BRUTAL ASSAULT #XIX 2014-

Środa rozpoczęła się dla mnie dość feralnie. Najpierw uciekł mi ostatni nocny tramwaj, następnie żadna z sieci taksówek nie miała ochoty wysłać po mnie jakiegoś pojazdu do Huty.. Musiałem drałować na butach do skrzyżowania gdzie pełen niepokoju oczekiwałem na jakiś nocny autobus. Jak na złość żaden nie jechał. Wyjazd miałem planowo o 4;45. Pełen desperacji wsiadłem w pierwszy lepszy autobus by choć trochę zbliżyć się do punktu zbornego na Placu Matejki, niestety to nie koniec nie miłych niespodzianek. Autobus wywiózł mnie tak, że musiałem przesiadać się jeszcze 3 razy by dotrzeć na miejsce. Czas płynął nieprzerwanie. Byłem już poważnie spóźniony i kiedy powoli wyświetlała mi się w głowie chmurka jak w kreskówkach „czas minął” zadzwoniła do mnie pani organizator zapytaniem gdzie jestem i za ile będę na miejscu. Po krótkiej wymianie zdań pani stwierdziła, że zaczekają na mnie. Kamień spadł mi z serca wyrwany z przygnębiającej wizji nerwowo spoglądałem na mijane przystanki by wylecieć z tramwaju przy dworcu niczym pocisk artyleryjski i pędzić co tchu z tobołami na miejsce odjazdu.

Podróż upłynęła nam w nieco euforycznej atmosferze. Kilka minut po 12tej kiedy wjechaliśmy na teren festiwalu. Dalej, szybka piłka: odebranie akredytacji (niestety tym razem bez możliwości robienia zdjęć z fosy ,jedynym + akredytacji ''B''  była możliwość wniesienia na teren festiwalu aparatu fotograficznego  ) następnie zameldowanie się w hostelu zrzucenie gratów. Co prawda do koncertu FLOTSAM AND JETSAM było jeszcze trochę czasu, ale chciałem już dotrzeć na miejsce, by chłonąc ta niesamowitą atmosferę festiwalową, spotkać całą masę znajomych i przyjaciół.

W pierwszy dzień festiwalowy nie brakowało atrakcji. Jako pierwszy na tapecie objawił się dla mnie fenomenalny koncert FLOTSAM & JETSAM który rozpoczął niemal planowo o 17:15. Z narażeniem życia i aparatu przy samej barierce starałem się zrobić jak najwięcej fotek jednocześnie unikając latających ciał nad moją głową, które raz po raz wylewały się z tłumu do fosy. Cóż, bardzo ubolewam, że w tym roku nie dostałem akredytacji by móc w komfortowych warunkach robić zdjęcia. Niemniej, rozumiem decyzję organizatora. W tym roku chętnych było znacznie więcej bo SLAYER przyciągał chętnych dziennikarzy. Ponadto, od numeru szóstego „Oldschool Metal Maniac”, zmieniliśmy status z papierowego magazynu na webzine. Tak czy inaczej nie powinniśmy narzekać bo trochę materiału zdjęciowego udało mi się zrobić.

Sam koncert choć dość krótki FLOTSAM zagrał zaledwie 6 numerów stał naprawdę na bardzo wysokim poziomie, a sam zespół był przygotowany w bardzo wysokiej formie. Setlistę rozpoczął „Hammerhead” z debiutanckiego „Doomsday For The Deceiver” co okazało się niezłym posunięciem bo publiczność jak rozjuszona bestia poddała się szaleństwu. Eric dwoił się i troił aby wszędzie było go widać i słuchach. Nie wyobrażam sobie FLOTSAM & JETSAM bez tego wokalisty. „Iron Tears” oznacza dalszy ciąg zniszczenia. Utwór również pochodzi z debiutu. Zespół wspiął się na swoje wyżyny dając fanom wszystko co najlepsze. Kolejny hit to „Dreams of Death” tym razem z „No Place For Disgrace” i tu z mojej gęby robił się coraz większy rogal. Ależ ma to moc! I tym razem FLOTSAM nie zawiódł. Następnie zagrali numer z „Doomsday For The Deceiver” - Desecrator. Jak widać kapela postanowiła przypomnieć fanom dwa pierwsze albumy i chwała im za to bo to jak spełnienie niewyśnionych marzeń. Zagrali jeszcze „Lice Tou Die” a na koniec poszedł tytułowy „No Place for Disgrace” i całość kłębiącego tłumu została pozamiatana. Choć set trwał krótko to zawartość szlachetnej stali była powalająca.

