HEKTOR The Inner Dementia (PL)

HEKTOR z Gdyni. Zespół, który powstał w maju 1986 roku. Grupa, która wypracowała swój specyficzny i niepowtarzalny styl grania i była zarazem częścią Gdyńskiej Sceny Alternatywnej. O ile o stylu najlepiej przekonać się słuchając muzyki HEKTOR, to niewątpliwie można śmiało stwierdzić, że była to odważna fuzja thrash metalu z naleciałościami muzyki hard coreowej oraz psychodelii.

Formacja, która nie bała się eksperymentować, co dobitnie udowodniła w 1989 roku, w czasie sesji nagraniowej The Inner Dementia. Wówczas na scenie metalowej byli czymś niezwykle świeżym i nowatorskim. Nikt w Polsce nie grał tak jak HEKTOR. I tego typu stwierdzenie nie jest bynajmniej na wyrost. Wystarczy porównać The Inner Dementia z materiałami, które ukazały się w 1989 roku, w chylącym się ku upadkowi - schyłkowym PRL. Nie był to bowiem schematyczny materiał, który można było wepchnąć w proste szufladki z napisem „thrash”, „death”, bądź „grind”.

Eklektyzm muzyki HEKTOR być może uwarunkowany był tym, że muzycy, a przy okazji, co ważne – koledzy z zespołu, tworzyli w Gdyni. Miejscu specyficznym. Waldemar Rudziecki, ojciec chrzestny alternatywnego rocka w Trójmieście, był człowiekiem, który pomógł zespołowi HEKTOR już na starcie. To on zainicjował powstanie Młodzieżowego Centrum Kultury. - Naszym opiekunem muzycznym, kimś na kształt impresario był Waldemar Rudziecki - organizator słynnych festiwali Nowa Scena. To on nas odnalazł – mówi Michał „Michael; Paziu” Graban współzałożyciel i zarazem gitarzysta HEKTOR.

„Powstanie w Gdyni Młodzieżowego Centrum Kultury (MCK) w 1986 roku pozwoliło coraz liczniejszej grupie wykonawców zaprezentować się szerzej, jako zwarte, a jednocześnie różnorodne i twórcze środowisko, wnoszące nową jakość do polskiej muzyki rockowej. Związani z GSA wykonawcy, nie królowali wprawdzie na listach przebojów, bo w ogóle nie sposób było usłyszeć ich w radiu, ale o niezwykłym trójmiejskim "mikroklimacie" muzycznym krążyły wśród fanów rocka legendy” – pisał Janusz Szreter na stronie portalu gdansk.naszemiasto.pl w kwietniu 2011 roku.

Jak dodaje Michał Graban, dzięki W. Rudzieckiemu zespół HEKTOR wszedł do studia, które było wówczas jednym z lepszych w Polsce. - Rudziecki jakoś to studio skompletował dzięki znajomościom z okresu komuny, gdy był szefem Młodzieżowego Centrum Kultury. Dzięki niemu i znajomościom jakie nawiązał przez Nową Scenę, pojechaliśmy na nasze tournee po Holandii i Niemczech w 1990 roku. Waldemar Rudziecki miał wiele planów – mówi M. Graban. - Niektóre były szczątkowo realizowane np. pierwszy numer pisma Music Pub, inne spaliły na panewce. Nie wszystko mu wychodziło. Można by go krytykować długo, ale jest faktem, że sporo się wokół niego działo – kończy muzyk HEKTOR.

- Oprócz tego, że graliśmy thrash, byliśmy częścią składową Gdyńskiej Sceny Alternatywnej – podkreśla M. Graban. - Legendarnej grupy kapel i środowisk, które miały nie tylko znaczenie muzyczne, ale i kulturalne, artystyczne i polityczne. To konsekwencja nadmorskiego położenia Gdyni powodowała, że pewne prądy i kontestacje, promieniowały tu szybciej i inaczej (nowofalowo, alternatywnie, punkowo). Stąd utrzymywaliśmy bliskie stosunki z Pancernymi Rowerami, Apteką, Canadą. Osobiście zacząłem grać na gitarze właśnie pod wpływem Michała Orlewicza z Pancernych Rowerów, który zginął w wypadku samochodowym z perkusistą Apteki. Orlewicza znałem od dzieciństwa. W zasadzie napisałem już, że inspirował mnie Orlewicz. Później trochę chałupnictwa i tak założyłem kapelę, która wpierw grała w IV LO. To był 1986 rok, miałem wtedy 16 lat – dodaje Michał Graban.

Wokalista Krzysztof „Criss” Cybulski do zespołu HEKTOR trafił w marcu 1987 roku. Oto jak wspomina lata 80.

- W 1984 stworzyliśmy fajną ekipę z moimi serdecznymi kumplami. Gdy wyszła "Powerslave" Iron Maiden byliśmy wszyscy pod wielkim wrażeniem. Potrafiliśmy grać na niewidzialnych gitarach i stworzyć coś w rodzaju show Iron Maiden. Było nas oczywiście pięciu, jeden blondas a la Dave Murray, drugi gitarzysta, pałker (mój wielki przyjaciel), który ustawiał jakieś nie wiadomo co z kolorowych plastikowych koszów na śmieci - grunt, żeby to było kolorowe i przypominało perkusję McBraina. Do tego mój kolejny wielki przyjaciel, który uważał, że jest samym Bruce'em Dickinsonem - zakładał panterkę a la Bruce z trasy Piece Of Mind. Ja byłem oczywiście Harrisem, nawet zamówiłem i stworzyłem sobie niebieski bass ala Fender. I uwaga: te gitary nie grały. Po prostu fajnie wyglądały, a my mieliśmy super ubaw. Puszczaliśmy sobie Live After Death i każdy ... udawał, że spełnia tę rolę do której został przeznaczony. Robiliśmy sobie zdjęcia. Z kolumn grał Iron Maiden, a my zachowywaliśmy się jak wariaci. Udawaliśmy, że gramy kropka w kropkę to samo co oni. Pełna szajba. To oczywiście padło śmiercią naturalną. Ale nie zapomniałem o takim podejściu. W 1985 widziałem w Sopocie koncert Jaguar, a niewiele później koncert hard-rockowego Omen w Gdyni. Omen strasznie mi się podobał, nawet wylądowałem u nich na próbie, bo chciałem być ich wokalistą. Zagrali i zapytali: masz mikrofon? Nie miałem i tak padło to wszystko. Nie wiedziałem na co mnie stać, strasznie chciałem grać (albo śpiewać) i powiedziałem - spróbujmy. Oni na to - jak nie masz mikrofonu, to spadaj. Ok!

