Damage Case

 

Pomorski Damage Case już od ponad półtorej dekady konsekwentnie trzyma się swojego określonego, rock’n’rollowego stylu.

Zawsze ceniłem tego typu wytrwałość i wierność początkowym założeniom, więc słysząc gdzieś tam pierwsze plotki o wejściu zespołu do studia od razu postanowiłem wziąć Thomasa (T) i Shadocka (S) na małą spytkę.

Cześć, kopę lat. I to widzę, że kopę, w której nie próżnowaliście, bo z tego co wspominałeś, wchodzicie do studia. Kiedy możemy się spodziewać nowego Damage Case? Liczyć na EP czy pełen album?

T: Witaj. Biorąc pod uwagę nasze lenistwo, sytuacja z przygotowaniem nowej płyty postępowała dość dynamicznie hehe. W przyszłym tygodniu wchodzimy do studia, aby zarejestrować bębny na nowy album. Myślę, że do końca maja uwiniemy się z całością. A premiera? A kto go tam wie? Jedno jest pewne – współpraca z Putrid Cult będzie kontynuowana.

Z tego co widziałem, to ponownie zostaliście bez perkusisty. Macie już kogoś na oku? Dlaczego wasze drogi z Kornelem się rozeszły?

T: Damage Case od zawsze miało problemy z perkusistą. Widocznie taki nasz los haha. Od czasu produkcji poprzedniej płyty system dwuosobowy bardzo nam służy. W międzyczasie pojawił się Kornel, z którym zrobiliśmy część nowego materiału i zagraliśmy jeden koncert. Niestety młodość rządzi się swoimi prawami i Kornel nie był w stanie wstrzelić się w nasz “grafik zajęć” i musieliśmy się rozstać. To młody maniak oldschool metalu, który musi się najpierw wyszaleć, a potem poważnie myśleć o kapeli. Jeśli chodzi o kolejnego kandydata na stołek perkusisty, to mamy kogoś zdeklarowanego w zanadrzu, ale jest za wcześnie, aby to potwierdzać. Nowy album nagramy jeszcze we dwójkę.

S: Wiesz, on był dla nas takim zwierciadłem czasu. Odwalał numery, jakie i my robiliśmy dwadzieścia lat temu. I ok, to jego życie, my znamy temat od podszewki, ale jednak kiedyś dużo rzeczy przez zbytnią skłonność do imprez przegapiliśmy, na stare lata bardziej się przykładamy do pracy, hehe. Niech się chłopak wyszaleje, ma zresztą własny, naprawdę dobry zespół, my kombinujemy w sprawdzonym systemie Darkthrone, haha.

Dobra, zacznijmy od początku. O ile podoba mi się nazwa Damage Case i oczywiste nawiązanie do Motorhead, o tyle nie sposób odmówić uroku waszemu pierwszemu szyldowi - Defekator (zwłaszcza w zestawieniu z tytułem demówki). Dlaczego postanowiliście się przemianować?

T: To jest historia przeokrutna z tym Defekatorem. Nie mam pojęcia ile cystern alkoholu poszło na próbach, jeszcze więcej z okazji nagrania i wydania tej strasznej demówki. Mało tego, był nawet jeden koncert tego brzydkiego projektu hahaha. Bawiliśmy się setnie przez ten czas. No i to outro... Generalnie nie nastąpiło tu przemianowanie, raczej nowa forma z inną muzą tak naprawdę. Miało być bardziej rockandrollowo i było. Chociaż jak patrzę na to, co robimy teraz, to gdzieś tam wracamy do tego ostrzejszego grania. Zresztą to wciąż to samo – oldschool.

S: Ta nazwa wypływa zawsze jak gówno z szamba, haha. Tak naprawdę był to inny zespół, z innymi ludźmi – z Damage Case łączy go tylko osoba Thomasa i częściowo Hectora, który grał w Damage Case na demówkach. Można powiedzieć ostatecznie, że na gruzach Defekatora, haha. Ale to uroki dzisiejszego świata i Internetu, bo zapewne wszyscy biorą tą informację z Metal Archives. Przypomnę, że nie wszystko tam jest prawdą, tylko żeby tam coś poprawić, to trzeba znać ojcakoniabratasynazestronyciotecznegowujka. Sam widnieję w składzie trzech zespołów, które już nie działają, a w przypadku Damage Case nie zgadza się nawet data założenia. Grupa oficjalnie powstała w 2005 roku.

Bądźmy szczerzy - obaj macie sporo innych zobowiązań pozamuzycznych. Jak znajdujesz czas na łączenie tego wszystkiego? Który zespół uważasz za priorytet?

T: DC nie jest kapelą grającą trasy, w ogóle mało gramy, więc mamy czas na robienie materiału. Nie koliduje to raczej z naszym życiem prywatnym, nie odczuwamy tego. Okazuje się, że mamy czas na poboczne projekty, w których uczestniczymy w różnym stopniu. W moim przypadku Hell`s Coronation jest dość płodnym tworem i systematycznie wydajemy materiały, natomiast w Nekkrofukk dzierżę bas tylko na koncertach. Damage Case to moje dziecko i zawsze będzie priorytetem, tu nie ma dyskusji.

S: Wszystko jest kwestią dobrej organizacji, a przede wszystkim odpowiedniego ustawienia priorytetów. Mamy inne zespoły, projekty, rodziny, prace, ale zasadniczo widzimy się raz na tydzień, żeby coś pokombinować z naszym graniem. Ważne jest to, że dogadujemy się od ponad dekady w zasadzie bez słów. Obaj wiemy, jak ma grać, działać, brzmieć Damage Case, nikt tu nie wyskakuje z dziwnymi pomysłami i przerostem ego. No i najważniejsze, nie musimy sprostać niczyim oczekiwaniom, robiąc co chcemy mamy totalny peace of mind, haha. Więc zawsze będzie to nasz najważniejszy zespół.