Po FLOTSAM AND JETSAM miałem chwilę wytchnienia bo interesował mnie dopiero występ TERRORIZER z Pete Sandovalem w roli głównej. Niestety problemy techniczne przesunęły koncert o jakieś 20 minut, co zresztą odbiło się skróceniem set listy zdecydowanej gwiazdy tego wieczoru, czyli VENOM.

Sam występ TERRORIZER nie licząc obsuwy i skopanych kilku pierwszych numerów był całkiem udanym gigiem mimo słabo przygotowanych partii gitar Lee Harrisona. Na szczęście wokal i bas Sama Molina były bez zastrzeżeń. Obaj panowie na co dzień pogrywają w death metalowym zespole MONSTROSITY i podejrzewam, że występ na BRUTAL ASSAULT był ich jednym pierwszych. Stąd jeszcze małe niedociągnięcia które po kilku koncertach pójdą w niepamięć. Cieszył natomiast fakt iż Pete "Commando" Sandoval jest w znakomitej formie. Rok 2014 to również 24 rocznica "World Downfall" co miało odbicie w set liście. Jako pierwszy poszedł „After World Obliteration”, potem „Storm of Stres”, „Fear Of Napalm”, „Corporation Pull-In” i ma koniec „Ripped To Shreds” z „World Downfall”.

Fani szaleli pod sceną, ale prawdziwe piekło miało zacząć się parę minut po 22giej kiedy na scenę wkroczyło trio z Newcastle, bogowie NWOBHM – VENOM. Atmosfera pod sceną zastraszającym tempie zaczęła gęstnieć. Ścisk i napór na barierki dał o sobie znać jeszcze przed koncertem. Mimo to nie dawałem za wygraną zajadle broniąc miejsca przy barierce które wywalczyłem jeszcze na koncercie TERRORIZER. Rozległo się piekielne intro i jako pierwszy wyłonił się za perkusji Dante. Potem wkroczył na scenę sam Cronos a za nim Rage. Wrzawa tłumu skandującego nazwę zespołu tłumu osiągnęła apogeum. Wśród dymu i języków ognia zabrzmiał „Black metal” inaugurując infernalne przedstawienie. Szaleństwo! Z jednej strony napierający tłum wygłodniałych maniaków i szaleńców płynących na rękach innych a drugiej żar i ogień eksplodujący w fosie. Nie zazdroszczę ochronie która nie dość, że pozostawała narażona na przypiekanie to jeszcze musiała uważać aby nikomu z tłumu nie stała się krzywda.

Już czasie pierwszego utworu uświadomiłem sobie jak wiele stracił występ w Krakowie kiedy to VENOM przyjechał w 2010 roku po raz pierwszy do Polski i choć było to dla mnie wtedy uwieńczeniem marzeń, to jednak występ VENOM na BRUTAL ASSAULT z całą tą piekielną masą fajerwerków, języków ognia, świateł było wszystkim tym z czego VENOM słynął na koncertach i w końcu było mi dane zobaczyć to na własne oczy. Jako drugi numer wyłonił się „Hammerhead” z albumu „Fallen Angel” i tu nie było zmiłuj. Tłum skakał, skandując refren. A to dopiero był początek tego co miało nadejść. Cronos wykrzyczał „Come on turn up”, tym samym oznajmiając kolejny hymn VENOM „Bloodlust”. Fanatyczne szaleństwo tłumu przybierało coraz większe znamiona opętania i oto jako czwarty utwór wyłonił się piekielnym intrem „Possessed”. Mrok sączył się z głośników. Kłęby dymu i potrójne języki ognia przypominały iście piekielną scenerię. Cronos w znakomitej formie wypluwał ze swego pogardliwego gardła „Fire is burning inside of me, Fire, it Burns, Fire it Burns, Look at the children, Look at my eyes”. Szaleństwo sięgało zenitu. Pod sceną robiło się coraz niebezpieczniej, mimo to nie dawałem za wygraną w końcu to koncert na który tak bardzo czekałem. Po „Possessed” pojawił się jeszcze znamienitszy klasyk z debiutanckiego „Welcome To Hell”: „Live Like an Angel (Die Like a Devil)”. W pewnym momencie ześwirowałem. Przestałem zważać na to co się za mną dzieje. Poddałem się szaleństwu które rozlało się po całym moim ciele i pochłonęło mnie bez reszty.

