HAZAEL – „Thor”

Nie będzie buńczucznego wstępu w stylu „Na kolana – bogowie wracają!”. Hazael go nie potrzebuje, bo jego muzyka w pamięci fanów nadal trwa i swoje miejsce w historii gatunku ma. Nie będzie zbędnego patosu także dlatego, że spośród setek wywiadów, jakie przeprowadziłem od połowy lat 80-tych, ten jest dla mnie szczególnie ważny, bo osobisty. Mimo że nie byłem muzykiem Hazaela, to dzieląc z nim swój czas w epoce „Thor” zawsze byłem traktowany przez grupę, jako jeden z nich – jak przyjaciel i brat. Tym bardziej kibicuję reaktywacji bandu oraz reedycji tego kultowego już albumu (a pochwalę się Wam, że to jedyny analog, jaki posiadam w swojej kolekcji). Jeżeli chcecie się dowiedzieć jak najwięcej o płockiej grupie, to źródło macie najpełniejsze – oto rozmowa z założycielem Hazaela, basistą i wokalistą Tomkiem Dobrzenieckim.


1. Zanim zajmiemy się dawnymi czasami, odnotujmy najważniejszy fakt w bogatej historii Hazaela: reaktywacja. Kiedy pomysł do niej zakiełkował? Jak wyglądały przymiarki i ewentualnie ile ich było? I wreszcie, kiedy wiedziałeś, że to jest TO – Hazael w nowej, perfekcyjnej odsłonie?

- Było kilka przymiarek, trwało to około trzech lat. Pojawiali się na mojej drodze różni ludzie, czułem jednak, że to jest sztuczne, że nie generują właściwych emocji, nie dążyłem do wskrzeszenia zespołu za wszelką cenę i z kimkolwiek. Były też osoby z branży, które oferowały pomoc przy i po reaktywacji – w efekcie przełożyło się to na wielkie „nic” a nawet przerodziło się we wrogie emocje z ich strony. To był przełomowy moment, te wszystkie negatywne historie spowodowały wewnętrzny wkurw, który przełożył się na kreatywne działania bez oglądania się na innych i liczenia na kogokolwiek. To, co nastąpiło później, było dla mnie totalną tyrką, zaciskałem zęby i wytrwale robiłem swoje. Chyba zauważyli to Bogowie Mroźnej Krainy, bo wszystko zaczęło się układać, znalazłem odpowiedzialnych muzyków, pojawili się nagle Ci właściwi ludzie i w idealnie właściwym czasie. Wszystko ruszyło pełną parą. Ta „perfekcyjna odsłona” była wynikiem naszej wspólnej sześciomiesięcznej pracy nad materiałem, graliśmy czasami cztery próby w tygodniu, to było jak wojsko, chodziło mi o to, żeby muzycy czuli, co grają, nie tylko o techniczne odtworzenie dźwięków z „Thor”. Miałem jeszcze na głowie dużo rzeczy pozamuzycznych, związanych z tą reedycją, czy tzw. marketingiem. Zajmowałem się też załatwianiem koncertów, to było pół roku w oderwaniu od świata, totalnego oddania się zespołowi. Zadziałało! Dostajemy propozycję zagrania na festiwalu Castle Party! Udaje mi się umieścić Hazael na koncertach z Possessed i Carcass jako główny suport przy pełnej Sali w Warszawskiej Progresji!!!

Pierwsze koncerty po dwudziestu latach to od razu wielkie wydarzenia. Wiedziałem, że jest duża grupa osób, dla których ten zespół był i jest ważny do tej pory, że czekają na te koncerty. Wiedziałem, że nie będzie prosto wyjść na scenę i zagrać w nowym składzie tak, żeby to było godne nazwy Hazael i nie zawieść ludzi. Szacunek dla nich i dla nazwy był ogromną motywacją.

2. Przedstaw aktualny skład, ostatnie rotacje i wszystkie poprzednie osiągnięcia w sumie bardzo doświadczonych jak na swój wiek muzyków Hazaela.

 

- Rafał Spadło – gitara, jedyny muzyk, który został z pierwszego składu po reaktywacji, bardzo zdolny, odpowiedzialny i myślący człowiek. Mimo że jest miedzy nami duża, bo około dwudziestoletnia różnica wieku, gra i czuje klimat jak w latach 90-ch.

Dominik Prykiel – gitara, wrocławski muzyk znany m.in. z Vedonist, Extinct Gods, dołączył do nas w styczniu tego roku.