Zaczęliście od demówek i kompilacji, a od Oldschol Maniac przerzuciliście się stricte na pełne albumy. Skąd ta zmiana? Nie brakuje wam czasem nagrania czegoś krótszego?

T: To było chyba naturalne. Najpierw przez kilka lat krótkie materiały, a potem, gdy nabraliśmy pewności siebie zaczęliśmy myśleć o pełnych płytach. Chociaż różnie z tym było hehehe. Nie zaprzeczam, nosimy się od jakiegoś czasu na wydanie EP, może coś z coverem? Zobaczymy, jak będzie z weną hahha.

S: Na EP jeszcze przyjdzie czas. Nie gramy ostatnio koncertów, więc siłą rzeczy, robimy więcej kawałków. Ale z niczym się nie śpieszymy, zawsze robiliśmy wszystko we własnym tempie nie oglądając się na nikogo. Na razie musimy nadrobić trochę pełniaków, bo minęło szesnaście lat, a my nagrywamy dopiero czwarty, haha.


Na ile wam wszystkie plany pomieszała pandemia i to, że świat stanął w miejscu? Bądź co bądź przed Covidem z tych czy innych powodów też dużo nie graliście.

T: Jedynym minusem było to, że przez kilka miesięcy nie mieliśmy prób. Gramy w placówce państwowej i przez jakiś czas nie mieliśmy wstępu, teraz jest już wszystko ok i możemy napierdalać. Wiec reasumując nie odczuwamy jakoś, że nasze funkcjonowanie się ograniczyło. Koncertów nie ma – szkoda, ale za to jest czas, żeby robić nową muzykę. Jesteśmy kapelą undergroundową i tworzymy dla siebie i dla wąskiego jednak grona. Nie utrzymujemy się z muzyki, więc dupa nie boli.


W takiej muzyce jak rock'n'roll ważne jest kultywowanie tradycji i przekazywanie jej na inne pokolenia. Słyszałeś ostatnio jakieś nowe, młode kapele, które zrobiły na Tobie wrażenie?

T: Prawda jest taka, że słucham głównie staroci i rzadko zaglądam uchem w nowości hehe. Ale jak by się dobrze rozejrzeć, jest tego młodego narybku multum. Przeważnie to jakieś gówno, ale zdarzają się diamenty.

S: Ze względu na moją działalność w MuSick Magazine staram się trzymać rękę na pulsie z nowościami, ale jest to w zasadzie niemożliwe, tyle tego wychodzi. Ogarniam więc jakąś część, a i tak głównie słucham i zbieram to, czego słuchałem kiedyś… Obaj jesteśmy maniakami zbierania płyt, ale rzadko wpada nam w ręce coś nowego. W ostatnim roku bez wątpienia działo się dużo ciekawych rzeczy w podziemiu, ale głównie na scenie black i death metalowej, np. Szary Wilk czy Dismembered Flesh Mutilation… Ale to ani młodzi, ani rock n’ roll… Ostatnie płyty jakie kupiłem w tym tygodniu to brakujące do dyskografii krążki Rainbow, Danzig, Bathory i Immolation. Niech sobie młodzi szaleją, ja posłucham dziadków, haha.


Która płyta Motorhead jest Twoją ulubioną?

T: Wszystkie.

S: Motorhead ma wiele genialnych i bardzo zróżnicowanych, wbrew opiniom pozerów, płyt. Najlepszej nie wskażę jednoznacznie, ale przyznam, że za najsłabszą uznaję „Hammered”.


Wiadomo, że słuchać Damage Case i nie mieć z tyłu głowy butelki, się nie da (zwłaszcza, że tytuły "Drunken Devil" i "Hangover Antidote" konkretnie nakierują). Jaki jest Twój ulubiony trunek? I co jest najgorszym trunkiem, jakie dane Ci było wypić.

T: Dotknąłeś drażliwego dla mnie tematu. Zafundowaliśmy sobie niezły postrzał w kolano, piętę i dupę przez te nasze kawałki o chlaniu i alkotytuły. Przyklejono nam łatkę, taki jest kurwa zły ten świat hahahaha. Odeszliśmy od tej tematyki w tekstach praktycznie całkowicie. No ale cóż, jebać stare baby. Jak to mawiał Keith Richards : “nieważne co mówią, ważne, że mówią” haha. Lubimy se łyknąć, ale czasy zalewania ryja do oporu już minęły. Kurwa, ile można. Jeśli chodzi o mój ulubiony trunek, to jest to bezapelacyjnie piwo, schłodzone. A najgorsze ścierwo, jakie piłem, to było chyba jakieś tanie piwo zmieszane w pokalu z jakimś gulaszem na spirytusie.

S: No właśnie, za kołnierz nie wylewaliśmy nigdy, ale lata i zdrowie już nie te, co kiedyś. U mnie więc już tylko piwo i to też sporadycznie. Nie mam już ulubionego, bo te co lubiłem zeszły na psy, a tych wszystkich wielobarwnych ultrapszenicznych pięćdziesiąt razy filtrowanych i deptanych bosymi stopami młodych dziewcząt spod Pierdziszewa nie ruszę. Najgorsze? Wszelkie tanie wina do jakich był dostęp dwadzieścia pięć lat temu. Na całe lata zepsuło mi to smak i przez wiele lat później nie mogłem nawet powąchać niczego, co zawierało w sobie wiśnie, haha


Dzięki za wywiad, ostatnie słowo idzie do was.

T: Dzięki również i za obecność na łamach OMMM!

Support underground, keep the fire burn!

 Wojciech Michalak 

 

baa222