I zaraz spadł kolejny cios, rozpoczynający się charakterystycznym intrem „Buried Alive” z nieśmiertelnego „Black Metal”. Choć atmosfera była piekielna, w tym ścisku ludzkiej masy było z 66,6 stopni celsjusza poczułem przez chwilę trupi chłód. Czerwień mieszająca się z białym dymem oraz głowa Bafometha za garami Dantego tworzyła bardzo niewymowny obraz inferna obwieszczając nadejście Pana Piekieł: „Antichrist” z albumu „Metal Black”. Na płycie numer nie morduje to jednak w wersji koncertowej jest niczym Infernalne tornado.

Kolejny numer z „Fallen Angel” to doskonale wypadający na żywo „Hail Satanas”. Tu również nie było osoby która była wstanie stać spokojnie w miejscu. W „Rise” Cronos przekonał bez większego trudu cały tłum do wtórowania mu refrenie. Następne zagrali „Padal to the Metal”. Aż trudno uwierzyć, że nie obyło się bez ofiar. To co działo się za mną to istna dzicz. Wreszcie przyszła kolej na przypomnienie tytułowego utworu z płyty ”Resurrection”. Ten świetny numer doskonale sprawdził się na żywo. Dalej, przyszedł czas na „The Evil One” z fenomenalnego „Cast In Stone” zarejestrowanego pierwotnie w oryginalnym składzie chwilę po reaktywacji VENOM w roku 1997. Cóż jednak może się równać z kolejnym utworem VERNOM, tytułowym „Welcome to Hell”? Kilka tysięcy ludzi wtórowało Cronosowi w refrenie. Na koniec VENOM zaserwował nam Warhead i choć zabrakło tu kilku prawdziwych klasyków typu "Witching Hour", "In League With Satan","Schizoid", "Poison" czy choć by "Angel Dust" to jednak ten koncert uważam za jeden z najlepszych. Choć mocno wycieńczony cieszyłem się jak bym co najmniej ustrzelił jakąś wygłodniałą 16tkę.

W hotelu, po szybkim prysznicu padłem jak kłoda. Nawet nie wiem kiedy zastał mnie słoneczny ranek. A trzeba było wstawać. O 12;50 miało być mi dane zobaczyć prawdziwą legendę chilijskiej sceny PENTAGRAM. Wraz z moim szczecińskim przyjacielem Irkiem i jego przeuroczą dziewczyną już godzinę przed występem chilijczyków czkaliśmy na ten koncert przy barierkach. Jako pierwszy pojawił się na scenie Anton Reisenegger który zajął się ustawianiem głośności sprzętu. Chwilę po nim pojawił się Juan Pablo Uribe. We dwóch bardzo sympatycznie odwzajemniali przyjacielskie gesty wołającego tłumu. Za perkusją wyłoniło się czarne płótno z logiem zespołu. PENTAGRAM rozpoczął swój występ od utworu z demo 1987 „Fatal Prediction”. Ten numer który pojawił się również jako na nowo nagrany bonus do „The Malefice”. Wokal Antona przypominał manierą śpiewania oraz barwą Carl-Michaela "Aggressora" z AURA NOIR. Kolejny nieco szybszy utwór „Horror Vacui” z płyty „The Malefice” nieco rozruszał publiczność która coraz liczniej napływała pod scenę. Nie odbyło się również bez chilijskiego akcentu. Pojawiła się kilkuosobowa grupa właśnie z Ameryki Południowej i nieustannie pozdrawiała PENTAGRAM. Chwile po tym miłym akcencie zaczęły się pierwsze podniebne loty nad głowami fanów.

Kolejny cios pochodził z drugiego demo: „Temple of Perdition”. Intensywne i bardzo zajadłe tempa przypominające nieco dokonania POSSESSED na żywo skutecznie mnie zmasakrowało. Następnie zagrali coś po czym trudno się otrząsnąć: „La Fiura” z debiutanckiego "The Malefice", płyty na którą musieliśmy czekać prawie 28 lat. Te numery na żywo to iście wybuchowa mikstura skutecznie zamieniająca krew w żyłach szalejących pod sceną maniaków w piekielna lawę.