Paweł „Pavulon” Jaroszewicz – perkusja, wcześniej Vader, Decapitated, obecnie oprócz Hazaela udziela się w Hate i Antigama, dołączył do nas w grudniu 2014 r.

Poprzedni muzycy, z którymi zapracowaliśmy na reaktywację to Artur „Artie” Woźniak i Artur Banach – z powodów osobistych, finansowych zdecydowali się opuścić nasz kraj.

3. Pierwsze koncerty i przyjęcie właściwie w większej części kompletnie nowej publiczności? A jak odbiór starych wiarusów? Niezłomne, wierne od lat fan-kluby?

- Duże emocje, zarówno na scenie jak i przed sceną. Pierwsze dźwięki „Legate of Goat Tyrant” na Castle Party latem ubiegłego roku wywołały u mnie trzęsienie nóg, wehikuł czasu w lata 90-te. To, co najbardziej utkwiło w pamięci: podszedł do mnie człowiek i powiedział, że ze wzruszenia stanęły mu łzy w oczach podczas naszego koncertu, dla takich chwil warto żyć. Myślę, że nie zawiedliśmy starych wiarusów. Zaskoczył mnie pozytywnie fakt, że młodzi ludzie, którzy byli na naszych koncertach, znają nasz materiał, a ich żywiołowa reakcja, to była prawdziwa rozpierducha!

 

4. Moment, na który wielu fanów czekało, i który chyba był sensem i esencją tej reaktywacji to bez wątpienia reedycja epickiego dzieła „Thor”. Przypomnij, ile było przymiarek do tego projektu i kto wreszcie wydał ten album. Czy będą jakieś niespodzianki, które zaskoczą fanów?

 

- Nie wyobrażałem sobie reaktywacji bez reedycji „Thor”, dostałem propozycje wydawnicze ze Szwecji, Hiszpanii, Chile i Indii. Tak jak wcześniej pisałem, we właściwym momencie pojawili się właściwi ludzie, odezwał się do mnie mój przyjaciel Rai Skull. Rozmawialiśmy o reedycji, padła nazwa The Crypt, skontaktował mnie z Tedem, właścicielem wytwórni, i okazało się, że Ted szukał wcześniej kontaktu ze mną. Po krótkiej rozmowie nie miałem wątpliwości, że właśnie tam chce wydać „Thor” na LP a następstwem tej rozmowy był kontakt z Mattem z Dark Descent, który zajął się reedycją na CD. Jestem bardzo zadowolony z tej współpracy. Niespodzianki są dwie: po półtora miesiąca od reedycji cały nakład LP i CD na zachodzie został wyprzedany, druga miła wiadomość: wytwórnia The Crypt wyda na winylu nasz materiał „Clairvoyance”!

5. Wystartowaliście z bardzo bogatym repertuarowo merchem i to najwyższej jakości. Kto za to opowiada kreacyjnie i wykonuje te precjoza? Co jeszcze w planach?

- Kreacyjnie ja odpowiadam za wszystkie rzeczy związane z promocją, grafiką i merchem Hazael, jestem ich autorem i pomysłodawcą. Zależy mi na tym, żeby fani dostali do rąk produkty najwyższej jakości. Metalowe wpinki z naszym logo wpisanym w młot Thora wykonał Giewont Graw, naszywki powstały dzięki Andrzejowi Śniadkowi z EDS w Łodzi, koszulki też były robione w Łodzi pod okiem Voyta. W planach promocja singla zawierającego nowe utwory, poparta nowym wzorem koszulki, ale to za chwilę.

6. Teraz podrążmy stare tematy – czy pamiętasz jeszcze pierwsze chwile powstania Hazaela, najważniejsze występy tamtych czasów i wszystkich muzyków, jacy się przewinęli przez zespół.

- Tak, oczywiście! Na przełomie lat 1988-89 grałem w zespole Nightmare i wystąpiłem z nimi na festiwalu Strashydło 89, po tym koncercie coś mnie tknęło, że to nie mój klimat muzyczny, że chcę opowiedzieć własną historię. Dużo czasu wtedy spędzaliśmy z moim dobrym kumplem z lat dziecinnych Wojtkiem „Kruszyną” Stasiakiem, fascynowała nas szwedzka scena death metalowa, zaczęliśmy wspólnie ogrywać pomysły, ja na gitarze Wojtek na basie. Doszliśmy do wniosku – robimy zespół, szukaliśmy nazwy, która by odzwierciedlała klimat i przekaz muzyki, wertując „Opowieści Biblijne” trafiliśmy na Hazael, to było TO! Nasz pierwszy materiał „Chapel of Doom” był już gotowy na gitarach, brakowało perkusisty. Kumpel z liceum Jacek Sokołowski grał na garach, szybko złapał klimat, zaczęliśmy wspólnie grać. Tak powstał pierwszy rozdział w historii Hazael, w tym składzie nagraliśmy wspomniane demo „Chapel of Doom”.

