TRIPTYKON (PL)

TRIPTYKON zstąpił po raz pierwszy na polską ziemię i dosłownie zmiażdżył publiczność pod sceną na ceremonii przeprowadzonej podczas polskiej edycji objazdowego festiwalu Metalfest 2012. Cały show składał się z czterech (sic!) kawałków („Procreation of the Wicked”, „Goetia”, „Synagoga Satanae” i „The Prolonging”) i oczywiście zamienił pierwszy dzień festiwalu w klapę, gdyż nikt po nich nie wydawał się godny by wejść na scenę i się nie ośmieszyć. Oczywiście nasz Koncertowy Szwadron Śmierci nie mógł odpuścić takiej okazji i na tę okoliczność spotkał się z Człowiekiem stojącym za tą Potęgą, Thomasem G. Warrioriem we własnej osobie, aby przeprowadzić krótki, acz owocny wywiad, który powinien posłużyć jako deser po dłuższej pogawędce, zaprezentowanej w „Oldschool Metal Maniac” #2.

Aby nie przedłużać, TOM WARRIOR, panie i panowie!

 

Witaj Tom! Jak nastrój po koncercie w Jaworznie? To twój drugi koncert w Polsce, od czasów pamiętnego występu Celtic Frost przed Slayer w 2007 w katowickim Spodku

Tom: Prawdę mówiąc grało mi sie wyśmienicie i nie mówię togo tylko dlatego, że siedzę tu z wami. Szkoda jednak, że nasz koncert musiał się odbyć tak wcześnie (Triptykon zagrał około 15:30-przyp.T.), ale mieliśmy znakomite nagłośnienie na scenie i fantastyczną publiczność. Długo czekałem na to, by znów tu przyjechać i zagrać. W Polsce zagraliśmy jeden z naszych najbardziej pamiętnych koncertów z Celtic Frost i od tamtej pory chciałem wrócić tu i znów zagrać. To była wielka przyjemność. Zagraliśmy kilka kawałków, które były dość niecodzienne, jak na tak krótki koncert i świetnie się przy tym bawiliśmy…

Jakie główne różnice wskazałbyś pomiędzy dzisiejszym występem Triptykon a twoją ostatnią wizyta z Celtic Frost?

Tom: Zawsze istnieje zasadnicza różnica pomiędzy graniem w sali i na zewnątrz, lecz tak długo, jak ludzie są tam i dają szansę naszej muzyce, to tak naprawdę się liczy. Podobał mi się dzisiejszy koncert, bo było wietrznie i deszczowo, a takie okoliczności świetnie pasują do naszej muzyki. Jeżeli już mamy grać w świetle dziennym, lepiej, żeby to wyglądało właśnie tak. Nie wydaje mi się, żeby Triptykon wyglądał dobrze w promieniach słońca.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem wspominałeś o planowanym wydawnictwie DVD, które miałoby zawierać materiał z waszych koncertów. Czy mógłbyś powiedzieć parę słów na temat waszych planów wydawniczych?

Tom: To bardzo ambitny projekt. To nie będzie po prostu DVD z koncertu, tylko cały koncertowy dokument. To plan, który jak najbardziej chcemy zrealizować, ale nie mogę jeszcze podać ci konkretnej daty wydania. Ale pracujemy nad tym intensywnie. W planach mamy jeszcze drugi materiał DVD. Mamy wiele pomysłów, lecz czasami trzeba wykazać się cierpliwością. Nie lubię robić rzeczy szybko. Lubię robić rzeczy właściwie i dokładnie. Liczy sie dla mnie nie szybkość, ale jakość efektu, a jakość wymaga czasem trochę większego nakładu pracy.

Porozmawiajmy przez chwilę o przeszłości. Czy utrzymujesz jeszcze jakikolwiek kontakt z Martinem Erikiem Ainem?

Tom: Więc… Niemal żadnego. Bardzo, bardzo rzadko. Nie ma między nami jakiegoś szczególnego nieporozumienia, nic z tych rzeczy, po prostu prowadzimy bardzo różne tryby życia. On nie jest muzykiem. Jest właścicielem klubów i barów, a ja nadal gram i żyję w trasie. Poza Celtic Frost prowadzimy bardzo różne życia i po prostu nie mamy już więcej o czym ze sobą rozmawiać. Myślę, ze rozczarowaliśmy się sobą w pewien sposób i na pewnym poziomie. Zrobiliśmy razem trochę wspaniałej muzyki i ta muzyka pozostanie z nami już na zawsze, ale działo się sporo złych rzeczy, więc… Wszystko musi kiedyś mieć swój koniec.

Czy uważasz, że ten skład Triptykon jest ostateczny?

