HOLY DEATH STORY

 

 

Dwa pierwsze materiały Holy Death: Megido i Abraxas zostały zarejestrowane w bardzo spartańskich warunkach przy użyciu 4-śladowego sprzętu. Jakość tych nagrań była podła a moje doświadczenie wokalne praktycznie zerowe. Do tego spore braki językowe nie pomagały w osiągnięciu zamierzonego efektu. Jednak muzyka i klimat, który udało nam się stworzyć na wczesnych nagraniach, podobała się ludziom. Może dlatego drugie demo Abraxas udało nam się już wydać pod szyldem Baron Records, które zapewniło nam w przyszłości możliwość rejestracji debiutu w profesjonalnym studio. Ileż było radości, kiedy przekroczyliśmy progi TR Sound Studio – mieliśmy do dyspozycji stół mikserski ze 108 śladami, sprzęt analogowy do rejestracji dźwięku na 2-calowej taśmie Ampex. Atmosfera pracy z Tomaszem Rogula była bardzo miła i owocna, dlatego po nagraniu Triumph of Evil w 1996 roku wydawało się, że wszystko zmierza ku lepszemu. Baron Records wydało ten materiał na taśmie, Head Not Found było zainteresowane wydaniem tego albumu w Norwegii na CD – wszystko wydawało się iść we właściwym kierunku. Rozpierała nas duma, byliśmy pierwszym polskim zespołem wydanym przez norweski label, to było niezwykle budujące dla nas i motywujące do dalszego działania. Niestety wkrótce po wydaniu przez Head Not Found naszego CD zaczął się koszmar – płyta bez autoryzacji ukazała się z masą błędów: kawałek z bardzo ważnym przekazem, zatytułowany To the Christians, dziwnym trafem na płycie pojawił się jako To The Christmas; cała masa błędów ortograficznych, podziękowania i opis nieudolnie przepisane przez Metaliona, który umieścił się w podziękowaniach na pierwszym miejscu, usuwając np. podziękowanie dla naszych bliskich – to było mega wpieniające. Nie otrzymaliśmy obiecanego zwrotu za studio oraz wynagrodzenia w płytach, wadliwy CD mimo moich próśb nie został wycofany ze sprzedaży. Za własne pieniądze poskładałem w studio graficznym nową okładkę i wysłałem gotową folię, by dodać na niej tylko logo Head Not Found, podmienić wadliwą poligrafię, mimo to projekt nie został wykorzystany i cały czas płyta z błędami była rozprowadzana po świecie. Ta cała sytuacja doprowadziła nas do sporych tarć wewnątrz zespołu, który miał do mnie pretensje związane z wyborem wytwórni. W rezultacie pojechałem do Norwegii, by wyegzekwować wszystkie warunki umowy, zadłużyłem się wtedy przez to u Ojca, by móc tę eskapadę sfinansować. Jak potem się okazało, niewiele udało nam się zdziałać, bo Metalion przebywał wtedy w Australii, a jedyne co udało nam się zrobić, to wycofać z dystrybucji Voices of Wonder wszystkie wadliwe kopie, było ich 187. Aby choć częściowo zwróciły się koszty tej dość drogiej wycieczki dla 3 osób, chcąc nie chcąc musiałem potem sprzedawać te gówniane wydania. Chwilę później okazało się, że płyta została wznowiona przez Head Not Found i nadal nie zmieniono poligrafii, to przelało czarę goryczy i Holy Death opuścił Asphodelus – od tego momentu mieliśmy ustawiczne problemy ze składem. W 1997 roku zdecydowaliśmy się jednak nagrać 3-utworową epką Evil, dołączył do nas wtedy do składu Vexatus, który tworzył wtedy z Darenem twór o nazwie Blade of the Sword. Wydawcą tej winylowej epki miał być Sunset Rec., sesję nagraniową wykonaliśmy w sanockim Manek Studio. Po nagraniu tych numerów okazało się, że wydawca zbankrutował i musiałem wykupić sesję za swoje pieniądze. Postanowiłem wtedy dograć kilka kawałków i wydać to jako kasetę demo. Chwilę po tym odeszli od nas Exterminas i Daren. Zostałem sam, ustawiczne próby stworzenia nowego składu były żałośnie desperackie. Dwa tygodnie przed wejściem do studia, by zarejestrować Forever Burning Ashes, po licznych zmianach w składzie ostatecznie wraca do nas Daren, który zastąpił Atre, która mieszkała w Warszawie, a więc niezbyt często pojawiała się na naszych próbach, co miało przełożenie na nasze przygotowanie do sesji nagraniowej. Dodatkowo Neat, nasz ówczesny gitarzysta, nie bardzo czuł Black Metal – jedyną kapelą, którą wtedy słuchał był Emperor i to niestety miało swoje w odzwierciedlenie w naszej muzyce. Bardzo mnie martwiło to, że z każdym kolejny materiałem tak bardzo oddalaliśmy się stylistycznie od tego, co wytyczyliśmy sobie na samym początku. Problem tkwił w tym, że nie miałem zdolności kompozytorskich, nie grałem na gitarze, oczywiście byłem świadom tego, jak ma wyglądać muzyka Holy Death, ale muzycy, którzy nas zasilali, nie do końca rozumieli, o co mi w tej muzyce chodzi. Gdyby słuchali tych samych