PENTAGRAM zaserwował nam kolejny powrót do przeszłości, czyli „Profaner” z drugiego demo. Tu też nie brakuje szaleństwa szaleństwa i choć tłum za nami nie był tak liczny jak na wczorajszym koncercie VENOM, to jednak ci którzy przyszli reagowali niezwykle żywiołowo. Nie było chwili wytchnienia tylko jazda bez trzymanki. Kolejne osoby przelatywały nad moją głową by chwile potem znaleźć się w fosie.

„Demoniac Possession”, kolejny klasyk tym razem z pierwszego demo zamknął całość tego znakomitego występu Chilijczyków. Wielka szkoda, że nie było im dane zagrać nieco później z całą oprawą świateł i większą publicznością. Tak czy inaczej ci, którym było dane zobaczyć ten gig na pewno długo go nie zapomną.

Po występie PENTAGRAM poszliśmy na obiad i przegapiłem doskonały koncert ONSLAUGHT. Brewa, mój przyjaciel, z Krakowa potem mnie tylko wpieniał opowiadając jak zajebiście zagrali. Złoszczę się choćby z tego powodu, że na koniec ONSLAUGHT zagrał moje dwa ulubione numery: „Let There Be Death” z „The Force” i „Onslaught (Power from Hell)” z debiutu. Cóż, musiałem jakoś przełknąć gorzką prawdę. Występ OBITUARY nieco złagodził moją udrękę choć nie przebili gigu z 2010 roku. Oczywiście nie zabrakło takich klasyków jak „Intoxicated”, „Infected”, „Chopped in Half”, „Turned Inside Out” czy „Slowly We Rot”.

Wedle 20.00 ewakuowałem się na małą scenę by zająć odpowiednią pozycję przy barierce i zobaczyć koncert piekielnego duetu INQUSITION. Choć scena znajdowała się na uboczu to każdą minutą w namiocie przybywało coraz więcej diabelskiej dziatwy. Kiedy rozległy się pierwsze dźwięki „Force of the Floating Tomb” zrobiło się bardzo mrocznie. Dwuosobowy skład od czasów SAMAEL to raczej rzadkość ale INQUSITION tym się wcale nie przejmuje. Dagon masakrujący gitarę i wokale oraz Incubus za perkusją potrafią roznieć i bez basu prawdziwe Piekło. Kolejny hymn ku chwale Szatana to „Nefarious Dismal Orations”. Prawdziwa dzicz niczym diabelska horda rozpętała niezły młyn pod sceną. Gęsta czarna masa tłumu wgniatała mnie w barierki. Zastanawiałem się kiedy mój duch opuści materialne ciało bo robiło się już naprawdę srogo. Jakimś cudem mimo napierającego tłumu udało mi się odzyskać minimalna przestrzeń by móc oddychać. Nie chciałem się wycofywać i trwałem na pierwszej linii, chłonąc te nieświęte dźwięki.

Kolejny gwóźdź do trumny nieobecnego na tym koncercie Boga to „Command of the Dark Crown”. Żarty się już skończyły. Ten duet to nie ludzie, ale chyba demony w ludzkiej powłoce. Skutecznie wzbudzili Bestie które niczym fala wezbranego sztormu wyłaniały z siebie czarne i obślizgłe demoniczne stwory. Gęstniała atmosfera, coraz bardziej nie było czym oddychać, wszędzie panował mrok i plugawe dźwięki wylewające się do naszych umysłów,\. Zabrzmiało „Those of the Night” i tu choć można było złapać chwile oddechu nie było lekko. Jednak prawdziwe zło miało dopiero nadejść w postaci utworu „Embraced by the Unholy Powers of Death and Destruction”. Tu jeńców nie było tylko stosy trupów i wijących się gadzich odnóży. Ci którzy jakimś zrządzeniem losu uniknęli pogromu musieli poddać się przy dźwiękach „We Summon the Winds of Fire (For the Burning of All Holiness)”. Siedem haków zawieszonych na rzemieniach flagrum cięło powietrze wolno wcinając się w ciało. I oto wyłonił się z otchłani wolny i niemal pogrzebowy „Desolate Funeral Chant”, bardzo ponury i złowieszczy numer. Za nim zabrzmiało „Master of the Cosmological Black Cauldron”, tym razem z nowego albumu INQUSITION „Obscure Verses for the Multiverse”. Na dobicie poszły jeszcze dwa numery, czyli bardzo IMMORTALOWY „Astral Path to Supreme Majesties” z fantastycznego „Ominous Doctrines of the Perpetual Mystical Macrocosm” oraz kawałek z nowej płyty „Infinite Interstellar Genocide”.

