muzyczną, posługując się niezwykle bogatą paletą barw i dźwięków, które w połączeniu z dojrzałą warstwą liryczną stworzyły niezwykle refleksyjne dzieło, Jest w tym więcej atmosfery, całość jest znacznie wolniej zagrana, niż miało to miejsce na poprzednich albumach – widać, że tym razem Quorthonowi zależało na uchwyceniu odpowiedniej atmosfery, niezakłóconej mocnymi riffami czy bardziej dynamiczną muzyką. Ace stworzył dzieło skłaniające słuchacza do chwili zadumy. Szósty album Bathory to bezsprzecznie klasyczne dzieło, noszące wszelkie znamiona ponadczasowego arcydzieła gatunku.

            Bond of Blood to kolejny utwór rozpoczynający się akustycznym intro z dryfującym okrętem w tle. To potężny, niemal doom metalowy utwór z czystymi wokalami Quorthona, wspieranego wtórującymi chórami robi to powalające wrażenie. Nawet gitarowe solo ma w sobie znamiona jakiegoś przyjmującego smutku i tęsknotę. Do tego piękny tekst, będący niczym modlitwa żeglarza proszącego bogów o bezpieczny powrót do domu:

Heading north after long a journey / We have sailed for so very long / Heavy seas endless sky above us / Heading north going home.

            Całość tego wiekopomnego dzieła zamyka hymniczny Hammerheart. Jest w tym utworze coś z atmosfery wagnerowskich utworów, orkiestracje z klawiszowymi mgiełkami, tworzącymi doskonałe tło dla wokalnej narracji Quorthona z wtórującymi chórami. Wszystko to tworzy wyniosły operowy charakter utworu z odległymi odgłosami wichury, która leniwie gładzi szczyty ośnieżonych gór.

            To ze wszech miar wyjątkowe dzieło ukazało, jak na przestrzeni tych kilku lat Quorthon rozwinął swoją twórczość i choć nie ukrywam, że dla mnie szczególnie bliskimi są 3 pierwsze albumy BATHORY, to jednak trudno nie zgodzić się z tym, że cała pierwsza szóstka albumów to ponad czasowe dzieła i prawdziwe klasyki gatunku.

            Na koniec pozwoliłem sobie przytoczyć kilka fragmentów wywiadów z Quorthonem, na temat Twilight Of The Gods. Niestety nie było tego zbyt wiele, ale myślę, że warto przypomnieć Wam te wypowiedzi:

Fragment wywiadu dla Headbangers Ball, gdzie Quorthon opowiada:

Na samym początku byliśmy pod ogromnym wpływem Motörhead. Słychać to na naszych najwcześniejszych nagraniach. Kilka lat temu posłuchaliśmy też pewnego zespołu z Newcastle… Ile to już lat temu? Dziewięć? Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że tak, damy radę. Jednak chłopaki mieli już dość Saxon i Iron Maiden, a mnie nie było łatwo ich przekonać, żebyśmy zaczęli grać szybciej i śpiewać o diabelskich sprawach. Robiliśmy tak na 3 płytach, aż wreszcie zdałem sobie sprawę, że w moich tekstach cały czas byłem raczej krytyczny w stosunku do tematów religijnych. Uzmysłowiłem sobie też, że Szwecja sama w sobie ma bardzo ciekawą mitologię z czasów Wikingów, jednak trzeba się do niej odpowiednio zabrać, żeby ludzie nie uwierzyli przypadkiem, że robisz to na serio tak, jasne, że gwałcimy i łupimy osady. Chodziło o same historie podobnie jak z satanizmem. Nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy chcemy wydać kolejny album studyjny, ponieważ, jak już mówiłem, punktem wyjścia byłoby „Twilight of the Gods”… i co teraz? Musielibyśmy pójść o krok dalej, a tego ludzie mogliby nie zrozumieć i wszystko poszłoby na marne. Moglibyśmy z drugiej strony wrócić do tego, co zrobiliśmy pięć lat temu, ale to nie byłby żaden progres.

            Jak widać, Quorthon nieustannie starał się eksplorować coraz to nowe obszary muzyczne, szybko nudząc się muzyczną konwencją, dlatego tak często zmieniał coś w swojej twórczości. Wydawałoby się, że na etapie Twilight Of The Gods udało mu się stworzyć niezwykle dojrzałą i wyrazistą muzykę i jego styl nieco okrzepnie. Stało się jednak inaczej, co było tego przyczyną? Na pewno zbyt wielka uwaga na to, czego oczekiwali od niego fani. Trudno dogodzić wszystkim niestety.

            W wywiadzie dla EquimanthorN Quorthon wspomina o Twilight Of The Gods:

Wiem, że album taki jak Twilight Of The Gods jest uważany za album „Viking”. Nigdy nie uważałem tego za album „Wikingów”. Opierał się przede wszystkim na filozofii. Przyznałbym jednak Hammerheart coś w rodzaju „Wikinga”. Ale niezależnie od podkategorii, według której można zaszufladkować album, nadal uważam, że każdy album powinien być oceniany indywidualnie. Gdyby płyta musiała być segregowana według gatunku i przefiltrowana przez jakiś rodzaj filtrowania obrazu, to obraz stał się ważniejszy niż muzykalność i zdolności pisania piosenek.