zespołów, które lubiłem, może ta nić porozumienia byłaby znacznie łatwiejsza. Stało się jednak inaczej – przemycając swoje stylistyczne naleciałości, rozmydlając przy tym prawdziwą istotę muzycznych idei, ustawiczne problemy ze składem powodowały brak rozwoju zespołu. Zamiast tworzyć nowe utwory, musieliśmy uczyć kolejnych muzyków grania starych, zwykle po kilku miesiącach pracy z nowymi ludźmi musieliśmy zaczynać wszystko od nowa z innymi, przez to graliśmy mało koncertów, a jakość tych gigów dawała wiele do życzenia. Ciągłe zmaganie się z tymi przeciwnościami zaczęło doskwierać nam coraz bardziej dotkliwie. Kraków jest bardzo specyficznym miastem, niewielu ludzi czuje tu Black Metal, a ci, którzy czują ten klimat, mają swoje kapele i nie chcą rozdrabniać się na drobne. Dlatego do zespołu trafiali czasem ludzie z zupełnie innej bajki, co niestety miało przełożenie na charakter naszej muzyki. Słychać to m.in. na Luciforus Invincible, gdzie więcej w tej muzyce Heavy Metalu, co nie było takie złe, ale jednak dalekie od tego, co chcieliśmy osiągnąć. Cała sytuacja bardzo mnie wypaliła, nie miałem wsparcia ani zaangażowania pozostałych członków zespołu, powoli zdawałem sobie sprawę, że jest to walka z wiatrakami. Zawiesiliśmy Holy Death, Daren grał wtedy z Mgłą, która świetnie rokowała, czasem na ich próbach graliśmy jakieś improwizacje, co zaowocowało potem powstaniem projektu Death Frost, który po jakimś czasie zmienił nazwę na Kriegsmaschine. Nagraliśmy pierwsze demo Flagrum, ale nie do końca były to moje klimaty, bo muzyka była znacznie agresywniejsza i szybsza, niż chciałem grać, dlatego powstało Deadly Frost. Zanim to jednak nastąpiło, odrodził się na chwilę Holy Death, by nagrać pożegnalny album z zaprzyjaźnionym gitarzystą Goolarym. Paweł pomógł nam stworzyć ten album, ale sam nie mógł zapewnić nam stabilnego składu, ponieważ miał zobowiązania związane ze swoim macierzystym zespołem Hellias. Holy Death dzieliło wtedy wspólnie salkę z Mgła i KSM, nasze relacje bardzo się zacieśniły, bardzo się wtedy wspieraliśmy. Pewnie dlatego Mikołaj pomógł nam zarejestrować The Knight, Death and the Devil. Materiał o dziwo bardzo zbliżył się do klimatów z Triumph of Evil, z tym że był zagrany znacznie gęściej, Goolary był na pewno znacznie sprawniejszym gitarzystą w porównaniu do Asphodelusa, choć jego minimalizm miał swój urok – kochałem wczesny Samael, Bathory, Hellhammer a w tej grze było właśnie wiele tego. Nowy Holy Death łączył w sobie wiele tego klimatu, tylko był zagrany z większym kopem, był w tym większy pazur. Po rejestracji nagrań M. i Goolary zrobili dwa osobne miksy tego albumu. Co ciekawe z tego samego materiału wyszły dwa zupełnie inne stylistycznie albumy, różniące się znacznie od siebie, mimo iż był to ten sam materiał wyjściowy. Efektem tego wersja M. trafiła na CD, wydawcą tego albumu był Redrum666/Fallen Angel, a wersja Goolarego trafiła na LP, którego wydawcą był High Roller z Niemiec. Po latach żałuję, że nie stało się odwrotnie, ponieważ wersja Mikołaja jest znacznie bliższa mojemu sercu przez Black Metalowy brud w brzmieniu. Po cichu liczyłem, że Goolary zasili nasze szeregi na stałe – praca z nim była naprawdę czymś niezwykłym. Niestety nie udało się zatrzymać go w naszym składzie. Po tym fakcie uświadomiłem sobie, że tak naprawdę mamy dość szukania kolejnych muzyków i lepiej będzie, zamiast odcinać kupony, pożegnać się z fanami tym albumem. Po latach wydaje się, że była to słuszna decyzja. Jednak ostatnim naszym wydawnictwem nie okazał się The Knight, Death and the Devil, a kompilacja 20 Years of Devil Metal wydana przez Hard Rocker, który zaproponował nam takie wydanie już po zakończeniu działalności. Był to nasz ostatni ukłon w stronę wiernych fanów, tym samym zakopując truchło Holy Death w grobie zapomnienia. O dziwo było to dla nas niezwykle oczyszczające doświadczenie, dzięki temu uwolniliśmy się od ciągłej presji, która towarzyszyła nam przez te wszystkie lata, a gdy powołaliśmy do życia Deadly Frost, zaczęliśmy zupełnie wszystko od nowa. Co ciekawe, zaczęło nam to sprawiać znacznie większą frajdę, niż miało to miejsce w przypadku Holy Death. Przez te wszystkie lata mieliśmy wiele propozycji reaktywacji Holy Death, nigdy jednak na to się nie zdecydowałem; raz, że uważam, iż nie wykopuje się trupa, skoro został już na dobre zakopany w grobie, a poza tym reaktywacja mogłaby być jedynie możliwa w składzie z Triumph Of Evil, a nie jest to raczej możliwe.

NecronosferatuS (30.11.2020 Moonlight)

 

baa222