- Chodziłem sobie do IV Liceum w Gdyni. Zajęcia z WF były wspólne – kontynuuje K. Cybulski. - I zasuwałem na WF w koszulce Iron Maiden. Z innej klasy pojawił się gość w koszulce AC/DC. Oczywiście złapałem z nim wspólny język. I to był Judas. Po krótkiej wymianie zdań, powiedział - chodź na próbę do nas. Zobaczyłem ich na akademii - grali fajnie, ale sprawiali wrażenie ludzi jakby nie z tego kosmosu. Wyglądali jakby chcieli grać coś innego. Po akademii zostałem. A oni włączyli fuzy i zaczęli po prostu napierdalać. Jakieś takie nie wiadomo co, ale to był heavy metal. Albo przynajmniej ja tak to widziałem i słyszałem. Na basie grał Gabryś, gitary obsługiwali Paziu i Judas, na bębnach grał Wolin. Gabrysia znałem z podstawówki, ale w sumie byłem w szoku , bo on zawsze słuchał jakichś tam new-romantic albo coś w tym stylu. Nieważne. W marcu 1987 przyszedłem do nich na próbę. Na kolumnie Eltron leżały teksty. Czułem się dziwnie, wydawało mi się, że strasznie lubię tych kolesi. Wziąłem te kartki do ręki, oni zaczęli grać - i jakoś poszło. To były polskie teksty, zaśpiewałem bez mrugnięcia oka. I wzięli mnie do kapeli. Mówili, że chcą takiego mocnego głosu (śmiech).

Basista - Gabriel „G.B.” Białobrzewski deklaruje, że przed wstąpieniem do HEKTOR nie grał w innym zespole: - Raczej nie… Chyba, że bierzemy pod uwagę jakieś epizody pod hasłem”kapela z piwnicy” - to tak, wówczas grałem. Były to pierwsze fascynacje dobrą muzyką z kumplami z podwórka. Zawdzięczam to wychowaniu muzycznemu poprzez płyty winylowe, a podwaliny były solidne: Yes, Jethro Tull, AC/DC, Rush. Muszę też wspomnieć, że Gdynia w tamtych czasach to było takie „okno na świat” muzyki. Marynarze przywozili czarne krążki i rozchodziły się one w oficjalnym - komisowym obiegu, jak i czarnorynkowym nakładzie, a było tego sporo. W tamtych czasach do rangi nobilitacji urosło posiadanie porządnego gramofonu, jakiś wzmacniacz i głośniki – wszystko zwykle rodzimej produkcji - ale jaja jak to się pozmieniało. Dzisiaj półki zawalone są sprzętem i mało kto kupuje, a wtedy? Szkoda gadać. Wracając do roku 1986. Wszyscy poznaliśmy się w Liceum, chodziliśmy do różnych klas - zabij mnie – ale nie pamiętam jak do tego doszło. Coś mi świta, że wywieszono ogłoszenie na szkolnej tablicy o chęci powołania szkolnego zespołu muzycznego. Z Criss-em poznaliśmy się już wcześniej i to on - wówczas już rasowy metal w dżinach, Adkach i ramonezce – zaraził mnie Metallicą. Pamiętam słuchałem Kill’em All i And Justice for All całymi nocami. Ale wracając do Liceum. Pod egidą zespołu muzycznego realizowaliśmy własne „wariacje na temat” i to wtedy Paziu wpadł na pomysł nazwy kapeli, wynikało to z jego fascynacji mitologią grecką. Teksty były też oparte na mitologii, ale to już działka Crissa. Układ był prosty – my graliśmy na szkolnych akademiach - coś tam „umpa – umpa”, a za to wdzięczna dyrekcja udostępniała nam salę na próby w każdą sobotę. Miało to wówczas ogromne znaczenie, bo sala muzyczna była nieźle wyposażona. Fakt - stary sprzęt, jakieś gary Amati czy Polmuz i gitary Luna, ale był. I tak mieliśmy miejsce i sprzęt, aby się rozwijać.

Wojciech „Adder; Żmija” Żmijewski, perkusista zespołu: - Do Hektora dołączyłem później, zastępując Piotra „Wolina” Wolińskiego, który wstępował do wojska. Chyba tak z przypadku siadłem na „kastingu” za bębnami na szkolnym korytarzu. Wcześniej grałem punk rocka (śmiech) z bratem i kolegą.

Pierwszy koncert HEKTOR odbył się 15.05.1987 r. w czasie imprezy "Rock na Zaspie".

- Było to dosyć traumatyczne przeżycie – opowiada Gabriel Białobrzewski. - Słynna gdańska Zaspa-stolica skinheadów, których wtedy sporo chodziło po ulicach i napierdzielali wszystkich „innych”. Sam koncert przypominał atmosferę punkowych klubów z UK lat 80. Mała scena, kupa ludzi, niezłe oświetlenie i sprzęt, a to wszystko w oparach dymu papierosowego i piwa - no i oczywiście skandujący „Oi, Oi” skini, którzy wyrażali w ten sposób dezaprobatę, jak również aprobatę dla tego co działo się na scenie. Przeważała muzyka Punkowa, trochę Alternatywy, no i my chyba jako jedyni – Thrash. Utkwił mi szczególnie w pamięci występ formacji RJR - Roztrzepanie Jąder Reaktora z Gdańska - ale dali czadu. Ale skoro wyszliśmy stamtąd cało i z gitarami, to myślę, że publiczność była zadowolona.

- Trema ogromna - wspomina ów pierwszy występ Krzysztof Cybulski. – Pamiętam, że Wolin z Gabrysiem walnęli sobie po kieliszku wódki przed występem. Judas chyba też. Paziu nie pił i ja też nie. Duże wrażenie wywarł na nas Tyran - znałem Choinę wcześniej jako fajnego kumpla metalowca, a on wylazł z takim bandem i z takim materiałem... Byłem pod ogromnym wrażeniem.