Większość ludzi wyszła po tym koncercie mocno oszołomiona i jakby nieobecna. Drugi raz widziałem ten duet w akcji i powiem szczerze zrobiło to na mnie powalające wrażenie.

Jakimś cudem doszedłem do siebie by stanąć przed dużą sceną, gdzie ł pięć minut po 21:30 miał pojawić się SLAYER. Bez wątpienia wielu oczekiwało na ten występ z niecierpliwością. Niestety SLAYER kolejny raz miał problemy z brzmieniem. Szczególnie gitara Kery Kinga była porażką. Zdarzyło się to czwarty czy piąty raz pod rząd. Rozumiem, ze czasem akustyk coś zawali, ale bez przesady! Co z tego że kapela zagrała świetną set listę? Usłyszeliśmy „Hell Awaits”, „The Antichrist”, „Necrophiliac”, „Mandatory Suicide”, „Hate Worldwide”, „War Ensemble”, „Postmortem”, „Captor of Sin”, „Disciple”, „Seasons in the Abyss”, „Dead Skin Mask” oraz „Raining Blood” i „Black Magic”. Mimo tak niszczącej set listy wyszedłem bardzo zniesmaczony. Gdzie ten SLAYER który pamiętamy obu koncertów w Zabrzu? Ten z TESTAMENT z roku 1992 i z MACHINE HEAD z roku 1994?

Po koncercie SLAYER odechciało mi się oglądania GEHENNA i KHOLD. Trzeci dzień zaczęliśmy z przyjaciółmi od wizyty na basenie i solidnego obiadu. oraz solidnym objedzie. Na festiwalu zjawiliśmy się dopiero chwilę przed koncertem UNLEASHED, świętującym w tym dniu swoje 25 lecie. Jakimś cudem udało mi się znaleźć zaraz pod barierką.

Wiele ludzi czekało na ten koncert, zresztą nie bez powodu. Ten band zawsze stara się zachować wysoki poziom. Pierwszy strzał to bardzo bujający „Blood of Lies” z ‘’Midvinterblot’’. Następnie na tapecie pojawił się „Triumph of Genocide” a potem kolejny numer z ‘’Midvinterblot’’ „This Is Our World Now, The Longships Are Coming”. Po tym kawałku zacząłem się trochę martwić. Choć „Sworn Allegoance” to dobry album to jednak na 25 lecie UNLEASHED spodziewałem się więcej numerów z debiutu „Where No Life Dwells” czy „Shadows in the Deep”. Tymczasem zabrzmiał kolejny utwór z „Odalheim”, czyli „Fimbulwinter” co bynajmniej nie poprawiło mi nastroju. To samo mogę powiedzieć o „Hammer Battalion” czy zagrany na koniec „Death Metal Victory”. Niemniej, toast z rogu oraz wspólne wyśpiewywanie z tłumem refrenu nieco poprawiło mi nastrój. Mimo braku kilku sztandarowych numerów koncert był zagrany na dobrym poziomie.

Jeszcze jedna rzecz o której warto wspomnieć. W tym roku obok bardzo wypasionego składu koncertowego BRUTAL ASSAULT zaproponował kilka dodatkowych atrakcji, w tym wystawę prac AXEL HERMANNA, który stworzył obrazy do takich dzieł jak MORGOTH „The Eternal Fall”, GRAVE- „Into The Grave” czy ASPHYX - „Last One on Earth”. Pomysł okazał się znakomity i wydaje się, że wystawa cieszyła się sporym zainteresowaniem. Oczywiście nie omieszkaliśmy takowej nie zobaczyć 

