KISS - SONIC BOOM OVER THE EUROPE - 2010

SONIC BOOM OVER THE EUROPE 2010

To była moja kolejna wizyta w Czechach. Nie bacząc na lokalne podtopienia, udałem się do Ostravy aby obejrzeć cyrk. I nie chodziło o cyrk z miśkami, żonglerką, ale o wielki rock’n’rollowy spektakl.

Główną atrakcją miał być zespół pieśni i tańca rodem z Ameryki – KISS. Nazwa dobrze u nas znana zwolennikom jak i przeciwnikom tego rodzaju rozrywki. Jużprzed południem nie sposób było nie zauważyć kilkuosobowych grupek w „firmowych” shirtach przemierzających miasto. Ponieważ podwoje miały niebawem stanąć otworem, kilka tysięcy niecierpliwych zgromadziło się przy wejściach. Tłum ruszył zaraz po otwarciu bramek, zrobiło się trochę ostro, ale to i tak trudno porównać do koncertowych scen dantejskich na naszych rodzimych imprezach made in poland. Po chwili znalazłem się w środku.

Tuż za barierkami wznosiła się monstrualna scena. Powiało wielkim światem. Zająłem wywalczone miejsce przy barierach (trzymając się dość kurczowo) i dla zabicia czasu przyglądałem się jak spora hala wypełnia się ludźmi.Zwyczajowo okazało się, że biletów w kasach nie brakuje więc jeżeli ktoś zaryzykował podróż, bez trudu mógł obejrzeć show. Punktualnie o dwudziestej zaczął swój występ support. Taking Down, młody hairmetalowy zespół, który już dwa lata temu owierał występy KISS w Europie. Chłopaki pograli, poskakali i "see ya".

Przerwa. Po zapaleniu świateł okazało się, że sala pęka w szwach ponieważ organizator przemnożył liczbę miejsc przez jakiś współczynnik rozciągalności i do ostatniej chwili sprzedawał bilety. Z bardzo niewielkim poślizgiem bo tuż po dwudziestej pierwszej pociemniało i z głośników popłynęło znajome intro. Narastające sprzężenie zwrotne i ponury głos. Ciary na plecach, zapewne nie tylko u mnie. Krążące po sali szperacze macają wielką, czarną kurtynę ze srebrzystym logo, która wraz z potężnym wybuchem runęła w dół odsłaniając lekko zasnutą scenę i bogów rock’n’rolla. Przy dźwiękach Modern Day Delilah, trio gitarzystów wyjechało na podnośniku zza perkusji i pan Stanley ruszył w swój zwyczajowy taniec. Ortodoksyjni fani dostrzegli zapewne różnicę w wyglądzie zespołu. Nowe kostiumy, nowe instrumenty, a także jeszcze większa i wspanialsza scena niż na poprzednim tournee!

Z tyłu olbrzymi telebim, z boku dwa mniejsze. Po bokach sceny, w pustych sektorach olbrzymie płachty z logami Kiss Army. Wszędzie pełno małych wyświetlaczy emitujących pojedyńcze lub spójne obrazy (ogniste tła, fotki z historii zespołu) . W centralnym punkcie postument będący jednocześnie olbrzymim logo bandu, a na nim solidny zestaw perkusyjny Erica Singera.Piorunujące wrażenie: ściana dźwięku, oślepiające reflektory i słowa:"Hello Ostrava!". W imieniu kapeli Stanley wita i pozdrawia publiczność. Kolejnym numerem jest nieprzemijający hit Cold Gin. Trójka gitarzystów w dobrze wszystkim znanych korowodach. Najbardziej ruchliwy Paul Stanley, wszędzie go pełno. Nieco bardziej powściągliwy Gene Simmons i jego ruchy miednicą oraz przecinający powietrze jęzor.

Tommy Thayer bardziej statycznie, kopiujący zachowanie swojego poprzednika (Ace Frehley'a)Pora na Let Me Go Rock'N'Roll. To co następuje potem to jeden wielki chaos czyli Firehouse. Z początku spokojnie, by po chwili tętnić jazgotem gitar i dźwiękiem syren strażackich. Scenę zasnutą porządnym dymskiem rozbłyskują koguty alarmowe. Gdzieś z boku pojawia się Gene z płonącym mieczem i po lekkiej celebracji puszcza ognistego pawia. Niby nic nowego, a jednak podrywa mnie i kilkanaście tysięcy odbiorców! Następnie z nowego albumu Sonic Boom utwór Say Yeah-bardzo chwytliwy i energetyczny. Paul zachęca: "śpiewajcie z nami"! Często i gęsto muzycy zmieniają swoje instrumenty. Simmons - Punishera na przemian ze sławnym już Axe'em, Paul parę modeli nowego Washburna, a Thayer kilka odmian Gibsona. Do głosu dochodzi Simmons w Deuce. Po krótkim anonsie wreszcie coś "świeżego"- nie grany od wielu lat Crazy ,Crazy Nights! W następnym utworze Gene leczy jako Dr. Love (Calling Doctor Love). Podobno w ten sposób uleczył ponad trzy tysiące panienek za kulisami, jeżeli wiecie co mam na myśli.Bez zbędnych ceregieli zespół przechodzi do Schock Me w wykonaniu wokalnym Tommy'ego Thayera. Wypada zadziwiająco podobnie do oryginału co mogło przeszkadzać miłośnikom wokaliz Frehley'a. Utwór kończy się soczystym popisem gitarowym zawierającym tysiąc jeden dźwięków. Spacery po gryfie, wystrzały z główki instrumentu i dymiąca gitara, która znika gdzieś u góry. Po kilku sekundach mrok przeszywają riffy z kolejnego Les Paula. Ten popis ma coś z magii i zawsze osiąga sukces w realu. Na scenie żywioł. Po za nią również. Tym razem zamiast następujących po sobie solowych popisów Thayera i Singera otrzymaliśmy rodzaj swoistego jamu perkusji z gitarą. Pora na coś z rewelacyjnego krążka Sonic Boom. Tym razem I'm An Animal, ciężki, powolny jak walec o tejże walca drogowego mocy!" Ten utwór bardzo lubimy grać" anonsuje Stanley i rozbrzmiewają pierwsze takty 100 000 Years charakteryzującego się bulgoczącym basem.Kiss wykonuje go od początku swojej kariery. Paul wdaje się w dialog z fanami. Podrzuca mikrofon i owija kabel wokół szyi. Z obu stron sceny buchają słupy ognia podgrzewając w odczuwalny sposób powietrze. Od czasu do czasu Stanley "wypytuje" publiczność czy dobrze się bawi, sam przy tym mając niezła zabawę w wymowie nazwy Ostrava i jej wariacjach. Dodam tylkoniezorientowanym, że w trakcie swojej prawie czterdziestoletniej kariery, Kiss nigdy nie grał w tym mieście.