Następny rozdział to skład znany z „Clairvoyance” oraz „Thor”: Jacek Kania i Tomek „Sulo” Sulkowski na gitarach oraz perkusista Mariusz Denst – ten skład towarzyszył mi już do końca, czyli do kontraktu z Century Media. Podczas nagrywania płyty dla Century dołączył na wokal Robert Kornacki.


7. A najważniejsze występy z tamtego okresu?

- Najważniejsze występy dla mnie, to Strashydło 90’ – podczas naszego koncertu rozpętała się burza, ulewa była totalna, pioruny rozświetlały niebo a my graliśmy kawałki z „Chapel of Doom”, ludzie pod sceną przemoczeni i cali w błocie, my wyglądaliśmy podobnie, mega klimat! Drugi gig – Jarocin 93: wyszliśmy na deski w trakcie poważnej zadymy pod sceną, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, w powietrzu latały cegłówki, kamienie, butelki i kawałki ławek z amfiteatru, w efekcie był to bardzo udany koncert. Trzeci to Metalmania 94 – pierwszy koncert przed tak duża publicznością, kilka tysięcy osób pod sceną. Pamiętam, że zbiegł się z premierą „Thor” i Andrzej Mackiewicz z Loud Out Records (pierwszy wydawca materiału – red.) poprosił, żebym zareklamował płytę, emocje były duże, trema też. Powiedziałem, że wydajemy płytę, itd., zapytałem ludzi, „czy wiecie, jaki będzie tytuł płyty?” i pomyślałem – „Co ja gadam? A co, jak nie wiedzą? Będzie przypał.”; nie byliśmy bardzo znaną kapelą. Wtedy z setek gardeł usłyszałem THOOOOOR!!! Cały koncert to jedne wielkie ciary, traumatyczne przeżycie!

Mieliśmy także swoisty chrzest przed blisko kilkudziesięciotysięczną publicznością w Jarocinie w 1994 roku na specjalnym dniu metalowym ale to już nie był ten festiwal, co dawniej – zresztą to była chyba jego ostatnia odsłona…


8. Najbardziej nieznany epizod przez wielu fanów w historii zespołu to zapewne historia kontaktów z Century Media. Co z nich zostało a co ewentualnie ma szanse ujrzeć jeszcze światło dzienne? Wiesz, o co pytam – o pewną taśmę, która leży gdzieś tam w szufladzie właściciela wytwórni Roberta Kampfa…

- Tak – materiał Psycho-Tech”, niech leży J

9. Przybliż ewentualnie więcej szczegółów tej historii – kontrakt z amerykańskim oddziałem wytwórni, sesje nagraniowe z Rudym (Adam Nowakowski z grupy Incrowd – red.), całkiem nowy pełny materiał w Woodhouse Studio, cover U2, spotkania z Grave w biurach Century Media i inne szczegóły, które zapadły Ci w pamięć. Wreszcie Twoje odejście i ten dziwny ostatni materiał…


- Prawda jest taka, że byliśmy dzieciakami, którym nagle „wielki świat” zwalił się na głowę. To jest długa opowieść, postaram się ją streścić. Po „Thor” uparliśmy się, żeby następny materiał wydać w wytwórni Century Media. Decyzja była wystarczająco motywowana – kontrakt z nimi mieli Unleashed i Grave! Wysłaliśmy im płytę, ale dostaliśmy odpowiedź odmowną, nie zraziło to nas. Postanowiliśmy uderzyć do Century Media pośrednio poprzez Woodhouse Studio, które było w pewnym sensie dyżurnym studiem nagraniowym wytwórni – pracowały w nim takie zespoły, jak Morgoth, Tiamat, Unleashed czy Samael. Musieliśmy jednak sami opłacić sobie sesję nagraniową. Z pomocą rodzimej wytwórni Baron Records i z pozbieranymi pieniędzmi od rodziny zapakowaliśmy się do Poloneza i wyruszyliśmy do Hagen w Zagłębiu Rurhy. Spaliśmy na polu namiotowym i jedliśmy kanapki przywiezione z Polski.