Kolejnym koncertem na który bardzo czekałem był PUNGENT STENCH na małej scenie. Tym razem zdawałem sobie sprawę, że żartów nie będzie. Spodziewałem się, że pod sceną będzie ostro bo wokół mnie gromadziło się sporo ortodoksów. Chwilę po pierwszych dźwiękach sztandarowego „Pungent Stench” zrobiło się ostro. Tłum jak oszalały rzucał się i ciskał, choć sam numer do najszybszych nie należy, mając w sobie sporo Sabbathowego feelingu. Następnie, poszło „Dead Body Love”, gdzie Martin na sporym wkurwień wypluwał z siebie niszczące dźwięki. Kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że trzy osobowe składy w metalu to potęga. PUNGENT STENCH jest tego doskonałym dowodem: zero zbędnych ozdobników, totalna energia.

Jak cios w pysk, zabrzmiał kolejny klasyk: „Happy Re-birthday”. Nie było zmiłuj się. Młyn niczym piekielny wir rozrastał się w zastraszającym tempie polała się pierwsza krew. Dziki tłum nieprzerwanie szalał niczym legion zombie. Potem zabrzmiał numer na któr wielu z nas czekało dzisiejszego wieczoru: „For God Your Soul... For Me Your Flesh”. Danny Vacuum na basie rozbił niezłą jatkę zresztą Martin również motał się na scenie jak oszalały. Następne ciosy budziły w ludziach totalne zezwierzęcenie: „Just Let Me Rot”, totalny „Extreme Deformity” czy nieżle masakrujący „Shrunken and Mummified Bitch” i kiedy wydawało się, że koncert sięgnął zenitu na tapecie pojawił się „Fuck Bizarre” podczas którego na scenie pojawiła się naga babeczka poklejona taśmą z piczą na wierzchu.

Laska była tak napierdolona, że chyba nic nie zapamiętała ze swojego popisowego numeru. Tarzała się obscenicznie na scenie co chwilę popijając wino z butelki. Wyglądała totalnie obscenicznie i chyba spełniło to oczekiwanie fanów którzy owacyjnie przyleli jej występ. Ma koniec poszły kolejno „Rip You Without Care”, „Bonesawer” i „Viva la Muerte”. Znowu wyszedłem zniszczony.

Ten gig zrobił w mojej głowie niezły mętlik i odpuściłem sobie nawet koncert SHINING i ENTHRONED które pierwotnie planowałem zobaczyć. O 23:30 poszedłem na występ BROKEN HOPE ale dość skutecznie zniechęcił mnie bulgoczący wokalista. Grali dość przeciętny lotów death metal który nigdy mnie jakoś nie porywał a tym bardziej teraz po reaktywacji nie zrobiło to na mnie pozytywnego wrażenia. Zresztą o 24.20 miała zagrać kapela z mojego podwórka, czyli MGŁA. Niestety namiot był tak zapakowany ludźmi, że trudno było się tam wcisnąć już o oddychaniu nie wspomnę. Współczuję chłopakom bo grali w pełnym rynsztunku: w maskach kapturach i skórach. Na sam widok robiło się gorąco. Tak czy inaczej nawet nie próbowałem robić zdjęć i skupiłem się na muzyce.

Jako pierwszy uderzył dość szybki „Further Down the Nest” i na reakcję nie trzeba było długo czekać. Czarna masa ludzkich ciał eksplodowała niczym piekielna lawa. Tym razem nie było to leniwa erupcja tylko szaleńczy wicher obłąkanych dusz. Zabrzmiały kolejno „With Hearts Toward None IV”, następnie „Mdłośći 1 i 2” i kolejno „1,2,3 With Hearts Toward None”. Nie było co po publiczności zbierać. Był naprawdę doskonały koncert ukazujący szczytową formę zespołu.

Planowałem jeszcze oglądnąć NIGHTFALL ale nieco mnie zmogło, a skoro odpuściłem o 18:30 występ KRAKOW stwierdziłem, że NIGHTFALL również odpuszczam.

