RAGEHAMMER - War Hawks MCD 2012 Mythrone Production

Debiut Krakowskiej Bestii RAGEHAMMER choć dość krótki, zaledwie 5 gwoździ do trumny niewiernego, to jednak bez problemu łamie kości i miażdży czaszki przy okazji tak, aby nie było wątpliwości, czy pozer jeszcze dycha J A powiem państwu, że ów black/thrashowy wyziew cuchnie, jak na Piekielne Dziecię przystało, smołą i siarką, aż miło się robi na sercu (jakim sercu?! - czarnej kamiennej bryle). Owe dziełko ukazało się w bardzo fikuśnej formie winylowej mini repliki i tak sobie myślę, że to bardzo dobra sugestia, by w przyszłości ten materiał trafił właśnie na czarny placek, bo co jak co, ale „War Hawks” na takie wydawnictwo plasuje się znakomicie i to bynajmniej nie ze względu na długość materiału, a oldschoolowy charakter muzyki, która mocno podszyta Diabłem, robi w mojej głowie niezły zamęt J Chwytliwe i dość melodyjne granie przemieszane z piwnicznym brudem robi zajebistą robotę. Otwierający całość „Ragehammer Rising” to od razu wymierzony w tył głowy młot, po którym dość trudno się pozbierać, szczególnie kiedy oczy są kilka metrów dalej wbite w ścianę, a reszta tego, co kiedyś było głową, bryzga z taką intensywnością, że na suficie mamy całkiem ładną czerwona plamę. Machina rozpędzona mknie, kosząc po drodze wszystkie napotkane na drodze głowy, które w tempie napierdalania RAGEHAMMER wykrwawiają się na śmierć. Nie ma zmiłuj, RAGEHAMMER sieje zagładę Kolejny, nieco Danzingowo rozpoczynający się numer, to „Prophet of Genocide” stopniowo rozkręcający się w marszowy, pełen Satyriconowej pulsacji, numer. Wokale są tu zdecydowanie niżej zaśpiewane (i to lubię najbardziej). Totalny zgniatacz kości toczy się niczym piekielna bestia głodna krwawych wybrocin, trupich szczątków pozostawionych po niedawnym tańcu kostuchy. Jedyne co nieco wytrąca w tym numerze, to łacińskie sentencje, które nie do końca mi tu pasują, zaburzając klimat tego doskonałego numeru. Ale to zaledwie mały fragmencik, potem jest równie trupio i upiornie, by ni stąd ni zowąd włączyć kosiarkę na wyższe obroty i znowu krew bryzga zewsząd J Trzeci gwóźdź do trumny to „Hate Command” i tu kolejny raz nie ma zmiłuj. Niewierni od razu niech lepiej sami upierdolą sobie łby, bo kosiarz nie jest dziś w nastroju do finezyjnej dekapitacji. Szaleńczy korowód rozpruwaczy przenika pierwsze rzędy zdewociałych bab, raz po raz eksplodujących niczym noworoczne fajerwerki. Kolejny kozak na tym materiale to zdecydowanie mój faworyt: „The Wolfpack”. O, takie napierdalanie lubię najbardziej, do tego totalnie pojechane gitary, ciosy, po których trudno będzie się wam podnieść. Ten numer ma Piekielną moc. Nie wiem, co Tymek jada na kolację, ale wypruwa z siebie niezłe ZŁOooooooooooo! Tym razem łacińskie sentencje idealnie spasowały, nadając utworowi pewnego epickiego wymiaru, choć z pieśnią rycerską to wiele raczej nie miało wspólnego, a na pewno już nie „Bogurodzicą” J Ostatnie tchnienie trupiego wyziewu „Gospel Of The Scum” dokona na was nieludzkiego spustoszenia. Teraz to dopiero będzie pomór! Trup ścieli się gęsto, a kostuch, jak oszalały, tańczy na trupich truchłach w takt Piekielnego Rock’n’Rolla. I choć „War Hawks” to zaledwie 5 numerów, gwarantuję wam, że rozwali was do imentu. Ci, co maja słabe serca, niech lepiej spiszą testament, albo przynajmniej niech zamówią trumnę, lub od razu dokonają kremacji siebie, rodziny, bliskich i dalekich sąsiadów, księdza proboszcza i pierwszego rzędu zdewociałych moher beretów. Wtedy Piekło na pewno przyjmie wasze duszyczki z ochotą J

 

baa222