XMASS Knock Out czyli krakowski koncert Triptykon, Bolzer, Massemord, Spirit 21.12.2014



Na Triptykon szedłem bardzo podekscytowany. Co prawda widziałem ich już wcześniej, dwukroenie, ale tym razem zespół grał  w moim rodzinnym mieście w dodatku jako gwiazda wieczoru. Co za tym idzie przewidziano na ten wieczór znacznie bogatszą setlistę.  Na koncert wybierało się naprawdę sporo znajomych z całej Polski.

Był to doskonały pretekst by spotkać się i porozmawiać z ludźmi z którym nie widziałem się całą wieczność. W konsekwencji występ Spirit i Massemord spisałem na straty poświęcając ten czas na kontakty z przyjaciółmi ,a było tu naprawdę sporo osób z którymi zawsze lubiłem przy takich okazjach sobie porozmawiać. Oczywiście do czasu do czasu starałem się coś wyłowić z występów wyżej wymienionych polskich załóg.

W przypadku Massemord coś ciągle się pieprzyło z nagłośnieniem. Było słychać tylko dudnienie stopy oraz przedzierającą się przez nie gitarę. Reszta gdzieś się zagubiła  trochę szkoda, bo ten zespół na, żywo potrafi naprawdę wykonać dobrą robotę.  Już podczas koncertu Massemord Klub Fabryka wypełniał się  coraz szczelniej czarną masą metalowej braci , których z każdą minutą przybywało coraz więcej  i w rezultacie pod sceną robiło się naprawdę ciasno.

Za chwilę na scenie miał się pojawić szwajcarski duet Bolzer który znałem dość pobieżnie z ich pierwszej epki „Aura” natomiast z nowym materiałem „Soma” nie miałem jeszcze wtedy do czynienia. To, co usłyszałem na pierwszej epce upewniło mnie, że zespół jest godny uwagi i kiedy pojawili się w niebieskiej poświacie byłem pod naprawdę sporym wrażeniem. Jako pierwszy utwór zabrzmiał zamykający „Aura” prawie 11-sto minutowy kolos  „The Great Unifier”. Kompozycję poprzedzał  dość ponury gitarowy wstęp, z każdą sekundą nabierało to  złowieszczego charakteru. Bardzo szybkie fragmenty z plugawymi partiami wokali niszczyły. Niestety przy intensywniejszych fragmentach, utwór tracił na selektywności.  Natomiast w wolniejszych, bardziej smolistych częściach utworu całość zyskiwała na czytelności. Ciężkie, niemal zgniatające kości brzmienie,  przemieszane z black/death metalowym brudem robiło dobrą robotę. Aż trudno uwierzyć, że na scenie było tylko dwóch muzyków!
Wkrótce zabrzmiał nieco wolniejszy również znany z pierwszej epki numer „Coronal Mass Ejaculation”. To wolniejszy choć nie pozbawiona pazura kompozycja  z oldschoolowym rytmem perkusji.  Niestety utwór w wersji koncertowej wypada nieco słabiej, ale i tak naprawdę niszczył. Kolejny cios to tym razem utwór z pierwszego demo Bolzer „Roman Acupuncture”. Ten dość intensywny numer przy takim natężeniu dźwięku gdzieś się rozmywał.

„Steppes” pochodził z nieznanej mi jeszcze wtedy „Soma”. To nieco inna bardziej death metalowa kompozycja choć nie pozbawiona tych charakterystycznych dla black metalu gitar. Znacznie się wyróżniał na tle poprzednich kompozycji. Następny strzał to bardziej ascetyczna kompozycja , wyróżniająca się płynącym death metalowym feelingiem. Był całkiem miłym akcentem tego koncertu choć zauważyłem narastające znużenie tym występem wśród publiczności. Brzmienie  sprawiało, że wszystko było jakieś monotonne i choć na samym koncert podobał mi się bardzo to jednak uważam, że set lista Bolzer była zdecydowanie za długa.

A to jeszcze nie był koniec! Zagrali jeszcze „Entranced by the Wolfshook”, ponownie z „Aura” i właśnie ta kompozycja zrobiła na mnie największe wrażenie. Na koniec poszedł numer z demo „Zeus - Seducer of Hearts” po czym zespół zniknął ze sceny.  Koncert Bolzer wypadł by znacznie lepiej gdyby natężenie dźwięku nie było aż tak przegięte.