W czwarty, ostatni dzień wraz z chłopakami postanowiliśmy rano zregenerować siły. Poszliśmy na basen i zjedliśmy solidny obiad. Nie chciałem się rozdrabniać i przyszedłem dopiero na końcówkę DEW SCENYED. Od razu pożałowałem. Wysłuchałem dwóch ostatnich utworów i nieco rozgoryczony oczekiwałem na występ IMPALED NAZARENE który tym razem mnie jakoś nie powalił. Co prawda setlista była zacna: 13 totalnych numerów w tym m.in. „Flaming Sword of Satan”, „Enlightenment Process” oraz klasyki z „Ugra Karma” „The Horny and the Horned” czy „Sadhu Satana”. Na koniec zagrali „Total War - Winter War” z „Suomi Finland Perkele”. Mimo to czegoś mi na tym występie brakowało. Mikka Luttinen był wyraźnie nie w formie.

Koniec końców dostałem po tym koncercie niezłej piany bo w tym samy, czasie na małej scenie grał nieznany mi do tej pory norweski OKKULTOKRATI. Zobaczyłem tylko ostatni numer ale to wystarczyło aby ten band mną pozamiatał na dobre: totalne szaleństwo na scenie, totalny blackthrash, rewelacja. Po tym jednym numerze bardzo długo dochodziłem do siebie. Na szczęście przede mną były jeszcze takie wisienki na torcie jak SODOM czy REPULSION.

I tak godzinę przed koncertem SODOM naiwnie liczyłem, że uda mi się spokojnie znaleźć miejsce przy barierce i gdyby nie życzliwość pewnej kruchej istotki która wpuściła mnie na trzy pierwsze utwory do przodu pewnie mógłbym tylko pomarzyć o fajnych fotkach. Pod sceną spotkałem najwspanialszą metalową parę czyli Sylwię (The No Mads) wraz jej małżonkiem Arnoldem. Sylwia zdeklarowana wyznawczyni SODOM mimo problemów z kręgosłupem wbiła się pod samą barierkę. Tłum niczym monstrualnych rozmiarów bestia z niecierpliwością obserwował jak ekipa techniczna uwija się z przygotowaniem sceny. Tym razem wszystko odbyło się z niemiecka dokładnością. Jako pierwszy na tapetę poszedł „Agent Orange”. Tłum ruszył do ataku. Miałem niezłą zaprawę z fotkami bo dookoła rozcągało się prawdziwe pole bitwy.

Następny numer, zaczerpnięty tym razem z nieco nowszego repertuaru SODOM „In War and Pieces” rozpędzał stopniowo machinę zniszczenia. Zaczęło się robić naprawdę niebezpiecznie. Coraz więcej osób latało nad naszymi głowami. Zaczęliśmy się martwić z Arnoldem o Sylwię. W końcu choć pełna energii to drobniutka osóbka. Póki co Sylwia nie dawała za wygraną chciała być jak najbliżej SODOM i chłonąć całą sobą ich muzykę.

Kolejny cios przeznaczony był specjalnie mojej mrocznej duszyczki: „Outbreak of Evil”. Przez chwilę poczułem jak w moich żyłach zamiast krwi przepływa roztopiona stal. Ogarnęła mnie euforyczna aura. Dla tego jednego numeru warto było przyjechać na ten festiwal, a przecież SODOM szykował jeszcze kilka tego typu ciosów. Przy „Surfin' Bird” ciśnienie nieco opadło choć i tak dość długo musiałem dochodzić do siebie powoli wycofywaliśmy się z Sylwią na nieco dalsze pozycję. Pod sceną robiło się coraz brutalniej a z jej stanem zdrowia taki ścisk mógł by zakończyć się tragicznie. Nie wycofaliśmy się zbyt daleko, tak że widzieliśmy i słyszeliśmy wszystko.

Jako piąty na set liście poszedł numer z „Better off Dead”: „The Saw Is the Law”. Możecie uwierzyć lub nie: nie było ani jednej osoby pod sceną która stałaby spokojnie. Po tym hicie poszedł nie do końca udany „City of God” potem bardzo energetyczny „Stigmatized” następnie kolejny klasyk który wzbudził we mnie spory dreszcz emocji: „Sodomy and Lust”. Po tym ciosie, z nieśmiertelnego „In The Sign Of Evil” wyłonił się „Blasphemer”. Przyszedł czas na coś z „Agent Orange”: „Remember the Fallen”, rozpętując pod sceną rozpętało się niezłe inferno. Na koniec SODOM przyładował „Ausgebombt”, pozostawiając po sobie zgliszcza. Był to zdecydowanie najlepszy koncert tego festiwalu.