- Było OK, wspominam ten koncert miło - kwituje krótko pierwszy koncert HEKTOR Michał Graban.

Kolejny występ na żywo, zespół HEKTOR zagrał niejako "u siebie", w IV LO w Gdyni ...

- Tak, to był drugi koncert HEKTOR'a w historii. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że Judas trzy razy zaczynał "Blessed Death" – opowiada Krzysztof Cybulski. - Ja z kolei latałem w jakichś ćwiekach, szał na maxa, nawet wspiąłem się na tablicę od jednego z koszów na sali gimnastycznej. Na tym koncercie strasznie nabijał się z nas pewien człowiek, nazywał się Wojtek Żmijewski i dołączył do HEKTOR we wrześniu 1987.

Krytyczny i dosadny w ocenie koncertu w LO jest Michał Graban. - Ten koncert nie był udany – mówi.

Mniej więcej pół roku później w sali gimnastycznej IV LO w Gdyni miało miejsce niecodzienne wydarzenie. Około godziny 23.00 podczas balu przedmaturalnego zagrał nie kto inny, a…HEKTOR!

- Koncert ten jest zarejestrowany na video – wspomina Gabriel Białobrzewski. - Dzisiaj jak to oglądam, to mam łzy w oczach ze śmiechu. Studniówka, panny w kreacjach, kolesie w gajerach, nad nami wojskowa siatka maskująca, no i my – numer wieczoru - już jako Hektor. W glanach, jeansach, ramonezkach. Ze sceny nuklearne wyziewy, a publika tańczy pogo na środku sali gimnastycznej, co poniektórzy profesorowie też się przyłączyli - super atmosfera.

Odnosząc się do tego występu Wojciech Żmijewski refleksyjnie wspomina: - IV LO w Gdyni to symboliczne miejsce dla Hektora, ilekroć przejeżdżam obok, widzę okno sali od muzyki w której graliśmy. Czasy dla muzy były ciężkie (brak sprzętu), ale był ten wyjątkowy klimat, szkolni fani, akademie. Mieliśmy zapewniony sprzęt, salę prób i duże plany na przyszłość. Na akademiach z przeróżnych okazji graliśmy Oddział Zamknięty, T. Love (hit IV LO), Perfect, a po godzinach młóciliśmy początki heavy rocka i thrash. Zaliczyliśmy też studniówki z pogo pod sceną (śmiech) w gajerkach i prawie usunięcie ze szkoły za pewien polityczny utwór De Press.

Rok 1988 to m.in. zmiana miejsca na próby. HEKTOR może teraz ćwiczyć na działce babci Judasa. To także początek znajomości ze Staszkiem Wójcikiem – organizatorem Festiwalu Drrrama.

- Dużo wody upłynęło do tego czasu – podkreśla K. Cybulski. - W maju 1988 ja i Judas mieliśmy maturę. Do tego czasu graliśmy sobie spokojnie w IV Liceum Ogólnokształcącym w Gdyni. Próby były regularne, zespół stawał się coraz to bardziej pewny swoich poczynań. Po odejściu Wolina we wrześniu 1987 naszym pałkerem został Żmija i to był moment przełomowy. Ten gość potrafił uczynić z perkusji coś w rodzaju numeru jeden, grał szybko i bez kompromisów. Wiadomo było, że pasuje do HEKTOR. W czerwcu 1988 napisaliśmy There Is No Mercy. Napisaliśmy ten numer jeszcze w pierwszym okresie naszej twórczości, w szkole, tam gdzie zaczynaliśmy. Potem, po moim odejściu i Judasa, gdyż zdaliśmy maturę, nie mogliśmy już dłużej grać w szkole. Rodzice Judasa wyszli nam naprzeciw. Judas zaproponował nam „kanciapę”, miejsce na działce swojej babci. Piękne miejsce, którego już dziś nie ma. Na peryferiach Gdyni, trzeba było przejść przez tory. Cudowna działka, mnóstwo kwiatów. Po przejściu przez tą działkę, na końcu była drewniana budka - mniej więcej 4 metry na 4. Zrzuciliśmy tam cały sprzęt, odrestaurowaliśmy, dywany na podłodze, plakaty na ścianach...

- W sierpniu 1988 wiedzieliśmy już, że zagramy u Staszka Wójcika na Drrramie. Nowym numerem powstałym w kanciapie był Back To Primitive - no i zagraliśmy u Staszka. Rok 1988 był super. Dlaczego? Waldek Rudziecki, główny promotor Gdańskiej Sceny Alternatywnej widział nas na Nowej Scenie w Sopocie w czerwcu 1988. Stwierdził, że mamy duży potencjał. Uznał, że możemy nagrać płytę w ich nowym studio, profesjonalnym jak na tamte czasy. W pierwszej wersji mieliśmy nagrać płytę razem z Tyranem - pięć utworów oni, a pięć my. Szybko to upadło, bo Tyran był w dołku, nie próbował, nie był w stanie sprostać wymaganiom - dlatego Waldek powiedział "szykujcie się, nagrywacie całą płytę". Dla nas to był szok - i zaczęliśmy tworzyć materiał na "The Inner Dementia".

- Tak, rok 1988 był przełomowy, ale bardziej z powodu, o którym mówiłem już na początku: Waldek Rudziecki, Scena Alternatywa itd. – mówi Michał Graban. I zaraz dodaje: - Oczywiście Wójcik, Drrramy itd - wszystko to też było ważne. Zwłaszcza taki koncert pamiętam w Ciechanowie, kiedy to zaprezentowaliśmy nowy materiał ala VoiVod (tzn. materiał, który był prawzorem Demencji). A wcześniej były jeszcze udane koncerty w klubach osiedlowych i w szkole.

- Granie do woli to bezcenne dla muzyka - miejsce na działce było idealne – wspomina Wojciech Żmijewski. - Pomidory, ogórki, sałata, a pośrodku my... Za płotem industrialne budowle przemysłu metalowego na ul. Hutniczej w Gdyni, więc łoić trzeba było ostro (śmiech). Staszek Wójcik i Ghost bardzo nam pomógł w wypromowaniu na Pomorzu, a potem i w kraju. Nie mniej jednak w końcu trafiliśmy całkowicie pod inne skrzydła – Waldka Rudzieckiego i Gdyńskiej Sceny Alternatywnej. Byliśmy w „stajni” z trójmiejskimi kapelami, takimi jak: Apteka, Pancerne Rowery, Canada, absolutnie nie związanymi z thrash metalem, dzięki temu byliśmy „wisienką na torcie” trójmiejskiej muzy... Dostaliśmy zielone światło i „The Inner...” jest tego dowodem.