Jedyną nadzieją było przekonanie do naszej misji w trakcie pracy w studiu Waldemara Sorychty, który był etatowym producentem zespołów ze stajni Century Media. A nie ukrywany, że mieliśmy nadzieję spotkać go tam – że przyjedzie, by poznać rodaków przy pracy. Tak też się stało – właściciel studia i główny realizator wszystkich nagrań Siggi Bemm zadzwonił do Sorychty, ten przyjechał i zupełnie bezinteresownie ustawił nam brzmienie gitar. W trakcie tej jednodniowej dosłownie sesji Sulo z Mariuszem urabiali Sorychtę, by użył swoich kontaktów z właścicielem wytwórni Robertem Kampfem. Nie musieli długo tego robić, bo nasza praca i jej szybkie efekty (nagraliśmy 7 numerów łącznie z szybkim miksem w dwa dni!) spodobała się Siggiemu Bemmowi do tego stopnia, że sam zadzwonił do Roberta Kampfa i mieliśmy umówioną audiencję!

Tak powstał materiał When the Sun is Dead”, który na kasecie wydała śląska wytwórnia Baron. Od Kampfa usłyszeliśmy, że mamy ogromny potencjał, propozycje były dwie: albo wydajemy to tak, jak jest i może po piątej płycie, jeśli do tego czasu dotrwamy, coś osiągniemy, albo zaufamy wytwórni i damy się „wyprodukować”. Wtedy dostaniemy promocję lepszą od Tiamat czy Samael, i jest szansa, że staniemy się zespołem nr 1 w Century Media. Na potwierdzenie dostaliśmy rozpiskę trasy po wszystkich kontynentach jako support Cannibal Corpse. Zagłosowaliśmy, okazało się, że tylko ja byłem na nie, zaczęły się awantury i klimaty, sytuacja była napięta.

10. Wielka wytwórnia kontra nowy zespół – pierwszy zgniły kompromis…


- Dokładnie! Pierwszy wymóg Century Media – zmiana wokalu. Ponieważ byliśmy w jednej stajni z grupą Incrowd, poprosiliśmy ich wokalistę, by spróbował zmierzyć się z tym materiałem. Rudy (Adam Nowakowski) zachował się bardzo fajnie, bo sam napisał wszystkie teksty i zupełnie bezinteresownie pojechał z nami po raz drugi do Niemiec, by dokończyć ostateczny mix materiału dla Barona z moimi wokalami i przy okazji nagrać swoje ścieżki do porównania dla Kampfa – taki eksperyment J Pierwszy kompromis został osiągnięty – gadaliśmy z Robertem, powiedział, czego oczekuje, co mu się nie podoba, co podoba – dostaliśmy czas na przygotowanie pełnego materiału dla Century Media, dostaliśmy Sorychtę jako producenta i studio Woodhouse do dyspozycji – sesja zaczęła się pół roku później po naszej pierwszej wizycie w Niemczech ale tym razem w dużym studiu na parterze.

Rudy wycofał się z sesji materiału na dużą płytę, nie czuł muzyki i kontynuowaliśmy poszukiwania wokalisty, pojawił się nawet przez chwilę Guma z Moskwy, najbardziej przypadł nam jednak do gustu Robert Kornacki. Z nim pojechaliśmy nagrywać płytę.

„Psycho–Tech” – tak nazywał się roboczo materiał. Wytwórnia wysyłała po nas busa, zakwaterowała w kamienicy należącej do Hells Angels Dortmund – na dole klub motocyklowy, w piwnicy klub muzyczny, gdzie dzień w dzień łoili metal, na górze wytwórnia motocyklowego stuffu i pokoje gościnne. Przydzielono nam opiekuna, który codziennie rano przyjeżdżał i pytał, czego nam potrzeba, dostaliśmy dietę, która przewyższała dobrą pensję w Polsce.