            Dalej w tym samym wywiadzie dla EquimanthorN Quorthon zapytany, czy Twilight Of The Gods miał być ostatnim albumem BATHORY, odpowiada:

Quorthon: Twilight Of The Gods nie miał być ostatnim albumem BATHORY, czyli po konstruowaniu opartym na fałszywych plotkach. Przerwa, którą zrobiliśmy po nagraniu Twilight Of the Gods, miała na celu zrobienie pomysłów na przyszłość. W tamtym czasie mniej więcej pomalowaliśmy BATHORY w stylu narożnym i rozsądnym brzmieniu. Aranżacje stawały się coraz większe. Produkcja coraz bardziej oddalała się od tego, czym był BATHORY w latach 80. Nie, żeby nasza publiczność nie cieszyła się tym nowym stylem i brzmieniem, ale ewolucja BATHORY doprowadziła nas do punktu, w którym czuliśmy się zagubieni. Więc powiedzieliśmy, że lepiej zrób sobie przerwę, żeby wymyślić pomysł na następny album BATHORY, który będzie interesujący. W międzyczasie dla zabawy nagrałem solową płytę. Płyta, która miała być jak najdalej od BATHORY pod każdym względem. Kiedy podróżowałem po Europie po wydaniu zarówno solowej płyty, jak i dwóch pierwszych tomów Jubileum, spotkani przeze mnie fani prosili o powrót do czasów brutalności i energii. Z tego wyszły dwa albumy oparte na bardziej brutalnym i wysokoenergetycznym stylu hardcore, który był oczywiście daleki od Twilight Of The Gods. Ale z drugiej strony taki był cały zamiar. Nie chcieliśmy wtedy robić tak wielkich aranżacji i bombastycznych rzeczy. Dwa albumy, które nastąpiły po Twilight Of The Gods, były jak najbardziej mniej wyprodukowane i zaaranżowane niż poprzednie albumy.

EquimanthorN: Skład twoich wczesnych albumów (aż do Twilight Of The Gods) wciąż pozostaje tajemnicą nie tylko dla mnie. Czy rzeczywiście nagrałeś niektóre z nich sam (jak się często mówi), czy też zawsze korzystałeś z muzyków sesyjnych, a nawet pracowałeś jako „prawdziwy” zespół?

Quorthon: Gdybym powiedział, że moja ciotka gra na basie w jednym utworze, a moja opiekunka do dzieci sąsiadów robi chórki na innym albumie, czy to by ucieszyło wszystkich tych, którzy wciąż są zahipnotyzowani brakiem imion i zdjęć?! Jeśli to zakończy dyskusję, z radością powiem również, że właściciel supermarketu w pobliżu zagrał jeden utwór, a mój kot kiedyś grał na gitarze prowadzącej na kilku albumach. Chodzi mi o to, że jeśli ludzie chcą imion byłych członków BATHORY, którzy byli przez krótki czas na początku, nadal nie znaczyłyby dla ludzi gówno, to mogę dać ci tysiące imion, a ty po prostu wybierzesz imiona, które poczujesz, że wyglądają dobrze, ok?! Dla mnie to całkowicie nieciekawe gadanie o tym starym składzie. Pamiętam, jak ciężko było wtedy w Sztokholmie w latach 80. stworzyć skład, który utrzymałby się razem nawet przez cztery miesiące. Cała ta rozmowa o starym składzie przypomina mi o wszystkich idiotach przypominających Joey’a Tempesta, którzy przyszli na nasze miejsce prób, myśląc, że będą następną gwiazdą rocka. Praktycznie wszyscy z nich nie mieli absolutnie nic z tego, co powinien mieć członek zespołu takiego jak BATHORY – musiałby być kreatywnym i tętniącym życiem filarem grupy. To stworzyło sytuację we wczesnych latach 80., kiedy to były moje odpowiedzi i moje zdjęcia w fanzinach. Nie chciałem, aby ludzie czuli, że BATHORY to stały problem w zakresie składów. Problemem nie był BATHORY ani ja, ale scena w Sztokholmie i w Szwecji w tamtych czasach. Więc po prostu trzymaliśmy usta zamknięte i staraliśmy się skoncentrować na tworzeniu interesujących albumów. BATHORY przyciągnął wielu ludzi z powodu tajemniczości i anonimowości. Zdając sobie z tego sprawę, oczywiście nie opublikowaliśmy żadnych zdjęć ludzi, którzy nie byli już w zespole, tylko dlatego, że jeden lub dwa fanziny poprosiły o zdjęcia. Anonimowość i tajemnica nie były czymś, co stworzyliśmy, po prostu wydarzyły się w nagłym wypadku. Nie jest tajemnicą, że grałem dużo basu na większości wczesnych albumów. A na wszystkich utworach gram na basie od 1990 roku. Nie jest dla mnie ważne, kto co gra, jak się nazywają i jak wyglądają. Dla mnie najważniejsza jest muzyka.

            Trudno pogodzić się z faktem, że w tak młodym wieku opuścił nas tak wyjątkowy artysta – miał zaledwie 37 lat. Jego spuścizna, którą pozostawił po sobie, to trwały ślad w postaci dzieł, które do dziś inspirują tysiące artystów. To dzięki jego muzyce pamięć o nim nigdy nie przeminie.

            Niech ten numer naszego pisma poświęcony w całości BATHORY będzie naszym hołdem dla niego i jego nietuzinkowej twórczości.

NecronosferatuS

 

baa222