BLACK SABBATH-13CD 2013

Jedenastego czerwca tego roku, prawie po 18 latach od momentu wydania przez zespół „Forbidden”, doczekaliśmy się wreszcie nowej studyjnej płyty BLACK SABBATH. Dodajmy jeszcze, że jest to pierwsza od 35 lat płyta z Ozzym, dlatego nikogo nie powinno dziwić, że na samą myśl, robiło mi się gorąco! Pamiętam, jak po raz pierwszy zachłystywałem się „God Is Dead?”, który przed premierą został umieszczony na oficjalnej stronie zespołu, a kiedy wyszedł album, szaleństwo ogarnęło mnie konkretnie. Dlatego nie starałem się wtedy napisać tej recenzji, ponieważ nie była by to w 100% szczera ocena. Zbyt wielka euforia towarzyszyła premierze tak długo oczekiwanej płyty BLACK SABBATH, by móc podejść do tematu na chłodno. Po kilkukrotnym przesłuchaniu „13” na jakiś czas odłożyłem ją na bok, by po paru miesiącach powrócić do niej znowu. Wydawało mi się, że emocje nieco opadły i teraz będę mógł chłodniej podejść do tematu. Myliłem się. Ta płyta ma zbyt mocne oddziaływanie, by nie porwać słuchacza bez reszty. Zacząłem również wyławiać elementy, których nie dostrzegałem wcześniej. Zauważyłem, że tym razem spoglądam na zawartość „13” bardziej krytycznym okiem, a raczej słuchemJ Zwróciłem uwagę, że jedno, co mnie drażni na tej płycie, to zbyt wypolerowane brzmienie. Wiem, że trudno wymagać od zespołu, aby w dzisiejszych czasach, gdy studia nagraniowe mają tak ogromne możliwości, zespół cofał się do brzmień z lat 70tych, ale nie ukrywam, że brakuje mi w tym brudu. Wszystko jest za sterylne, ładne. Owszem, owa kosmetyka nie wpłynęła na charakter muzyki, której twórcy poświęcili wiele drobiazgowej uwagi, by nawiązać stylistycznie do pierwszych czterech albumów BLACK SABBATH. Niezwykłe, jak udało się zespołowi odtworzyć atmosferę właśnie z tamtego okresu i choć spotkałem się z opiniami, że jest tu wiele zapożyczeń z wyżej wymienionej czwórki płyt, to jednak w przypadku nawiązań do swoich pomysłów z przed lat, trudno posądzić zespół o brak oryginalności! To logiczne, że jeśli chcemy, aby materiał był rozwinięciem muzyki z przed lat, musi posiadać pewne elementy składowe, które łączą stare i nowe. „13” to wielki ukłon zespołu w stronę starych fanów. Wielu z nas oczekiwało właśnie takiej płyty BLACK SABBATH. Wiadomo, że trudno dogodzić wszystkim, ale uważam, że zdecydowana większość fanów jest w pełni ukontentowana. Od sławnego koncertu „Reunion” w Birmingham w 1997 roku, kiedy Ozzy po raz pierwszy zadeklarował chęć nagrania płyty pod szyldem BALCK SABBATH minęło sporo czasu. Zespół w międzyczasie przygotował kilka nowych kompozycji, ale docelowo efekt nie był dla nich zadawalający. W okresie 2007-2010 Tony Iommi wraz z Ronnie Jamesem Dio, Trencem „Geezerem” Butlerem i Vinnie Appysem powołują twór o nazwie HEAVEN AND HELL. Bardzo udany nawiasem mówiąc. Niestety wiadomość o ciężkiej chorobie Dio zdecydowanie zwolniła pęd tego wielce obiecującego tworu. W międzyczasie Tony Iommi nagrywa kolejny solowy projekt. W listopadzie 2011 BLACK SABBATH reaktywuje się w pierwotnym składzie z Ozzym Osbournem, Trencem „Geezerem” Butlerem, Tony Iommi i Billym Wardem, który próbował już wcześniej dołączyć do HEAVEN AND HELL. Niestety ostatecznie, jak się okazało w roku 2012, jego miejsce zajął Brad Wilk, który o dziwo na nowym dziele BLACK SABBATH fenomenalnie sobie poradził! Nie ukrywam, że byłem pełen obaw, czy perkusista grający na co dzień w RAGE AGAINST THE MACHINE, będzie w stanie oddać ducha starego BLACK SABBATH, ale jak widać nie przypadkowo wybór padł na Brada, który okazał się świetnie wczuć w klimat muzyki, a przy tym wniósł sporo technicznego feelingu. Słychać tu niesamowitą wirtuozerię. Tony Iommi jeszcze przed sesja nagraniową „13” w roku 2012 wziął udział w fenomenalnym projekcie WHO’CARES. Chwilę po tym dowiedzieliśmy się, że Tony ma wczesne stadium chłoniaka i musi poddać się terapii chemicznej. Wiele elementów wskazywało, że mimo zapowiedzi, nie prędko będzie nam dane usłyszeć nowy album chłopaków z Birmingham. Tony mimo dość ciężkiego stanu zdrowia, nie zamierzał tak łatwo się podać. Dzięki uporowi i pasji grania, muzyk na tyle przezwyciężył stan zdrowia, by rozpocząć pracę nad nowym dziełem. Już od pierwszych taktów „End Of The Beginning” słychać sporo nawiązań do tytułowej kompozycji z debiutu z roku 1970. Jest w tym sporo posępności, doskonały utwór na rozpoczęcie płyty. Kolejny cios to „God Is Dead?”. Ten numer pojawił się jako pierwsza zapowiedź całego albumu w formie pliku udostępnionego na stronie zespołu. Zrobił wtedy na mnie porażające wrażenie. Słuchając go jako części składowej całego albumu, ma jeszcze większą moc. To zdecydowanie jeden z najciekawszych utworów na tym albumie. Utwór doskonale narasta, tworząc coraz bardziej mroczną atmosferę. Te prawie 9 minut muzyki tworzy posępny nastrój. Jest w nim trochę dreszczyku emocji, niepokoju i ten refren wyśpiewany przez Ozziego: „Czy Bóg umarł?” „Loner” to nieco żwawszy numer, dość mocno nawiązujący do kompozycji z debiutu BLACK SABBATH „N.I.B”. „Zeigeist” dla odmiany to bardziej bluesowy numer, z tym charakterem z „Master Of Reality”. Słychać tu echa „Children Of The Grave”. Akustyczna gitara tworzy bardzo balladowy nastrój i słucha się tego z pewnym rozrzewnieniem. Łezka kręci się w oku, przepiękna kompozycja! Świetne, bardzo liryczne solo. Całość delikatnie płynie… „Age of Reason” – mocny, bardzo ciężki numer z mocno wyeksponowaną, do bólu precyzyjną perkusją, z tym narastającym ciężarem gitar… Ozzy nie sili się na zbyt wysokie zaśpiewy, poruszając się w średnich skalach. To Ozzy, jakiego lubimy najbardziej. Warto również zwrócić uwagę na doskonałą solówkę Tonego i te klawiszowe tła – rewelacja! Szósta z kolei kompozycja „Damaged Soul”, to numer w średnich tempach z typowymi dla Ozziego zaśpiewami i bulgoczącym basem Butlera. Tworzy to dokonały klimat! Perkusja niezwykle czytelna buduje mocny rytmiczny szkielet całości. To niezwykle rasowo brzmiąca kompozycja. „Drear Father” to bardziej bluesowy numer, choć nie pozbawiony ciężaru. Leniwie płynie, nadając muzyce specyficzne metrum. I tu perkusja jest bardziej wyeksponowana, przez co sporo się dzieje, jest wiele ozdobników, a Brad wykonał kawał dobrej roboty. „Naivete In Black” to zdecydowanie żwawszy numer. Ma w sobie sporą siłę przebicia. Ciekawe solo gitarowe nadaje całości jeszcze większego kopa, doskonały numer na koniec pierwszej płyty. Czas na bonusowy CD! Jako pierwszy z trzech utworów, bardzo rasowo rozbrzmiewa „Methademic”, z mocno wyeksponowanym basem Butlera. Bardzo dobry, niemal heavymetalowy numer. „Peace Of Mind” - i tu rozbrzmiewają echa klasycznego BLACK SABBATH. Nie mogę się nadziwić, w jak fenomenalny sposób zespołowi udało się nawiązać do swojej wczesnej twórczości. To w iście mistrzowski sposób oddana atmosfera lat minionych, a przy tym świeżość i perfekcja w każdym calu. Zamykający całość „Pariah”, to równie bardzo masywna kompozycja, z tym pulsującym basem, który wybija się ponad całość. Świetny tekst z fragmentem mówiącym, aby nie wierzyć we wszystko, co mówią inni, ale by znaleźć swoją własną prawdę porzucając mrzonki o aniołach czy antychryście. Całość płyty sprawiła mi wiele radości. To zdecydowanie jeden z ciekawszych powrotów ostatnich lat. Dodam jeszcze na koniec, że jak pewnie zauważyliście, japońskie wydanie posiada jeden dodatkowy bonus, którego nie mam na wydaniu deluxe.

 

 

baa222