Tom: Och, mam nadzieję! Wszyscy chcielibyśmy tego. Ale też wszyscy jesteśmy tylko ludźmi więc nie możemy przewidzieć, co stanie się w przyszłości. Teraz jednak jesteśmy bardzo szczęśliwi grając w tym składzie. Pracujemy razem już od czterech lat, więc mamy nadzieje, że tak zostanie. Jesteśmy czwórką bardzo różnych od siebie ludzi. Różni nas wiek i tryb życia, ale mam nadzieję, że rozwiniemy się razem na tyle, żeby zostać ze sobą przez dłuższy czas. Wszyscy mamy taką nadzieję. Życie jest nieprzewidywalne, ale mogę ci powiedzieć, ze kochamy grać w tym zespole i cała nasza czwórka to tak naprawdę grupa dobrych przyjaciół.

To było zdecydowanie widoczne na scenie. Kiedy widziałem cię z Celtic Frost, sprawiałeś wrażenie wycofanego, jednak dzisiaj po prostu rządziłeś!


Tom: To było wtedy kompletnie inne uczucie. W zespole działo się wiele złych rzeczy i każdy stał na scenie po prostu odwalając swoją robotę. Triptykon to zespół przyjaciół i tak naprawdę gramy ze sobą, a nie przeciwko sobie. To naprawdę ogromna różnica.

Czas na odważne pytanie: Czy czujesz się ikoną?

Tom: Nie! Dlaczego miałbym tak się czuć? Jestem tylko człowiekiem. Co jest we mnie takiego niezwykłego? Ludzie ciągle używają tego słowa, wielkiego słowa, aby mnie określić, ale ja pochodzę z prostego otoczenia, dorastałem w biedzie, byłem wykorzystywany, musiałem używać przemocy, nie miałem koneksji, przyjaciół, niczego… Hellhammer powstał w małej wiosce, gdzie nie było niczego. Nie mieliśmy talentu, kontaktów, forsy, niczego. Pamiętam to bardzo dobrze każdego dnia. Tak więc nie widzę, co miałoby czynić mnie ikoną. Miałem po prostu to szczęście, że tworzyłem muzykę i znaleźli się ludzie, którzy chcieli jej słuchać. Jeśli ktokolwiek tworzy ikony, to właśnie ludzie, publiczność, taka jak dziś, ale na pewno nie muzycy. Możesz grać jakąkolwiek muzykę chcesz, ale kiedy nikt jej nie słucha… To właśnie fani, publiczność sprawia, ze zespół jest wielki i wyjątkowy. Nie znoszę kiedy muzycy obnoszą się ze sobą, a nawet tutaj, na tym festiwalu, jest jeden, dwa zespoły, które znam osobiście i nie znoszę, kiedy do głów uderza im poczucie, że są geniuszami czy kimś takim, bo to nieprawda. To ludzie tam, pod sceną. To oni dają ci podstawę, oni są otwarci, oni dają ci szansę, oni słuchają twojej muzyki i czynią z ciebie to, kim jesteś. Nie muzycy. Ja jestem tylko człowiekiem. Fanem metalu, takim jak ty. Co jest we mnie wyjątkowego? Obydwaj przecież pasjonujemy się tą muzyką. To wszystko.

Jak sądzisz, dlaczego na dzisiejszej scenie metalowej brak tak odważnych i nietuzinkowych zespołów, jak Celtic Frost w okolicach „Into the Pandemonium”?

Tom: Zawsze łatwiej jest grać coś, co już istnieje. Zawsze najłatwiej wybrać najbardziej oczywistą drogę. O wiele więcej odwagi wymaga podjęcie ryzyka i postawienia na szali całej swojej kariery, tworząc album odważny i wyjątkowy. Wydaje mi się, ze czasami w mojej karierze przydarzały mi się momenty brawury, kiedy tworzyłem albumy za bardzo odstające od tego co robiłem, do tego stopnia, że niemal zniszczyłem sobie karierę. Wiesz, o obydwu podejściach do muzyki można wiele powiedzieć. Czasami myślę, ze powinienem grać jak AC/DC. To też jest świetne. Nie wiem, wydaje mi się, ze gdzieś tam istnieją zespoły, które są bardzo odkrywcze. Zrozumienie ich może jednak zająć trochę czasu.

Czy usłyszałeś ostatnio coś na tyle specjalnego, żeby przykuło twoją uwagę, lub co w twojej opinii wyznaczyłoby kierunek, w jakim podąży metal w przyszłości?

