KING DIAMOND WARSZAWA 29.05.2013


Od ostatniego koncert Kinga Diamonda w Polsce minęło 10 długich lat. Coraz bardziej traciłem nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane oglądać Mistrza. Zza oceanu dochodziły niepokojące informacje o pogarszającym się zdrowiu wokalisty.

Na szczęście mimo dość poważnej operacji Król dość szybko wrócił do formy i zaczął grywać pojedyncze koncerty. Jednym pierwszych występów była impreza urodzinowa METALLIKI, dokładnie na trzydziestolecie działalności zespołu. King Diamond wystąpił gościnie w bardzo doborowym towarzystwie Hanka Shermanna, Michaela Dennera i Timi Hansena. Było to bez wątpienia jedno z ważniejszych wydarzeń tamtej wyjątkowej pod każdym względem imprezy – pierwszy koncert MERCYFUL FATE od roku 1999. Jednocześnie ten krótki show był swoistym poligonem doświadczalny dla KINGA DIAMONDA który po bardzo poważnej operacji na otwartym sercu mógł sprawdzić swoje możliwości. Pytano, czy Mistrz będzie wstanie kontynuować swoją karierę muzyczną. Mimo zdecydowanych przeciwwskazań lekarzy King podjął wyzwanie i jak widać moc Rogatego go nie opuściła. Poradził sobie na tym koncercie wybornie. Obok muzyków MERCYFUL FATE na scenie pojawiła się METALLICA . Usłyszeliśmy fragmenty najbardziej znanych utworów. I tyle. Póki co.

Po tym wydarzeniu KING DIAMOND zaczął intensywnie przygotowywać się do kilku koncertów na wybranych festiwalach. Polska była jednym z pierwszych krajów na trasie, co należy uznać za ukłon artysty w stronę polskich fanów. Koncert zaplanowano w nowo otwartej Hali "Koło". Nasz wesoły autobus z Krakowa dojechał szczęśliwie na czas. Wszyscy byli niezwykle podekscytowani podkręcając atmosferę podczas jazdy kilkoma koncertami dvd KINGA DIAMONDA przy tym towarzystwo mocno zakrapiało owe wydarzenie prowadząc wielogodzinne dysputy na temat nadchodzącego wydarzenia. Wypadając z autokaru co chwile napotykaliśmy się na całe masy znajomych co było niebywale miłe, ale to nie powinno nikogo dziwić. Wielu z tych ludzi nie widziałem całe lata ale w końcu koncert KINGA DIAMONDA był dobrym pretekstem by się znowu spotkać.

Otwarcie bram nastąpiło punktualnie o godzinie 18:30. Zanim jednak weszliśmy do hali minęło sporo czasu, bynajmniej nie z winy organizatora bo wszystko dobywało się niezwykle sprawnie, ale właśnie z powodu całej masy znajomych z którym choć przez chwilę chciałem porozmawiać. Z tego powodu zaniedbałem występy Hellectricity i Alastor. Każda minuta która przybliżała nas do koncertu KINGA DIAMONDA. Atmosfera gęstniała nie tylko w hali ale i na zewnątrz. Niebo dziwnie poczerniało, nadciągała burza. Staliśmy sobie w wesołej grupce popijając piwo, gdy nagle zerwała się nawałnica, z piorunami i deszczem. Jak widać, zastępy anielskie nie były zachwycone występem Mistrza. Niemal w tym samym momencie runęła czarna kurtyna odsłaniając niezwykłą, dwupoziomową scenę. Nie trzeba było długo nas namawiać byśmy czym prędzej pojawili się w środku hali.

Zanim rozpoczął się koncert musiałem przebić się przez tłum aby trafić do fosy gdzie przez pierwsze trzy utwory mogłem chłonąć koncert niemal na wyciągnięcie ręki. Zdołałem też szczegółowo przyglądnąć się całej scenie. Była oszałamiająca. Na wyższym poziomie znajdował się taras ze schodami, nieco podobny do kaplicy. W miejscu widniał symbol z wpisanym w pentagram Bafomethem. Wszystko podświetlone na czerwono wyglądało iście Diabelsko. Po bokach widniały dwa Piotrowe krzyże. Dolna część sceny przypominała stary cmentarz z dwoma Diabelskim maszkaronami po bokach. Między nimi stała perkusja. Scenę oddzielono kratami od publiczności. Całość, za sprawa scenerii i oświetlenia nasuywała skojarzenia ze starym filmem grozy.