11. Wydawało się, że złapaliście Odyna za nogi!

 

-Zaczęliśmy wbijać bębny, wszytko spokojnie, bez pośpiechu, praca po 4 max 6 godzin dziennie. Sorychta nie do końca był zadowolony z brzmienia, zadzwonił do Dava Lombardo i nagrywaliśmy po części na jego bębnach. W międzyczasie projektowanie okładki, wybieranie sprzętu na trasę z kilkupiętrowych magazynów Century Media, rozmowy z Kampfem i to częste, omawianie tego, co nagraliśmy. Im dalej w las, tym materiał był bardziej przearanżowywany przez producenta i wytwórnię. Rozmowy, kłótnie, stanęło na tym, że pojawił się ze strony wytwórni warunek zmiany nazwy, ponieważ nasza zbyt kolidowała z „Samael”, który już był w Century Media – wybór padł na Drug-A-Head, tylko kto ze starych fanów kojarzyłby nas pod ta nazwą? Oponowałem, bo uważałem, że tracimy tożsamość jako Hazael i to, co teraz powstawało, miało coraz mniej wspólnego z naszym wcześniejszym graniem. W sumie to przestaliśmy się dogadywać. Podjąłem decyzję o odejściu z kapeli. Po prawie trzech miesiącach materiał był gotowy, Kampf posłuchał i nie spodobało mu się… Wtedy odszedłem z zespołu. Chłopaki dostali ostatnią szansę i już bez mojego udziału we trójkę nagrali materiał wydany później na kasecie pod nazwą „The Kiss and the Other Movements” jako pożegnanie dla fanów od zespołu. Ale i ten materiał nie usatysfakcjonował Kampfa i kontrakt z amerykańskim oddziałem Century Media, jaki podpisaliśmy, nie został nigdy skonsumowany. A trzeba przyznać, że był to parszywy czas dla death-metalu – wiele gwiazd szwedzkiego metalu cienko przędło (Grave, Unleashed) lub traciło podobnie jak my swoją tożsamość muzyczną (Tiamat, Entombed). Taka to historia.

Natomiast nasza wersja utworu U2 podczas tej sesji była wymogiem wytwórni – w Century Media chcieli, żeby nagrać niemetalowy cover na płycie. A spotkanie z kolesiami z Grave wyglądało tak, że mieszkaliśmy wspólnie około tygodnia i bardzo się zaprzyjaźniliśmy, zbliżyło nas oczywiście wspólne hobby tzn. dużo piliśmy J

12. Co się działo w Twoim muzycznym życiu po 1995 roku aż do reaktywacji? Przybliż nam projekty, w których uczestniczyłeś, materiały które z nimi popełniłeś i ciekawsze momenty z tego okresu, które szczególnie zapadły Ci w pamięć.


- Rozpad Hazael zbiegł się z moją przeprowadzką do Warszawy i zostałem w tym mieście prawie 10 lat, jako muzyk sesyjny występowałem z Rigor Mortiss. Fajna kapela – niestety po bardzo udanym koncercie na festiwalu Castle Party w 1996 roku, zespól rozpadł się, bo główny kompozytor dostał propozycję dobrej pracy i wyjazdu na stałe do USA.

W Rigor Mortiss na perkusji grał Jacek Sokołowski, który współtworzył pierwszy Hazael. Założyliśmy razem zespół o nazwie Hagal, taki pokręcony twór muzyczny, eksperymentowaliśmy z muzyką i była nagrana nawet cała płyta, na wokalu. Niestety los chciał, że przed trasą wokalista, spakował się i wyjechał, chyba do Urugwaju, tak po prostu. Wrócił po dwóch latach, „odmieniony” …szukaliśmy kogoś na jego miejsce, niestety nie nikt już nie wpasował się w tą muzę i nie zaśpiewał jak on.

Odłożyłem gitarę na dość długo, powrót do grania i to bardzo niechętny to Blind Beyond, który przekształcił się później w Bloodhead. Długo namawiał mnie kumpel, żebym zaczął znowu grać, nie byłem pewny, czy chcę wracać do tego. W efekcie, jako Blind Beyond nagraliśmy Ep-kę i w sumie rozpadliśmy się. Wtedy zaczęły kiełkować pierwsze myśli o reaktywacji Hazael i szukanie muzyków. Po rozpadzie Blind Beyond dołączyli, już do Bloodhead, ludzie z płockiej kapeli Black Mad Lice, różne sytuacje sprawiły, że rozwiązaliśmy Bloodhead a ja na gitarze zacząłem grać w Black Mad Lice. Po roku grania opuściłem BML, sprzedałem graty gitarowe, kupiłem basowe. Szukałem dalej ludzi do Hazael. Tak się złożyło, że paczkę kupił ode mnie Artur Banach, który wtedy grał w Alastor i właśnie odszedł od nich basista, od słowa do słowa zacząłem grać w Alastor. Po około roku wydarzyła się, w mojej rodzinie bardzo zła sytuacja osobista, nie byłem w stanie grać i nie było też tak naprawdę mnie na to stać. Artur odszedł od Alastor chwilę po mnie. Przyjaźniliśmy się, tu historia zatacza koło, tak jak z Kruszyną w latach 80-tych, siedząc z gitarami u mnie w domu reaktywowaliśmy z Arturem Hazael. Ogrywaliśmy materiał we dwóch, jakiś czas później pojawił się Rafał, próby na fotelach w domu, brakowało perkusisty i zupełnie przypadkiem dołączył do nas Artie, bardzo powoli ale zaczęło to nabierać tępa i kształtów. Tak powstał z umarłych Hazael.