Tom: Tego jeszcze nie wiem. Gdybym mógł przewidzieć, w którą stronę rozwinie się metal, byłbym geniuszem. Nie mam pojęcia. Mogę tylko powiedzieć o zespołach, które poruszyły mnie osobiście, na przykład Wounded Kings. Widziałem ich na żywo, mam wszystkie ich płyty. Ich muzyka porusza mnie do głębi. Nie wiem jednak, czy oni są przyszłością metalu. Nie wiem czego oczekują fani. Jeżeli jesteś szczerym muzykiem będziesz grał muzykę, która w tobie siedzi, a nie tworzył jej pod dyktando publiczności. Jeżeli będziesz miał szczęście, twoje uczucia pokryją się z uczuciami publiczności. Ale nie wiem, co będzie następną dużą rzeczą w metalu. Nie mam pojęcia. A jeżeli to będzie wielka rzecz, to skąd będzie wiadomo, czy jest ona tak naprawdę dobra?

To by było na tyle. Dzięki za możliwość przeprowadzenia wywiadu. To był zaszczyt. Ostatnie słowa należą do ciebie.

Tom: Nie ma problemu. To była przyjemność. Tak jak mówiłem, to wielka przyjemność być tu z powrotem i dziękuję za otrzymanie tej możliwości. Dziękuję wszystkim tym, którzy razem ze mną podążają tą ścieżką ze mną mimo wszystko, Jak już mówiłem wszystko zawdzięczam fanom i to że jestem muzykiem oznacza, że uwierzyli mi i umożliwili mi to, więc jedyne co mogę powiedzieć, to dziękuję.

Oprócz kreatywności Warriora siłą napędową Triptykon jest również potężny, gęsty niczym smoła bas. Tym bardziej zaskakującym jest fakt, iż osobą odpowiedzialną za obsługę tego czterostrunowego buldożera jest jednakowo piękna i utalentowana dama, Vanja Slajh. Jako że pojawiła się taka możliwość, nie zwlekaliśmy by zadać jej kilka pytań i urozmaicić jakoś nasz mały Trybut dla Triptykon. Vanja okazała się nie tylko piękna, ale też miła i otwarta. Co nam powiedziała? Sprawdźcie poniżej…

Hell-o Vanja! Jak podobał Ci się dzisiejszy koncert? To był wasz pierwszy raz z Triptykon w Polsce…

Vanja: Tak, bardzo mi się podobało i świetnie się bawiłam, chociaż pogoda była dość dziwna i wietrzna… Ale mieliśmy świetną publiczność. Była wspaniała. I atmosfera tutaj jest naprawdę przyjazna…

A nie było to za wcześnie, jak na was?

Vanja: Tak, prawdę mówiąc było. Nigdy nie graliśmy tak wcześnie, to fakt, ale i tak było ok. To nie ważne, tak długo, jak możemy robić swoje (śmiech)!

Swoją drogą, jak Ci się gra obok tak wielkiej i wpływowej persony, jaką jest bez wątpienia Tom Warrior?

Vanja: Muzyka jest moją pasją i kocham to, co robimy, a więc to co robimy jest dla mnie ogromnie ważne, zwłaszcza, że moim marzeniem od zawsze było podróżować po świecie i grać. Wszyscy jesteśmy bardzo wdzięczni Tomowi za szanse wspólnego grania. Ja i on przyjaźnimy się już od sześciu lat. Zawsze chcieliśmy stworzyć razem trochę muzyki i sposób, w jaki to się zmaterializowało uważam za piękny.

OK, to pytanie może być dość trudne. Jak to jest w pewnym sensie zastępować Martina Erica Aina?

Vanja: Doprawdy dziwne pytanie. Kiedy zaczęliśmy grać z Triptykon też zadawałam sobie to pytanie i oczywiście byłam nieco przerażona…

Idzie Ci świetnie!

Vanja: Dziękuję! (śmiech) Teraz nie czuję już tej presji. Faktycznie bardzo się denerwowałam, kiedy zaczęliśmy grac koncerty, ponieważ wiem, że Martin jest ikoną sam w sobie i ciężko jest być kobietą, która w pewnym sensie ma go zastąpić. Idzie mi o tych wszystkich hadcore’owych fanów, nigdy nie wiesz tak naprawdę, czego się po nich spodziewać, ale koniec końców po prostu zrobiłam to po swojemu. Nie staram się być nikim innym, poza sobą i po prostu robię swoje.

Wielkie dzięki za ten krótki wywiad. Ostatnie słowa należą do Ciebie!

 

Vanja: I love Poland! Piwo dobre, cześć! (śmiech)

 

Wywiad przeprowadził

Tymoteusz Jędrzejczyk

Foto Live Leszek Wojnicz-Sianożęcki

Więcej zdjęć z koncertu TRIPTYKON na METAL FEST w naszych galeriach: link

 

 

 

 

Poprawiony (niedziela, 21 października 2012 16:38)

 

baa222