Zabrzmiało intro do „The Candle”, wywołując żywiołowy aplauz widowni. Rozpoczęła się ceremonia na którą z niecierpliwością oczekiwał ponad 2000 tłum głodnych muzyki gardeł. Sam mistrz ceremonii, przechadzając się po górnej scenie, wyglądał dystyngowanie ale i upiornie. Z stepując po schodach przybliżał się do szalejącego tłumu oddzielonego cmentarnym murem złowieszczo ostrych prętów. Publiczność jak oszalała wtórowała mistrzowi wykrzykując tekst utworu. Euforia sięgała zenitu a to przecież był to dopiero pierwszy utwór tego koncertu. Mistrz był w szczytowej formie i nie miał dla siebie żadnej taryfy ulgowej, wyśpiewując nawet najwyższe partie z niezwykłą łatwością. Nie chciało się wierzyć, że po tak ciężkiej operacji KING DIAMOND wrócił tak szybko wróci na tron. 

Po „The Candle” zabrzmiał doskonały „Welcome Home”. Niebieskie światło tworzyło bardziej tajemniczy klimat. Zakapturzony człowiek wprowadził wózek inwalidzki ze staruszką – wiedźmą. Z każdą chwilą atmosfera koncertu rosła niczym monstrualna bestia gotowa pochłonąć całą halę. Gitarowe pasaże bezlitośnie cięły z niemal chirurgiczną dokładnością całość w mistrzowski sposób odegrana robiła powalające wrażenie.

Nim rozbrzmiał następny utwór, Mistrz ceremonii przywitał się z publicznością zapowiadając utwór z „Conspiracy", "At The Graves". Całość została poprzedzona chorobliwym, niemal schizofrenicznym intrem podczas którego mistrz spoczywając na podeście perkusji, spowity czerwoną poświatą poruszał się niczym opętany. Upiorności dodawały partie klawiszy imitujących katarynkę. Utwór się rozkręcił. Mocne partie wokalne bez najmniejszego zachwiania skutecznie porażały swoją siłą, dodatkowo solówki LaRocque robiły konkretną robotę. Na scenę wtargnęła pląsająca tancerka. Mistrz pochwycił rzeźniczy nóź i dźgnął ją. Tancerka w amoku wybiegła za scenę, a King jeszcze przez chwilę wpatrywał się w szkarłat na swoich rękach.

Przed kolejną kompozycją, „Voo doo” publiczność zaśpiewała mistrzowi „sto lat”. Afrykańskie rytmy oznajmiły początek krwawego rytuału. Opętana tancerka wiła się na scenie, raz po raz zatrzymując się niczym zombie sterowane „magiczną” siłą Kinga Diamonda.

Podczas „Let it be done” zakapturzone postacie wyniosły stalowe ogrodzenie, do tej pory bezpiecznie oddzielające publiczność od czającego się na scenie wszechobecnego mroku. Groza znalazła się bliżej, wdzierając się w umysły niczym nocny koszmar. Fioletowe światło zalało scenę. Andy LaRocque powędrował na górną scenę, a solówka, która zabrzmiała ukazałao ogromne spektrum możliwości tego nieprzeciętnie uzdolnionego gitarzysty. Zresztą, nie on jeden robi tu dobrą robotę czego doskonałym dowodem jest piękny pojedynek solówek Andy LaRocque z Mike Weadem Nie można zapomnieć o Halu Patino, który cały czas szalał na scenie i sprawiał wrażenie człowieka, któremu nie kończą się siły.

Kolejny cios to „Dreamsz „The Spiders Lullabye”, poprzedzony upiornym klawiszowym tłem niczym z filmów grozy, zdolnym wywołać ciarki na plecach. Po „Dreams” Mistrz zapowiedział coś niebywale epickiego, czyli "Sleepless Nights". Publiczność w lot podłapała temat podśpiewując mistrzowi refren. Gitarowe solo jak zwykle zrobiło dziurę mózgu, Tym razem jednak pierwsze skrzypce a właściwie pierwsza gitara przypadła tu Mike Weadowi, choć i Andy LaRocque miał tu również sporo do powiedzenia. Złowieszczo ciężkie wokale Mistrza budowały mroczną atmosferę, podobnie jak zgrabne melodie, wygrywane na basie przez HalaPatino.