13. Czy masz kontakt z poprzednimi muzykami grupy? Czy kusi Cię pomysł zagrania z ich gościnnym udziałem jakiegoś koncertu benefisowego i czy myślisz, że to realne w dzisiejszych zabieganych czasach?

- Mam kontakt tylko z Mariuszem Denstem (aktualnie Lao Che – red.), był pomysł, żeby zagrał jakiś utwór na koncercie Hazael, biorąc pod uwagę fakt, że nie gra na bębnach 20 lat mogło by być ciekawie J Kilka lat temu rozmawiałem z Jackiem Kanią o powrocie do grania – przyznał, że Hazael to jego niespełnione marzenie życiowe, ale korporacja, praca, rodzina, kredyty… Z Sulem bardzo dawno nie rozmawiałem, mieszka od 20 lat w Stanach. Koncert w pełnym starym składzie zatem nierealny.


14. Jak oceniasz dokonania Lao Che? Czy znasz ich płyty? Byłeś na koncercie Mariusza Densta?

- Podoba mi się ich pierwsza płyta „Gusła”, ma fajny klimat. Reszta do mnie nie dociera ale ja nie słucham takiej muzyki, nie mi oceniać. Jak widać, mają ogromną rzeszę fanów i są bardzo cenionym zespołem, życzę im samych sukcesów. Nie byłem jednak niestety na żadnym z ich koncertów.

15. Najważniejsza część przyszłości Hazaela – najnowszy materiał. Ortodoksi raczej nie muszą się martwić zmianą stylistyki czy raczej szykujecie rewolucję muzyczną? Czy już są nowe numery, czy ogrywacie je na koncertach? Czy masz jakieś upatrzone studio, producenta? Są już propozycje z polskich lub zagranicznych wytwórni? Będzie to koncept czy oddzielne części? Czy masz już może w głowie kolejny album?

- Ortodoksi mogą spać spokojnie. Pierwszy nowy numer jest nagrany, kiedy ukaże się ten wywiad będzie już dawno po premierze. Będziemy go grali na pierwszej części THOR TOUR 2015, na drugiej części trasy zagramy kolejny. Produkcją płyty zajmę się sam, mam też upatrzone studio. Nowy Hazael wcale nie będzie taki nowy, zero trigger’ów, cyfrowych wymuskanych gitar, podrasowanych wokali, nierealnych brzmieniowo na koncercie. Weszliśmy do studia z naszym koncertowym brzmieniem i takie nagraliśmy. Jestem maniakiem death metalu z początku lat 90-ch i takiego Hazaela należy oczekiwać – ciężko, surowo ale klimatycznie.

Nie otrzymałem żadnych propozycji wydawniczych odnośnie nowego materiału i nie spodziewam się ich. Reedycja „Thor” była oczekiwana natomiast reaktywacja niekoniecznie. Na razie gramy koncerty zawierające sam nasz klasyczny materiał, ku uciesze starych fanów i pokazujemy nowym słuchaczom, jaką muzykę graliśmy. Ale nie problem odegrać materiał, który w jakiś sposób zasłużył sobie na uznanie i przetrwał próbę czasu do dziś. Żeby ta reaktywacja miała sens, muszę udowodnić, że mam jeszcze coś do powiedzenia jako muzyk, kompozytor i zapracować na uznanie fanów. To czy się to uda, okaże się po nagraniu nowej płyty.

 

16. Plany koncertowe – te najbliższe i dalsze: festiwale, trasy… Jak wygląda rynek koncertowy w Polsce dzisiaj, gdybyś mógł go porównać do naszych dawnych czasów?