- No tak… Słynna działka na obrzeżach Gdyni – zielono, cicho, ale w pewnym momencie mam wrażenie, że wszystkie ptaki z tej okolicy się wyniosły – humorystycznie mówi Gabriel Białobrzewski. - To było super miejsce, nikt nam nie przeszkadzał, nie byliśmy ograniczeni czasem, grono kumpli, gorące kiełbachy z ogniska, browary i muzyka. Mogę śmiało powiedzieć, że graliśmy wtedy mini koncerty dla przyjaciół kapeli. Układ był prosty: możemy tam być pod warunkiem zachowania w stanie nienaruszonym fauny i flory, a z tym różnie bywało – przyznaje rozbrajająco G. Białobrzewski.

- Stasiu Wójcik… Wspominam go serdecznie. Był to chyba jedyny facet na Pomorzu, który oficjalnie za zgodą władz organizował festiwale muzyki metalowej, chyba trochę na przekór T. Dziubińskiemu i z czystej nią fascynacji. Flagowym zespołem Staszka był wtedy GHOST z bazą w klubie w Pruszczu Gdańskim. Oczywiście, nie obyło się bez wspólnych biesiad.

Kolejne ważkie wydarzenie z 1988 roku to koncert, który HEKTOR gra na Drrramie w Pruszczu Gdańskim. Przy okazji pytam też o refleksję dotyczące występu na Festiwalu w Jarocinie.

- Drrrama w Pruszczu - już na samą nazwę festiwalu patrzę dzisiaj jak na coś wyjątkowego i przemyślanego - ocenia Gabriel Białobrzewski. - Pełne zaplecze, sprzęt, oświetlenie, no i tłumy wielbicieli tej muzyki. Potem Jarocin – wielkie wyzwanie, słynne miejsce na całą Polskę i szansa na zaistnienie na rynku. Tutaj muszę wspomnieć o ogromnej roli Waldka Rudzieckiego – szefa MCK w Gdyni, które skupiało większość kapel z Trójmiasta. Ale tak jak Gdynia w tamtych czasach była „inna”, tak i muzyka też. Można śmiało powiedzieć o naszej przyjaźni z Pancernymi Rowerami, Apteką i innymi zespołami.W tym towarzystwie znaleźliśmy się też i my – może z inną muzą, ale wydaje mi się ciekawą – jak na tamte czasy. Graliśmy wtedy dużo koncertów razem w Gdyni, Gdańsku, Sopocie. I tak pojechaliśmy do Jarocina, jako Trójmiasto na specjalne koncerty zatytułowane „Trójmiasto dla Jarocina”. Pamiętam – bez urazy oczywiście - oglądamy występ MAGNUS, panowie poubierani w ćwieki, pieszczochy w kolce na 50 cm, łańcuchy, twarze umalowane, ze sceny sączy się piekielna lawa i w tym wszystkim my - z pytaniem na ustach, ale o co chodzi? Sam koncert Hektora zapowiadany przez Konja z Lalamido pamiętam doskonale. Cytuję „(…)z infernalnych czeluści nieoświetlonej strony życia - HEKTARY SZCZĘŚCIA - grupa Hektor”. Bisowaliśmy dwa razy. Nie wspomnę tutaj o miejscu zakwaterowania całej ekipy z Trójmiasta i o tym, co tam się działo. Oj, się działo.

Paweł „Konjo” Konnak - kustosz Muzeum Polskiego Rocka w Gdańsku, którego konferansjerkę wspominał przed momentem G. Białobrzewski, zapytany o występ HEKTOR doskonale pamięta tamto wydarzenie.

- Mam bardzo sympatyczne wspomnienia z interakcji z Hektorem. Choć ich radykalni fani obrzucili mnie błotem w Jarocinie, latem 1989 roku – przyznaje popularny Konjo. - Prowadziłem w roli konferansjera dzień Gdańskiej Sceny Alternatywnej i Hektor ów dzień scenicznie inaugurował. Zagrali tak dobrą sztukę, że fanatycy metalu wymusili na nich 3 bisy. I nie chcieli wpuścić na scenę kolejnych kapel, domagając się "piekielnego soundu Hektora". Ale w końcu pokonałem "dzieci szatana" mocą swoich zakręconych poezji i show mógł ruszyć dalej. Spotykałem się jeszcze potem z chłopakami kilka razy. Zaprosiłem m.in. Hektora na wielkie dla sarmackiego podziemia wydarzenie - 15 grudnia 1990 roku odbył się w Gdańsku wielki koncert pod kryptonimem "Ukraińskie Noce", który inaugurował działalność pierwszego, niezależnego miejsca w wolnej Polsce, o nazwie Klub Inicjatyw Społecznych C14. Tę istotną miejscówkę nakręcał m.in. mój Totart, Skiba i anarchiści z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. A Hektor wystąpił na tej godnej sztuce obok punkowych kapel z Ukrainy, Miłości i Totartu. Było pięknie!

Wojciech Żmijewski kontynuuje koncertowy wątek w historii HEKTOR: - Na Drrramie chyba padało, co przecież nie może popsuć koncertu. Graliśmy cover Slayer - Angel Of Death, a chłopaki w błocie urządzali „mokre piekło”. Jeżeli możemy, dziękujemy im za to! Jarocin – piękna sprawa, kultowe miejsce, graliśmy jako pierwsi w wieczornej części. Kilku tysięcy gardeł skandowało: „ Hektor, Hektor!”. To zostaje w pamięci na całe życie. Jest z tego koncertu chyba kaseta audio. Cały wypad wspominamy bardzo sentymentalnie.

- Jarocin – ok. Graliśmy wtedy zaraz po wyjściu ze studia, trzy razy bisowaliśmy, a nasi fani rzucali błotem w Pawła Konnaka, gdy na scenę miały wejść Pancerne Rowery. Na Drrramie było słabo – dosadnie puentuje Michał Graban.