Nastała chwila wytchnienia przed koncertem na który czekałem z wielką niecierpliwością. Znowu było mi dane być na tym prawdziwym misterium! Podekscytowany czekałem w fosie. Przede mną ekipa techniczna dość szybko krzątała się niczym mrówki, zbierając sprzęt Bolzer. Nagle zgasło światło, salę spowiła aksamitna czerń. Rozbrzmiało mroczne intro „Crucifixus”, z ciemności wyłonili się muzycy, by rozpocząć od klasycznego dzieła z debiutu Celtic Frost, „Procreation (of the Wicked)”. Utwór zaprezentowany w dużo cięższej niż oryginale wersji wręcz wgniatał w podłogę. Ciary po plecach przeszły mi niczym elektryczne wyładowanie wywołując niemal ekstatyczny stan uniesienia . A to dopiero pierwsza odsłona tego koncertu! Jako drugi  poszedł tym razem utwór z repertuaru Triptykon „Goetia” z debiutanckiego albumu „Eparistera Daimones”. I tu mrok sączył się z głośników gitarowe intro,  z tym krótkim Hellhammerowym klimatem który stopniowo nabierał nieco innej atmosfery emanowało potężną siłą. „ Visions of Mortality” to kolejny ukłon w stronę fanów starego dobrego Celtic Frost.
Czułem jak wzmaga we mnie euforyczny nastrój,  łza kręciła się w oku, a  jak się potem okazało nie była to jedyna tego typu niespodzianka tego wieczoru. Wyczuwało się wspaniałą chemię pomiędzy zespołem. Tom Gabriel Warrior był w niezwykle pogodnym nastroju. Emanował  radością grania i myślę, że po części przyczyniła się do tego dość żywiołowa reakcja publiczności. Kolejny cios kilofem w tył głowy to tym razem pochodzący z ostatniego albumu Triptykon „Tree of Suffocating Souls” czyli bardziej agresywny pełen energii numer, a kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki „Circle of the Tyrants” po prostu zwariowałem. Ten numer zawsze wywołuje u mnie niesamowite emocje. Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem wideoklip do tego utworu, jeszcze w MTV. To było ZNISZCZENIE. Po tylu latach znów mogłem napawać się tą kompozycją na żywo. Było to naprawdę wspaniałe przeżycie. Wystarczyło spojrzeć na Vanie szarpiącą struny swojego basu,  wsłuchać się w smołę lejącą się z głośników. Tom cedził przez zęby tekst z tym agresywnym akcentowaniem każdego słowa. Całości dopełniła wspaniała atmosfera. Byłem, w niebo a raczej w Piekło wzięty.

Warto zwrócić uwagę na świetnie przygotowaną set listę. Wszystko ze sobą współgrało, nie było miejsca na monotonię czy znudzenie . Kolejny numer „Altar of Deceit” z „Melana Chasmata” osiągnął tak zgniatający ciężar, że wydawało się, iż za chwile wprasuje wszystkich równo w podłoże. Każde uderzenie w strunę basu czuło się na sobie. Ta bardzo mroczna kompozycja wyróżniała się świetnym selektywnym brzmieniem i niepowtarzalnym nastrojem. Po niej zabrzmiał kolejny utwór z repertuaru Bogów Celtic Frost,  „The Usurper”. Choć wolę oryginalne wykonanie to jednak  wersja Triptykon po prostu miażdży. Cięższe bardziej masywne brzmienie i  złowieszczy puls wniosły w ten numer nowe życie.
Nie przypuszczałem, że doświadczę na sobie takiego stanu obłąkania kiedy okazało się, że Tom Gabriel Warrior dorzucił do set listy utwór z repertuaru Hellhammer „Messiah”. Długo po koncercie nie mogłem uwierzyć, że ziściło się moje największe marzenie. Dane mi było usłyszeć na żywo utwór z repertuaru Piekielnego Młota w wykonaniu Warriora. Był to dla mnie wielki szok, ale i radość jakich mało. Nie byłem wstanie zatrzymać łez radości. A jak ten numer zabrzmiał! Choć wersja z „Satanic Rites” niesie ze sobą unikatową aurę lat 80tych to jednak wykonanie Triptykon wynosi ten numer w inny wymiar. Dowiedzieliśmy się również jak mogła by zabrzmieć ta kompozycja gdyby została zarejestrowana w porządnych studyjnych warunkach.


Na szczęście jakoś udało mi się otrząsnąć po „Messiah”, a to za sprawą kompozycji pochodzącej z debiutu Triptykon. „The Prolonging” bezlitośnie zgniatał kości. Ten bardzo teatralny utwór wieszczył nadchodzący koniec tego najważniejszego wydarzenia koncertowego roku 2014. Po ostatnich dźwiękach tej kompozycji z głośników popłynęło outro „Winter”. Misterium dokonało się!  Przez te 75 minut czułem się jak zaczarowany. Czas nie miał tu żadnego znaczenia. Mój niezaspokojony głód krzyczał „więcej i więcej!” Niestety był to definitywny koniec,  targały mną skrajne uczucia z jednej strony byłem szczęśliwy, że mogłem tu być i obcować z tymi dźwiękami, a drugiej ogarniał mnie smutek, że znowu minie trochę czasu za nim znów zobaczę Triptykon. Na szczęście wystąpią na XX edycji BRUTAL ASSAULT. Z niecierpliwością oczekuję na ten dzień. Będzie to dla mnie prawdziwe święto.
Od powołania do życia grupy upływa w tym roku 5 lat. Z perspektywy tego okresu wydaje się, że decyzja Toma aby postawić na młodych obiecujących muzyków, a nie angażować do tego przedsięwzięcia znane nazwiska była chyba jednym z lepszych posunięć. Wyczuwa się w tym zespole naprawdę świetną atmosferę porozumienia. Każdy zna tu swoje miejsce i jest w pełni zaangażowany. Wyczuwa się radość grania. Po reaktywacji Celtic Frost nie było to tak zauważalne a w schyłkowym okresie wręcz emanowało zgoła zupełnie odmiennym nastrojem. Nie powinno nikogo dziwić, że Tom mimo wielkiej miłości dla swojej macierzystej kapeli porzucił ten twór by stworzyć coś nowego.  Na szczęście to artysta ,wizjoner nie bojący się nowych wyzwań.

Spoglądając na dorobek Triptykon możemy stwierdzić, że bez wątpienia „Eparistera Daimones” i „Melana Chasmata” to wybitne dzieła które biją pod każdym względem „Monotheist”. Śmiem nawet twierdzić, że ostatni album Celtic Frost jest mniej Celtic Frostowy niż Triptykon, który z lubością rozwinął stylistykę wyżej wymienionego zespołu.  Umar Król Niech Żyje Król

NecronosferatuS

 

 

baa222