I Love It Loud to kultowy numer od ponad dwudziestu z górą lat. Pan Simmons pojawia się w zielono-czerwonej poświacie, spowity dymem. Dźwięki jakie wydobywają się z głośników przywodzą na myśl najmroczniejsze horrory. Simmons wykonuje go podciągnięty nad scenę do specjalnie przygotowanego "gniazda". Nowym elementem tej trasy są odgłosy dzwonu wybijającego północ- porę zjaw i duchów. Zbliżenia z kamery pokazują grymasy na wymalowanej twarzy Gene’a. Potrząsając głową krwawi z ust zalewając tors i gitarę. Burza oklasków. Przy czymś takim teatr Kabuki wymięka. Do wiadomości smakoszy podam, że ów substytut krwi jest ponoć niezły w smaku sądząc po zestawieniu składników z jakich go Gene przyrządza.Black Diamond to zacny utwór bynajmniej nie traktujący o kamieniach szlachetnych, ale napisany z sympatii dla znajomej prostytutki z Brodway'u o tej ksywce. Tu do głosu dochodzi Eric Singer i trzeba przyznać, że ten klasyk wychodzi mu bardzo dobrze. Simmons i Thayer po obu stronach sceny oraz Singer pośrodku, wędrują na hydraulicznych podnośnikach w górę, a wszystko co posiada żarniki rozbłyskuje tysiącami watów, całość okraszona jest solidnymi eksplozjami. Po prostu czad, miazga i totalna destrukcja!"Jest wiele rockowych miast na świecie-mówi Stanley-dziś jest to Ostrava" i z ampli rozbrzmiewa Detroit Rock City. Bardzo dobrze wszystkim znany numer z albumu Destroyer (1976!). Chwila oddechu i całą salę podrywa I Was Made For Lovin’ You-przebój singlowy z 1979 roku, który niezmiennie do dziś tkwi w sercach wszystkich Kissmaniaków. Liczne wybuchy i snopy iskier potęgują moc tej kompozycji. Paul Stanley postanawia zrobić wycieczkę czymś na podobieństwo orczyka linowego i szybuje nad widownią na środek hali. Tam wykonuje cały utwór i wraca ponownie na scenę. Publika szaleje.

Wszyscy kochamy takie akcje! Show zbliża się do końca coverem God Gave Rock'N'Roll To You okraszonym mocną pirotechniką. Kto ze słuchaczy jeszcze ma siły śpiewa refren wraz z muzykami.„Dziękujemy wam Ostrava” rzuca Stanley i gasną światła. Następuje zwyczajowe darcie papugi ”Kiss,Kiss,Kiss i chłopaki pojawiają się ponownie na scenie z minami zwycięzców.Na zakończenie, Paul zapowiada międzynarodowy hit imprezowy Rock’N’Roll All Nite, którego słowa zachęcają do zabawy przez całą noc i każdego dnia. Cyrk rusza. Chyba nie ma na sali nikogo kto by nie znał i nie krzyczał tekstu tego standardu, który kończy się burzą konfetti, szałem reflektorów i tuzinem wybuchów potrząsających całą halą! Stanley rozbija jedną ze swoich gitar o deski. Papierowe prostokąciki wirują w powietrzu i opadając oblepiają stojących najbliżej sceny niczym bałwanki-nad wyraz szczęśliwe bałwanki!To już finał, ale mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi, być może w gościnnych Czechach. Być może niedługo.

To było sto dwadzieścia minut czystego, szlachetnego Rock’N’Rolla i nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na dobrą zabawę niż koncert KISS. Nikt na świecie już nie robi takiego spektaklu (może dotrzymuje im jeszcze kroku Rammstein czy Motley Crue). Kto był wie o czym mówię ,a reszcie mam nadzieję ten tekst przybliży atmosferę tego wielkiego show.

 

Mirek Pasieka (tekst pochodzi z #1 OMMM 2010)

 

baa222