- Drrrama 1988 to było dla nas takie małe katharsis – nieco filozoficznie tłumaczy Krzysztof Cybulski. – Wiedzieliśmy, że jesteśmy mało znaczącym zespołem, ale stanęliśmy na wysokości zadania. Ludzie chcieli thrash metalu. I go dostali. To był krótki, 20-minutowy set. Kończyliśmy go naszą wersją Angel Of Death - Slayer. Pokraczną i nie do końca dopracowaną. Ale nasi ludzie oszaleli. Przyjęcie było niesamowite. Jarocin 1989? Zupełnie inna bajka. Jeden z naszych najlepszych koncertów. 8 tysięcy ludzi. Gramy jako jeden z zespołów Gdańskiej Sceny Alternatywnej. Zagraliśmy cały materiał z "The Inner Dementia", który właśnie szlifowaliśmy w studio. Amok. Bisowaliśmy trzy razy.


Po wspominanej wcześniej Drrramie, a także jarocińskich koncertach, HEKTOR rozpoczyna prace nad materiałem pt. The Inner Dementia. Trzy, a czasem cztery próby w tygodniu, trwające po trzy godziny dziennie. W efekcie powstał The Inner Dementia. Materiał nietuzinkowy, a w ówczesnym światku metalowym, niezwykle nowatorski. Przy nagrywaniu tego materiału zespół pracował z Adamem Toczko z PRIMROSE LANE STUDIO w Wejherowie. To dzięki niemu i dobrej współpracy z zespołem HEKTOR brzmienie, jakie uzyskano na The Inner Dementia było jednym z elementów składowych, który stanowił o sile tego materiału.

- Dużo prób dało swoje – wspomina czasy pracy nad The Inner Dementia Michał Graban. – Nigdy, nawet hipotetycznie nie zakładaliśmy, że moglibyśmy grać w innym składzie. Dzięki PRIMROSE LANE STUDIO udało się wiele osiągnąć, zaczęliśmy też wtedy współpracę z Beatą Koską (fragment arii operowej w Back to Primitive). Z Adamem Toczko współpracowało się bardzo dobrze - super nas czuł i motywował. Ten facet miał w sobie energię.

- Wchodziliśmy pierwszy raz do studia - mocno akcentuje ów fakt Wojciech Żmijewski. - Te wielogodzinne próby dużo nam dawały, choć zostawiliśmy trochę powietrza na świeże pomysły podczas sesji. Czasami okazuje się, że coś fajnie gra na próbie, a w studiu jest już inaczej. Dużo pracy producenckiej dołożył Adam Toczko, który podkładał nam muzę z innej bajki, o której nie mieliśmy pojęcia. Taki miks przełożył się na The Inner Dementia. 95 % thrash, 5% „jakby coś było palone” – konkluduje W. Żmijewski.

Wojciech Żmijewski nie kryje entuzjazmu wspominając współpracę z A. Toczko przy The Inner Dementia.

- Współpraca z A. Toczko? Rewelacja, był polskim Rickiem Rubinem. Otwierał nam oczy na pewne rzeczy, ale również chłonął od nas koncepcję na ostrą muzę. Płytę nagrywaliśmy w studiu w Wejherowie (30 km od Trójmiasta). Zasuwaliśmy tam czarnym golfem Adama, wielokrotnie powyżej prędkości dozwolonych. Później Adaś zamienił go na Camaro i było na bogato (śmiech). Nie było wtedy komputerów, cyfrowych miksów, materiał nagrywany prawie na „setkę”. Remiksy takie, że każdy miał swój hebel w konsolecie przy zgrywaniu – prawie jak program na żywo. Nie wyszło, to raz jeszcze. Adam Toczko słusznie zapracował na tytuł jednego z najlepszych reżyserów dźwięku, granie z nim koncertów to była przyjemność – zawsze wypracował efekt, że miło było stać na scenie.

- Słuchając The Inner Dementia po latach, dochodzę do wniosku, że ta inność wynikała z miejsca, w którym powstał materiał, ale nie byłoby tego wszystkiego bez przyjaźni między nami – mówi Gabriel Białobrzewski. - Śmiem twierdzić, że niekiedy próby trwały do rana. Analizowaliśmy każde uderzenie, takt, dźwięk i wypracowywaliśmy wspólny kompromis, a do tego potrzeba przyjaźni i szacunku. Inność materiału wynika też z gry Pazia, który miał ksywkę „Śrubokręt” - ciekawe riffy, niespotykana technika, zwłaszcza w szybkich partiach gitary oraz Wojtka- perkusisty, a jak wiadomo dobry perkusista to podstawa, co przełożyło się na brzmienie płyty. Trafiam dziś w Internecie na opinie młodych ludzi o The Inner Dementia. Są one bardzo pochlebne i podobne do stwierdzenia, że nikt tak nie grał u nas w kraju w tym czasie. Cieszę się że ten materiał przetrwał próbę czasu...i o to w tym wszystkim chodzi…. Adaś, Adaś - postrzelony facet, słuch absolutny, maniak muzyki, sprzętu i gadżetów elektronicznych. Bez takich ludzi nie ma po co wchodzić do studia, które jak na tamte czasy było nieźle wyposażone w sprzęt od Czesława Niemena, kolesi z CYTRUSA i paru innych znanych ludków. Do dzisiaj ciepło wspominamy Adama, nominowanego kilkakrotnie do Fryderyka za realizację-to samo mówi za siebie – kończy G. Białobrzewski.

- W kanciapie szlifowaliśmy materiał na The Inner Dementia. Żyliśmy tymi numerami - po Mercy i Primitive pisaliśmy All The Ways People Lie, Oblivion, Blind Eyes, Dementia, Apathy. Długo pracowaliśmy nad At The Garden Of Innocence, skomplikowane techno-thrash podziały w środku tego numeru dały nam się ostro we znaki – podkreśla Krzysztof Cybulski. - Ostatnim numerem przygotowywanym na płytę był War-Monger. Piekielnie trudny, strasznie ciężko było go zagrać live bez błędu. The Inner Dementia jest jednym z najlepszych materiałów nagranych w Polsce w tamtych czasach - słusznie zauważa K. Cybulski. - Adam uczył się razem z nami, pierwszy HEKTOR był jedną z pierwszych płyt, które wyprodukował. Starał się jak mógł, my też zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy być jak najlepsi w tym momencie...Wyszło to, co wyszło.