Utwór dobiegł końca. Na scenie pojawiły się stojaki z akustycznymi gitarami. Muzycy stworzyli małe interludium do perkusyjnego sola Matta Thompsona. Krótki aczkolwiek bardzo efektowny popis dał wokaliście chwilę wytchnienia. Było na co czekać. Zabrzmiał utwór z repertuaru MERCYFUL FATE "Come To The Sabbath" i tu cały tłum oszalał śpiewając wraz Mistrzem. Złowieszczo podświetlone na czerwono, obrócone krzyże doskonale podkreślały, że ten utwór jest dedykowany Panu Piekieł. Na scenie pojawiła się kapłanka wnosząca rytualne przedmioty, roztaczając magiczną aurę wkoło jakby chciała oczyścić miejsce i przygotować je na nadejście Lucyfera. Stałem jak wryty, moja szczęka opadła i nawet nie próbowałem jej szukać. Ten numer zrobił ze mną taką masakrę, że naprawdę będzie mi trudno się pozbierać. Kapłanka unosząca czaszkę kozła, chwile po tem Mistrz wznoszący statyw z dwóch ludzkich piszczeli, tworząc kolejny odwrócony krzyż...

Po „Come to the Sabbath” przyszła kolej na "Eye Of The Witch", ostatni utwór z podstawowej set listy tego koncertu. I tu nie odbyło się bez żywiołowego aplauzu. Świetnie zagrane partie gitar to przysłowiowa kropka nad „i” . Mistrz podziękował publiczności, która chyba go nie zawiodła bo wszyscy przeżywali ten koncert niebywale żywiołowo. Chwilę przed bisem King przedstawił swoją muzyczną świtę po to by kilka sekund później rozpoczął się utwór na który wielu tej nocy czekało, "The Family Ghost". Niebieskie światło świetnie nawiązało do koloru okładki „Abigail” . Gitarowe popisy solo Andy LaRocque trudno było pominąć milczeniem. Na górnej scenie pojawia się ciężarna Miriam. Mistrz zaśmiał się złowieszczo. Miriam miotała się to w jedną stronę to w druga stronę, w końcu runęła jak długa. Gdy zdołała wstać, była jakby opętana, z głową przechyloną na bok, głaszcząc się po brzuchu.

Żarty się skończyły. Kolejnym numerem był klasyk MERCYFUL FATE „Evil". Wszystko ułożyło się w misternie przygotowaną całość. Jak miło znów usłyszeć po latach ten doskonały utwór i znowu publiczność wtóruje mistrzowi. „Evil” to zdecydowani ponadczasowe dzieło na koncercie ma iście infernalna moc, do tego zagrane niezwykle precyzyjnie z tą pulsująca energią, robiąc naprawdę powalające wrażenie.

Black Horsemen" rozpoczął się klimatycznym intrem na gitarze akustycznej. Król opowiadał historie Miriam która w bólach wyginała się tuż obok. Cierpienie rosło, w końcu Miriam porodziła dziecię, przerażona tym co zobaczyła, cisnęła małą Abigail o ziemię, owładnięta lękiem przed żółtymi ognikami oczu bestii. Król okazał się znakomitym narratorem. Wszystko tutaj niezwykle do siebie pasowało, tworząc wyjątkową opowieść. Kolory mieszających się barw fioletu i niebieskiego podkreślały dość upiorną scenę, a Hal Patino w cylindrze grabarza niezwykle aktywny na scenie sprawiła, że wiele serc płci pięknej zabiło mocniej.

Po tym koncercie jeszcze przez długi czas trudno było mi się otrząsnąć. Do tej pory oglądałem Kinga Diamonda dwukrotnie. Raz w 1997 roku kiedy to w Krakowskiej Hali Wisły pojawił się MERCYFUL FATE i KING DIAMOND oraz wcześnie wspomniany koncert w roku 2003 i choć oba niosły ze sobą sporo teatralności to jednak Warszawski koncert zrobił na mnie powalając wrażenie. Pozostał również pewien niedosyt zabrakło tu kilku ulubionych utworów z repertuaru MERCYFUL FATE i KING DIAMOND niestety zdawałem sobie sprawę, że taki spektakl jest ograniczony ramami czasowymi dlatego trudno dogodzić wszystkim gustom. Tak czy inaczej uważam ten występ za niezwykle udany. Trudno powiedzieć kiedy będzie nam dane znowu uczestniczyć na kolejnym występie Mistrza. Oby nastąpiło to jak najszybciej.

 

 

baa222