Po koncercie SODOM obawiałem się, że już nic mi się nie spodoba, jednak nie miałem zamiaru składać broni. W czekało mnie jeszcze jeszcze kilka kapel którym warto było dać szansę. Na przykład, o 19:40 na małej scenie miał zagrać REPULSION i tu się nie zwiodłem. Chłopaki dały naprawdę dobry energetyczny koncert, kolejne trio utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzy osobowe składy w metalu są nie do pobicia.

Po koncercie REPULSION poleciałem na dużą scenę oglądnąć występ czeskiej death metalowej legendy, KRABATHOR. Zespół okazał się być w znakomitej formie, zresztą przy tak doskonałej publice trudno wyobrazić sobie inną sytuację. KRABATHOR rozpoczął od prawdziwego klasyka. „Psychodelic” skutecznie rozbujał publiczność pod scenę. Wbicie się pod barierki czy robienie z tłumi fotek było praktycznie niemożliwe. Jakimś cudem udało mi się dokopać do trzeciego rzędu i stamtąd robić kilka zdjęć. Niestety nie miałem zbyt dużego obiektywu dla tego fotografie wyszły raczej słabe, ale za to mogłem chłonąć cały koncert będąc stosunkowo blisko od sceny.

Drugi numer z set listy to zagrany z wykopem „Faces Under The Ice”. Pod sceną zaczęło robić się ostro, a przy „The Truth About Lies” zapowiadało się na niezły kocioł. Na tapecie pojawił się tym razem „Pain Of Bleeding Hearts”, następnie numer z „Cool Mortifcation” - „In The Blazing River”, następnie „Liquid” oraz kultowe „Pacifistic Death” i „Orthodox”. Niestety na bisach nie zostałem bo na małej scenie miał grać BENEDICTION. Chciałem zająć jakąś bardziej dogodną pozycję do zdjęć. Niestety moje przypuszczenia okazały się słuszne i tu już spora część ludzi czekała na ten gig.

Koncert zaczął się z opóźnieniem. Sytuację pogorszyło przydługawe intro. Jako pierwszy poszedł „Nightfear”, następnie „Suffering Feeds Me”, „Unfound Mortality”. Niestety! Wyszedłem z zajebistego koncertu KRABATHOR by zobaczyć BENEDICTION który totalnie mnie rozczarował. Po tych trzech kawałkach dałem sobie spokój. Kumple mówili, że zespół zagrał jeszcze dwa kawałki, lepsze, ale bez rewelacji. Kurwa co się podziało z tym zespołem? Gdzie ten BENEDICTION który pamiętam z koncertu w 93 roku?

 

Z tego wszystkiego olałem SATYRICON i wpieniony i nieco zmordowany po całym dniu wróciłem do hotelu. Za oknem księżyc łypał cyklopim okiem rozświetlając piękny Jaromer, na szóstym piętrze trwała wieczna zakrapiana impreza, a ja po kąpieli postanowiłem jakoś zasnąć. Na druidzi dzień trochę żałowałem swojej decyzji bo odpuściłem zajebisty band HAIL OF BULETS który maił tym razem swój występ o 01;20. Szkoda, że tak późno inaczej na pewno nie zrezygnował bym z ich koncertu, doskonale pamiętając ich gig przed kilku lat na BRUTAL ASSAULT gdzie na deskach jednej sceny wystąpili razem z ASPHYX.

Żałuję tylko, że w tym roku nie było ani jednego Heavy Metalowego zespołu na BRUTAL ASSAULT. Dwa lata temu zagrał MOTORHEAD. Liczyłem, ze teraz zaproszą ACCEPT, SAXON czy GRAVE DIGGER myślę, że to na pewno przyciągnęło by dodatkowo rzeszę fanów ponadto było by znakomitą odskocznią od brutalnych i bardzo intensywnych dźwięków jaki przeważają na tym festiwalu.

Rano po śniadaniu trudno było się jakoś się zebrać. Był to chyba nasz najfajniejszy wyjazd na festiwal. Postanowiliśmy że wrócimy tu za rok i przyjedziemy nieco wcześniej by dokładnie zwiedzić to zabytkowe miasteczko które obok festiwalu ma tu sporo do zaoferowania.

Leszek Wojnicz-Sianożęcki

 

baa222