Dopytuję muzyków zespołu czy powstało jakieś demo lub czy w obiegu były jakieś nagrania HEKTOR zanim na rynku pojawiła się oficjalna kaseta The Inner Dementia.

- Nie było demo – kwituje K. Cybulski. - Razem z Gabrysiem kopiowaliśmy na dwa decki cztery numery - Mercy, Oblivion, Eyes i Apathy. Około 30 osób w Polsce przysłało do nas kasety i skopiowaliśmy to dla nich.

- Kasety demo nagrywaliśmy głównie na potrzeby organizatorów festiwali i koncertów, a także kumpli z okolicy i nas samych – dodaje G. Białobrzewski. - Każdy z nas brał po próbie taśmę do domu i jeszcze raz analizował, co można zmienić, poprawić. To raczej Criss miał najlepsze kontakty z fanzinami, gdzie szła większość demówek.

Słowa swoich poprzedników potwierdza M. Graban. - Nie powstało demo. Nawiasem mówiąc The Inner Dementia to od początku był materiał na płytę, a nie demo. Tylko, że takie były czasy, że łatwiej było nagrać materiał niż go później sprzedać.

Materiał The Inner Dementia ukazał się na rynku w formie kasety firmowanej przez MiL. Kulisy współpracy z wydawnictwem MiL przedstawiają sami muzycy.

- Musisz mieć świadomość istnienia układów w show biznesie tamtych lat – podkreśla G. Białobrzewski. - Warszawka blokowała wszystko co wychodziło z Trójmiasta, no poza małymi wyjątkami „alternatywy”. Tam były tłocznie, ogromne firmy fonograficzne: Polmuz, Muza, Wifon, armia ludzi o „nienasyconych żołądkach”- trudno było się przebić bez układów, a takich nie mieliśmy. Trzeba tutaj wspomnieć, że był to rok 1990, a co za tym idzie napływ kapitału do Polski w postaci spółek polonijnych, także do branży muzycznej. To była zasługa Waldka Rudzieckiego. Panowie z MiL-u przyjechali do Gdyni z walizką kasy i naprędce kupili kilka materiałów różnych kapel z determinacją w oczach, aby na tym zarobić. Nie sądzę, aby kierowali się oni względami artystycznymi, raczej biznesowymi. No i pojechali m.in. z okładkami. Porównaj okładkę APTEKI i HEKTORA – zgroza! Są one prawie identyczne, nikt nas nie pytał o zdanie, koncepcja była zupełnie inna, było już za późno, aby odkręcić całą sprawę. Wkurwienie nasze i „aptekarzy” nie miało końca. Materiał ukazał się na rynku w ilości około 10 tys. Egzemplarzy i 10 tys. w drugim rzucie – jak sadzę i bez szczególnych profitów dla nas.

- Nawet nie pamiętam jak doszło do współpracy z MiL. Była to w każdym razie jedyna możliwość sprzedania naszego materiału - uważa M. Graban.

- Niestety padła taka decyzja producencka – opowiada o okładce The Inner Dementia W. Żmijewski. - Jeśli wpadnie wam kaseta zespołu Apteka z tamtych czasów - chyba „Big Noise” poznacie facia z okładki – to jego klonowany brat, malowany tą samą ręką...

- Waldek Rudziecki był właścicielem naszego materiału. I mógł zrobić z nim wszystko, to co chciał – wspomina K. Cybulski. - Gdy okazało się, że nie da się wydać HEKTOR'a tak jak trzeba, pojawił się MiL. Dziwni goście, dziwne układy - jak zobaczyliśmy okładkę kasety to po prostu spuściliśmy głowy. I powiedzieliśmy sobie: "o kurwa, ale nas wyruchano".

Warto wspomnieć, że utwór Back To Primitive z The Inner Dementia znalazł się na francuskim maxi-singlu obok kilku podziemnych zespołów z Europy. Było to możliwe dzięki Tomaszowi Ryłko, dziennikarzowi związanemu m.in. z Rozgłośnią Harcerską i publikującemu w Na Przełaj oraz Non Stopie.

- Mam ten singiel do dzisiaj - fajnie wydany, dobrze wytłoczony – wspomina G. Białobrzewski. - Tomek zainteresował się nami i poprzez niego materiał dotarł do Francji, do niezależnej wytwórni Panx. Cieszył się dużym zainteresowaniem także w Niemczech i Holandii, gdzie potem graliśmy trasy. Dzięki Tomaszowi Hektora można było usłyszeć w radio, no i występ w TVP w programie LUZ to też jego zasługa – jak sądzę. To był dla nas pracowity okres. A tak nawiasem mówiąc wydanie tego krążka pokazało ogromne różnice w podejściu do tematu w Polsce i poza nią.

Dopytuję, jak dużo koncertów zagrał HEKTOR, promując The Inner Dementia.

- Nie było czegoś w stylu trasy promocyjnej – odpowiada zdecydowanie W. Żmijewski. - Graliśmy gdzie dało radę, no chyba że wspomnimy trasę po Niemczech i Holandii. Na tamte czasy dla nas kosmos – organizacja, promocja, pierwsze pieniądze zarobione za koncerty, które szybko zamieniliśmy na sprzęt, ludzie ciekawi kapeli z Polski. Byliśmy tam dwa tygodnie, mieszkaliśmy na pewnej farmie, popijaliśmy wiadomo jaki browar na literę H..., a w suszarni rozkładało się zioło, które usypiało nas do snu. Mieliśmy do dyspozycji miejsce na próby, pomarańczowego VW „ogórka” i bardzo przyjaznych znajomych. Zaliczyliśmy naprawdę fajne kluby - trasę organizowali nasi znajomi z KADAVERBAK (Hol.), którzy cudem trafili na próbę na działce Judasa. Obiecali, że pokażą nas „światu” i słowa dotrzymali. Coś takiego, że masz w garderobie napoje ciepłe, zimne, przekąski, backline z najlepszej półki, a akustyk z klubu słucha materiału wcześniej, by osiągnąć dźwięk jak na płycie - to było niespotykane i nawet dziś nieczęsto się zdarza. Notabene Criss zatoczył w 2012 r. swoiste koło, wracając do klubu SO36 w Berlinie na show amerykanów z 24-7 SPYZ. Graliśmy tam na „Berlin Independent Days”, po których rano w hotelu rozdzwoniły się telefony żebyśmy zostali na stałe...