- Plany koncertowe to seria koncertów klubowych, czyli THOR TOUR, w okresie letnim prawdopodobnie można nas będzie zobaczyć na kilku festiwalach, na razie jesteśmy w trakcie rozmów z organizatorami, będą konkrety, podamy to do wiadomości. Nie wiem, czy jest sens porównywać koncerty metalowe z początku lat 90-tych z obecnymi. Tamte czasy to zupełnie inny klimat inne emocje były w ludziach.

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z graniem koncertów miałem 18 lat, to był okres młodzieńczego buntu, okres narodzin i bujnego rozkwitu sceny metalowej w naszym kraju. Wszystko było nowe, pierwsze, dopiero odkrywane. Nie zastanawiałem się, gdzie będę spał, co jadł, jaki będzie sprzęt, jechałem grać metal, kochałem to i było to moim życiem, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Każdy ze starych fanów wie, jak wyglądały kiedyś koncerty metalowe, wyprawy na drugi koniec Polski, żeby wspólnie pogadać o muzyce, przegrać kasety. Możemy sobie tylko powspominać te czasy przy flaszce. Dziś jest większy dostęp do informacji, więcej koncertów, w lepszych salach i na lepszym sprzęcie ale nie ma tego „czegoś”, co było w powietrzu tamtych czasów, magia znana jest już tylko z opowieści.

17. Kilka technicznych szczegółów dla basistów-maniaków, którzy chcieli by pójść Twoim śladem i podpatrują to i owo… Na czym teraz grasz, do czego dojrzałeś sprzętowo, co się po drodze nie sprawdziło i czy masz jeszcze sentyment do swoich starych gratów? Gitara, piec Twoich marzeń – już jest w dłoniach, czy szukasz?

- Nie jestem basistą maniakiem, tu jest problem J Nie czuję się też żadnym autorytetem czy guru muzycznym. Osobiście wyznaję zasadę równowagi sprzętowej, tzn. jeśli masz słaby instrument to nie ma co spalać się na wypasiony head czy paczkę, bo tylko uwypukli to mankamenty gitary. Odwrotna sytuacja spowoduje, że kiepski sprzęt nie odda wszystkich możliwości dobrej gitary. Obecnie gram na amerykańskim wiośle Spector NS4H2, którego dopalam MXR d.i. +, paczka Ampeg 410 HLF, wzmacniacz – w studio używam Ampeg SVT III Pro, na koncertach też wymiennie z Gallien Krueger 800RB. Tu się waham, bo tak naprawdę myślę o starym Fenderze Bassmanie J

Stare graty: grałem na Ibanezie SDGR, paczka Ampeg SVT 810, wzmacniacz Ampeg SVT II na nagraniach a koncertowo jakiś stary wielki LDM, który ledwo napędzał tego Ampega. Sentyment – tak…było ciężkie jak diabli J

18. Ostatnie słowo dla fanów Old School Metal Maniac – ale oczywiście, miejmy nadzieję, nie ostatnie Hazaela J

- Dziękuję za wywiad, za wsparcie i pamięć o Hazael!

’Memento:
Wielu z Was na pewno będzie zaskoczonych tą wiadomością  - sam nie mogę uwierzyć,że stało się to faktem, tym bardziej, że HAZAEL wrócił do gry w naprawdę wielkim stylu udowadniając, że jest gotowy na podbój świata. Mimo to muzycy zdecydowali się na rozwiązanie grupy, umieszczając na swojej oficjalnej stronie informację o następującej treści :


„Oświadczenie zespołu HAZAEL w sprawie zakończenia działalności: Jesteśmy zmuszeni do zamknięcia etapu zespołu Hazael.W wyniku złączenia się kilku prywatnych sytuacji nie jesteśmy w stanie na dzień dzisiejszy dalej pracować. Dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali,a tym którzy tak zaangażowali się ostatnio w hejty, życzymy więcej dystansu i samorealizacji. Przepraszamy organizatorów naszych koncertów za komplikacje ale sytuacja jest po prostu bez wyjścia. Trzymajcie się wszyscy i wspierajcie, a przede wszystkim szanujcie rodzime kapele. Nie łatwo jest zamknąć ten rozdział, zwłaszcza gdy w głowach tyle planów i nowy skład... Hazael & Management.’’

Piotr Woźniak

 

Poprawiony (czwartek, 12 lutego 2015 22:35)

 

baa222