Wątek dotyczący koncertów kontynuuje K. Cybulski : - The Inner Dementia nie miała żadnej promocji. W sierpniu 1989 skończyliśmy nagrywać The Inner Dementia - w międzyczasie zagraliśmy w Jarocinie, który to koncert był wielkim sukcesem. Zwróciliśmy się do Staszka Wójcika żeby zagrać na Drrramie. Staszek nas wtedy zaszokował – powiedział: "zagracie, ale musicie przejść eliminacje". Byliśmy w szoku, gdyż wydawało się nam, że jesteśmy już tak "wielcy", że nie potrzebujemy eliminacji. Zagraliśmy te eliminacje - to był prawdopodobnie nasz najlepszy koncert jaki zagraliśmy - w tym składzie i z tym materiałem. Byliśmy strasznie pewni siebie i graliśmy bez mrugnięcia okiem materiał z The Inner Dementia. Byliśmy w najlepszej formie. Wytypowano nas do koncertu głównego. Mieliśmy zagrać około 17.00 jako zwycięzca eliminacji. Ale, że do koncertu było około pięć godzin Judas i Paziu pojechali do Gdyni załatwiać jakieś swoje sprawy. Gabryś, Żmija i ja zostaliśmy w Pruszczu. Nie piliśmy. Oglądaliśmy kapele, doszła 17.00. Dostaliśmy sygnał, że mamy grać. Było nas tylko trzech i odpowiedzieliśmy: "walcie się, nie ma kompletu". Po czym na scenie głównej zagrał Thanatos, który zajął drugie miejsce, zamiast nas. Potem rozpętała się burza - w fanzinach pisano o "niedobrym, chimerycznym Hektorze", "o kolesiach, którzy nie chcą grać" etc. I tak oto zamiast promocji powstało nie wiadomo co. Następny koncert zagraliśmy dopiero w sierpniu 1990 - w Sopocie na molo - i metalowi fani byli w ogromnym szoku, bo z Demencji zagraliśmy tylko dwa utwory, Primitive i Dementia. Graliśmy już głównie materiał z Imagine Theatre, przygotowany oczywiście w kanciapie. W październiku 1990 zagraliśmy kilka koncertów w Holandii - graliśmy tam materiał z The Inner Dementia i z Imagine Theatre.

K. Cybulski wspomniał zespół Thanatos z Elblaga. Jego lider – Jarosław Misterkiewicz dobrze pamięta zespół HEKTOR: - Pod koniec lat 80 tych mój ówczesny zespół Thanatos nader często grywał koncerty z zespołem HEKTOR. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ich na żywo brzmieli przeciętnie, ale progres jaki Ci panowie przechodzili był na prawdę duży, bo za każdym kolejnym razem kiedy było mi dane oglądać HEKTOR, prezentowali się bardzo profesjonalnie. Pamiętam ich niesamowity gig na eliminacjach do festiwalu Drrrama na małej scenie w Domu Kulturu w Pruszczu Gdańskim. Zagrali fenomenalny set, byli wyśmienicie przygotowani i wygrali te eliminacje o ile mnie pamięć nie zawodzi. W 1989 roku HEKTOR jako jeden z pierwszych Trójmiejskich zespołów metalowych nagrał swój album The Inner Dementia w profesjonalnym studio PRIMROSE LANE. Kiedy usłyszałem ten materiał to dosłownie wypadłem z butów. HEKTOR brzmiał jak na tamte czasy fenomenalnie. Świeżo, potężnie i profesjonalnie. Mocno inspirowali się zespołem Voivod , ale nigdy mi to nie przeszkadzało, bo kiedy grali - czuć było moc i nieprawdopodobny feeling.

- HEKTOR dla mnie to kawał solidnego thrash metalu z Trójmiasta – chwali autorów The Inner Dementia - Krzysztof Maryniewski lider zespołu ARMAGEDON z Kwidzyna. - Na tamte czasy byli bardzo kreatywni i pozytywnie wyróżniali się na tle innych bandów. Był to jeden z zespołów z bardzo dużym potencjałem i byłem przekonany, że zrobią prawdziwą, międzynarodową karierę.

Powyższe słowa potwierdza współzałożyciel ARMAGEDON Romulad Czyczyn - Egierd, który nie kryje entuzjazmu wspominając HEKTOR: - Ciężko ich zaszufladkować, ja słuchałem w latach 80-tych Metalu i Punka i może dlatego mi się to podoba. Po prostu wiem o co im chodziło (śmiech). Ogólnie to niezła jechanka, ale dalej najlepiej podoba mi się War Monger, jeszcze wyróżnił bym Impulsive Dementia i Escape Into Oblivion. Moim zdaniem Hektor powinien wtedy pójść w klimaty tych trzech utworów, mają coś w sobie, najlepsze jest to, że nie potrafię określić tego słowami, bo ciężko opisywać uczucia.

W swojej pamięci HEKTORA zachował tez Stanisław Jocz – lider słupskiego AGGRESSOR: - Pamiętam kiedyś koncert w Słupsku jak grali jako support na jakimś koncercie przed TURBO. TURBO już poszło wtedy w stronę thrash. A HEKTOR robił wrażenie kapelki młodej - bez własnego stylu, bez image - ot chłopcy zebrali się żeby pograć. Natomiast po jakimś roku zagraliśmy wspólnie na koncercie w Lęborku w Domu Kultury. No i wtedy jaka zmiana...na lepsze oczywiście! Fajnie scenicznie i muzyka oscylująca pod psychodelic thrash. Bardzo mi się podobało i widać było w nich nutę do profesjonalnego grania.

I jeszcze garść wspomnień o HEKTOR od Krzysztofa Dobrowolskiego, byłego gitarzysty grupy GHOST z Gdańska: - Cóż z racji tego, iż od lat młodości zamieszkuję Trójmiasto, zespół Hektor nie jest mi obcy. Pamiętam jak gdzieś w okolicach podstawówki sto metrów od mojego domu, na górce, zaczynał miewać "plenerowe", dosłownie, próby sopocki Metal Rain i pośrednio dzięki nim zacząłem poznawać raczkującą wówczas scenę metalową w Trójmieście właśnie. Hektor po raz pierwszy usłyszałem i zarazem zobaczyłem na żywca na sopockim Molo (tak, tak, - wtedy odbywały się tam tego typu gigi...ech to były czasy). Pośród młodych, nieobytych ze sceną, czasem także z instrumentami zespołów, wyłonili się właśnie oni, którzy od pierwszych dźwięków porażali niesamowitą - jak na tamte czasy mocą, ogniem oraz przede wszystkim profesjonalizmem, nie zapominając o charyzmie Criss'a! Po dziś dzień utkwił mi w pamięci utwór wydany wiele lat później na Imagine Theatre - Never mind my doubtful lullaby w wersji zgoła innej niż ta znana z w/w kasetki! Voivod na obrotach Reign Blood - rzekł ktoś kiedyś i tak już zostało (śmiech). Tak wtedy nie grał nikt! Później miałem jeszcze kilka razy okazję oglądać zespół w pamiętnej Cafe Budha w Gdyni czy w klubie Łajba w Sopocie. W międzyczasie dokonałem zakupu The Inner Dementia w księgarni na Monte Cassino i umarłem (śmiech)! Materiał, który nomen omen mam po dziś dzień tylko utrwalił mnie w przekonaniu, że to bardzo dobry band. All the ways people lie, At the garden of innocence czy swoisty hicior Back to primitive do tej pory tłuką mi pod czaszką! Słuchałem tego na okrągło, na swojej pierwszej gitarze elektrycznej marki Defil siedząc po nocach kminiłem dźwięk po dźwięku wszystkie te utwory marząc wręcz o tym, by grać właśnie tak!

- Zespół Hektor poznałem poprzez kasetę The Inner Dementia - mówi mój kolejny rozmówca Tomasz Lemański - lider grupy NIGHTMARE z Kutna. - Dzięki temu, że w naszej salce zawisł plakat z ciechanowskiej imprezy odkryłem, że z chłopakami z Gdyni występowaliśmy na jednej scenie. Do dziś w pudle na strychu mam schowany bardzo wysłużony egzemplarz kasety ze specyficzną okładką. Hektor nagrał wtedy wspaniałą płytę, która dała nam starym metalom wiele radości. Bardzo się cieszę, że doczeka się to dzieło upamiętnienia na srebrnej płycie. Na pewno do niego wrócę!

Na sam koniec pytam jeszcze muzyków HEKTOR, jakie to uczucie czekać na kompaktową wersję The Inner Dementia? Materiał nagrany w 1989 roku ma ukazać się w wersji CD po 23 latach!

- To trochę jak z powieści "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta - nostalgia za przeszłością, która - ma się wrażenie, że wydarzyła się wczoraj. To niesamowite uczucie - podkreśla Michał Graban.

- Ubywa nam na karku 20 lat - ze śmiechem dodaje Wojciech Żmijewski. - Niech to CD zaskoczy Was tak, jak lata temu. HEKTOR powraca z martwych…

- Hm... mimo wszystko - jestem tym zajarany – mówi nieco enigamtycznie Krzysztof Cybulski.

- Na razie skupiliśmy się na CD, co było dużym wyzwaniem biorąc pod uwagę fakt, że taśma matka przeleżała w pudle 23 lata i do końca nie wiadomo było jaki jest jej stan techniczny. Podchodziłem do tego z dużymi obawami i ostrożnością, ale po zgraniu do wersji cyfrowej efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – zaznacza Gabriel Białobrzewski. - Po przesłaniu próbki do Thrashing Madness do Leszka Wojnicza-wyraził on opinię o dobrej jakości technicznej utworów, ale to już ocenią słuchacze. Mamy pełną świadomość, że oddajemy materiał w ręce profesjonalistów z Thrashing Madness – zrobią oni wszystko, aby to brzmiało i dało dużo satysfakcji słuchaczom. Tutaj należą się słowa podziękowania dla całej załogi Thrashing Madness za wytrwałość w tropieniu zapomnianych kapel, które w tamtych latach wnosiły dużo fajnego klimatu w podziemny rynek. Dzięki, że ratujecie kawałek historii polskiego metalu od zapomnienia. Co do okładki to na pewno nie będzie to „kosmiczny ludek” z wersji wydanej przez MIL. Wróciliśmy do starej koncepcji - myślę, że pasującej do zawartości płyty. Na CD znajdą się również 4 remiksy, co myślę - uatrakcyjni całość.


Oddajmy głos wydawcy The Inner Dementia. O motywach jakimi kierował się, wydając CD HEKTOR mówi szef Thrashing Madness Productions - Leszek Wojnicz – Sianożęcki: - Jestem niezwykle szczęśliwy, że właśnie Thrashing Madness przypadł zaszczyt wydania po 23 latach reedycji kultowego materiału Hektor - The Inner Dementia. Tym samym nanosimy HEKTOR na mapie polskiej metalowej sceny jeden z najbardziej wartościowych, a przy tym niedocenionych zespołów końca lat 80. Spowity kurzem zapomnienia The Inner Dementia przeleżał w szufladzie ponad dwie dekady, ukazując się zaledwie tylko raz na taśmie. Sam zespół – w ocenie szefa Thrashing Madness - mimo ogromnego potencjału z bliżej nie zrozumiałych dla mnie przyczyn nie był wstanie w latach swojej aktywności muzycznej wypłynąć na szerokie wody. Hektor jako jeden z nielicznych zespołów w tamtych czasach posiadał studyjny materiał, który do tej pory - mimo upływu czasu ma porażającą moc. Nie trudno sobie wyobrazić, jak te dźwięki oddziaływały na wygłodniałą publiczność. Koncerty w tamtych czasach miały ogromne znaczenie i to one były najlepszym sprawdzianem dla zespołu. Podczas występów na żywo zespół podlegał surowej ocenie fanów, a w tej konfrontacji Hektor wypadał nadzwyczaj dobrze. Liczę, że po ukazaniu się The Inner Dementia wielu z Was z przyjemnością przypomni sobie historię zespołu HEKTOR, a Ci który nie mieli szczęścia, aby wcześniej zaznajomić się z zawartością The Inner Dementia zostaną oczarowani.

Wojciech Lis

 

Poprawiony (wtorek, 18 września 2012 19:18)

 

baa222